Władysław leżał, a granica między jawą a snem rozmywała się jak mgła nad górskim potokiem. Oczy miał wpółprzymknięte, a powieki ciężkie jak kamienie w strumieniu. Nie był pewien, czy nad nim krążyły białe ptaki, czy może unosili się świetliści aniołowie. Czuł ich obecność – delikatną, ale pewną – w powietrzu pachnącym krochmalem, ziołami i czymś jeszcze… jakby słodką żywicą z rodzinnych lasów. Wokół łóżka uwijały się siostry zakonne w białych habitach. Poruszały się cicho, z tą dziwną, niemal nadludzką harmonią, którą ma tylko ktoś przyzwyczajony do życia w rytmie modlitw.
Jego zahartowane ciało Górala wciąż walczyło, buntowało się przeciw rozległym wewnętrznym obrażeniom. Lekarze wymieniali spojrzenia, potrząsali głowami z niedowierzaniem – według ich wiedzy i logiki ten człowiek nie powinien już żyć. A jednak… żył. I w tym kruchym, przeciąganym o kolejne dni istnieniu wędrował w snach po miejscach, których nigdy wcześniej nie widział: po tropikalnych wyspach skąpanych w zieleni, gdzie powietrze pachniało solą i słońcem, po złocistych zamkach, w których echo wołało jego imię.
Od pewnego czasu te wędrówki kończyły się w jednym miejscu – w ogromnej sali wypełnionej srebrzystym światłem. Panowała w niej cisza przypominająca kościelne wnętrze w zimowy poranek. Pośrodku stała szklana kołyska. W niej leżała maleńka dziewczynka, piękna jak anioł malowany ręką mistrza. Władysław nie musiał pytać, kim jest – serce podpowiadało mu bezbłędnie: to jego dziecko.
Gdy się budził, opowiadał o niej siostrom zakonnym – o delikatnych dłoniach, które zaciskały się w pięści, o ustach, które poruszały się, jakby szeptały tajemnicę tylko dla niego. Siostry słuchały z łagodnym uśmiechem i wiarą, której brakowało innym – nawet Marii. Dla żony były to tylko majaczenia umierającego człowieka.
Na
dwa dni przed śmiercią Władysław znów zobaczył dziewczynkę.
Była starsza. Jej włosy lśniły jak poranna mgła w słońcu, a w
oczach miała błysk życia. Usiadła obok, na krawędzi jego łóżka,
i patrzyła mu prosto w oczy.
Tato! Przyjdę na świat jako prezent od Ciebie pod choinkę – powiedziała, a jej głos był czysty i radosny jak dźwięk dzwoneczków w śniegu.
– Moja Ewunia! – zawołał, wyciągając do niej ręce. Ale zanim zdołał ją objąć, obraz rozsypał się w pył, jak kropla wody na gorącym kamieniu.
Obudził się zlany potem. Serce biło mu jak młot w kuźni. Jeszcze drżał, gdy do sali weszła Julia, jego teściowa. Zobaczyła w jego oczach ten blask – mieszankę zachwytu i ulgi, jakiej nie widziała w nim od tygodni. Opowiedział jej o śnie, o córce, o imieniu, które nosiła zanim przyszła na świat. Julia słuchała w milczeniu. Jej spojrzenie było uważne, a w nim coś, co mówiło Władysławowi, że mu wierzy.
Święta Bożego Narodzenia zbliżały się, lecz dla Marii ich blask był przygaszony jak świeca, której knot gaśnie od przeciągu. Siedziała w kuchni, zmęczona po długiej podróży, dłonie miała splecione na kolanach. Wzrok błądził po znajomych detalach – ceramicznym dzbanku, słoiku z miodem, nadpękniętym talerzu, na którym kiedyś Władek kładł jej kromki chleba z masłem. Wiedziała, że na wybrzeżu, gdzie pół roku wcześniej pochowała męża, nie zniosłaby tych dni. Dlatego postanowiła spędzić Wigilię u siostry Emmy.
Czuła się fizycznie dobrze, ale lęk przed porodem rósł w niej jak dziki krzak, oplatający myśli i serce. Bała się bólu, bała się tego, co może się wydarzyć, bała się, że zabraknie przy niej Władka.
Nazajutrz
obudziła się w dziwnie lekkim nastroju. Powietrze w domu było
jakby czystsze, a każdy dźwięk – wyraźniejszy, jakby ktoś
otworzył drzwi do innego świata. Po śniadaniu nagle poczuła
skurcze.
– Za wcześnie – krzyknęła, chwytając się za brzuch.
Akuszerka, wezwana w pośpiechu, spojrzała jej prosto w oczy i powiedziała stanowczo:
- Dziecko chce przyjść na świat teraz. I nic tego nie zatrzyma.
W domu rozległ się harmider. W korytarzu kłębiło się kilku mężczyzn, którzy nie wiedzieli, co zrobić z rękami, wzrokiem i strachem. Przez ściany przebijały się krzyki Marii i donośny, pewny głos akuszerki. A potem – nagle – wszystko ucichło, by ustąpić miejsca innemu dźwiękowi: cienkiemu, czystemu, pierwszemu płaczowi dziecka.
– Ma
pani córeczkę – powiedziała akuszerka, a jej twarz zmiękła. –
Jak będzie miała na imię?
Maria, zmęczona do granic, z
zamkniętymi oczami, tylko wzruszyła ramionami.
– Wigilia…
Może Ewa? – zaproponowała kobieta.
– Może być –
szepnęła.
Nikt wtedy nie skojarzył tego z opowieściami Władysława. Nikt nie pomyślał, że dziewczynka w snach zapowiedziała swoje narodziny właśnie tego dnia, że on sam wybrał jej imię. Tylko Julia, stojąc w progu, czuła, że historia zatoczyła krąg.
Dziś
Ewa często odwiedza grób ojca. Wpatruje się w wyryte w kamieniu
daty – początek i koniec – i myśli o tym, jak niewiele miejsca
jest między nimi, a ile można w nim zmieścić. Przymykając oczy,
próbuje wrócić do tamtej wędrówki – do srebrzystej sali i
szklanej kołyski. Czasem ma pewność, że to pamięta. A wtedy w
jej sercu odzywa się głos, znajomy jak własny oddech:
–
Obiecałaś, córeczko. I dotrzymałaś.
Piękne :)
OdpowiedzUsuńDziękuję Przyjacielu...
OdpowiedzUsuń