Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prawdziwe opowieści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prawdziwe opowieści. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 sierpnia 2025

Maria i Władysław - historia poznania


Maria - 70 lat



Maria - 80 lat




Maria ze swoją przyjaciółką Zofią, która zmarła w wieku 95 lat.


                                                      Fot. Ewa Bielańska



Po wojnie Władysław, wciąż ścigany echem frontowych koszmarów, odnalazł spokój nad Bałtykiem, gdzie w roztańczonym Trójmieście jego uroda szybko zdobyła serca wielu dziewcząt. Po okresie radosnych uniesień i nieustannej adoracji zapragnął jednak ciszy i wytchnienia. Coraz częściej wymykał się więc na dziką plażę, gdzie wiosenny wiatr niósł zapach rozgrzanego piasku i pierwszych kwiatów kwitnących w nadmorskich wydmach. W samotności marzył o tej jednej, która na zawsze zagości w jego sercu.

Pewnego dnia spostrzegł, że nie jest tam sam. W oddali, w promieniach słońca odbijających się od drobnych fal, ujrzał sylwetkę dziewczyny niczym z bajki — wiatr smagał jej długie, jasne włosy, a suknia, lekka jak u baletnicy, wiła się wokół smukłych nóg, podkreślając krągłe kształty i talię wąską jak osa. W tle majowe niebo przecinały mewy, a pośród szumu morza dało się słyszeć delikatny trzepot skrzydeł drobnych ptaków wracających z zimowych podróży. W myślach od razu przyrównał ją do Wenus — i tak właśnie ją nazwał.

Na co dzień Władysław pracował w drukarni jako zecer. Miał grono wiernych przyjaciół, poznanych w czasie powojennej tułaczki. Jednym z nich był Mietek, który zdążył już się ożenić i doczekać dwójki dzieci — syna i córki. Władysław nie ukrywał, że marzy o podobnym życiu, gdyż po wojnie stracił kontakt z bliską rodziną.

Tęsknił za bliskością drugiego człowieka i pragnął własnego ogniska domowego. Szczególnie cieszyły go niedzielne obiady u Mietka. Przez cały tydzień czekał na ten moment, nie tylko z powodu smakowitego rosołu, lecz przede wszystkim dla ciepła domowej atmosfery. Po obiedzie baraszkując z dziećmi w ogrodzie, pośród krzewów obsypanych białym kwieciem i młodych tulipanów wychylających się ku słońcu, śmiał się wraz z nimi do utraty tchu. Niedziela kończyła się wśród radosnych krzyków i świergotu wróbli chowających się w gęstwinie bzu, gdy mali towarzysze nie chcieli wypuścić ukochanego „wujka Władka” do domu.

Od pewnego czasu Władek w emocjach zwierzał się przyjacielowi:
— Odnalazłem dziewczynę na plaży… Mietek, jaka ona jest piękna, jak Wenus! Ale kiedy chcę do niej podejść, ona mi ucieka. Co ja mam zrobić?

Mietek roześmiał się serdecznie:
— Masz takie powodzenie u tylu kobiet, a z tą jedną nie możesz sobie poradzić?

Władek spoważniał i postanowił dopiąć swego, tym bardziej, że jego męskie ego zostało nadszarpnięte. Niestety, dwukrotne próby „złowienia” Wenus zakończyły się niepowodzeniem. Po ostatniej z nich dziewczyna przestała pojawiać się na plaży.

Nadeszła kolejna obiadowa niedziela, ciepła i pachnąca wiosną. Za oknem nad ogrodem unosiły się obłoczki białego kwiecia, a młode liście na drzewach mieniły się w słońcu świeżą zielenią. Ta pora roku niosła lekkość, lecz Władek czuł w sobie ciężar niedosytu.

Przy stole siedziała sztywno młoda dziewczyna o oczach tak wystraszonych, że i on sam poczuł dziwny niepokój. Było mu nieswojo, a jednocześnie żal tej nieznajomej. Nie była tak urodziwa jak te, które go adorowały, lecz obudziła w nim ciepłe, opiekuńcze uczucia. Gdy wszyscy zajęli miejsca, Mietek uśmiechnął się i powiedział:

Władku, poznaj moją siostrę Marysię. Przyjechała z mojej rodzinnej wioski.

Władysław skinął głową, starając się ukryć zaskoczenie. Marysia spuściła wzrok, jakby chciała stopić się z krzesłem, na którym siedziała. Przez chwilę uważnie przyglądał się jej drobnym dłoniom nerwowo ściskającym serwetkę. W jej ruchach było coś znajomego, choć nie potrafił tego nazwać.

Zapach rosołu mieszał się z aromatem świeżych ziół z ogródka, które wiosenny wiatr przynosił przez uchylone okno. Dzieci biegały między stołem a kuchnią, a zza szyb dolatywał świergot wróbli przesiadujących w gałęziach młodej jabłoni. Rozmowa toczyła się wartko, jednak Władek czuł, jak jego myśli uparcie wracają do delikatnego profilu dziewczyny siedzącej naprzeciw. Coś w sposobie, w jaki odgarniała z twarzy kosmyk włosów, budziło w nim niepokój i… dziwną, nieoczekiwaną nadzieję.

Podszedł do dziewczyny i w szarmanckim geście ujął jej dłoń, muskając ją ustami. Marysia lekko uniosła się z krzesła, jakby chciała odwzajemnić powitanie, lecz nagle jej twarz pobladła, a ciało zwiotczało. Zasłabła, osuwając się w jego ramiona.

Nie stracił ani chwili. Wojenne doświadczenie podpowiedziało mu, co robić — uniósł ją delikatnie i przeniósł na pobliski tapczan, układając w pozycji, która ułatwi jej oddychanie. Za oknem wiatr poruszył gałęziami młodego bzu, rozsypując w powietrzu drobne, pachnące płatki.

Marysia! — krzyknęła Stefania, wbiegając z kuchni, jej głos drżał z niepokoju.

Krótka chwila zamieniła się w gwar pełen pytań i domysłów. Władek nagle poczuł się jak intruz — oszołomiony, niepewny, co wywołało omdlenie. Wycofał się z pokoju niemal odruchowo, zostawiając Marysię pod opieką jej rodziny. W głowie kotłowały mu się pytania, na które nie miał odpowiedzi.

Odpowiedź przyszła niespodziewanie szybko. Jeszcze tego samego dnia, kiedy gwar w domu ucichł, Mietek podszedł do Władka i położył mu dłoń na ramieniu.

Władku… zrozum Marysię. Ona całe życie spędziła przy krowach, gęsiach, w pracy na roli. Jest bardzo pracowita, ale wielkomiejskie życie ją przeraża. Musi się przyzwyczaić. Jest u mnie dopiero od tygodnia.

Władek kiwnął głową, jakby próbował wchłonąć te słowa. W jego myślach obraz „wieśniaczki” z opowieści Mietka mieszał się z tym, kogo zobaczył przy stole — wystraszoną, delikatną twarz Marysi, której oczy zdawały się prosić o spokój i zrozumienie. Za oknem słońce chyliło się ku zachodowi, barwiąc niebo nad ogrodem ciepłym, morelowym światłem.

Od tej pory każdy niedzielny obiad u Mietka stał się dla niego okazją, by choć przez chwilę z nią porozmawiać, podać talerz czy pomóc w kuchni. Czasem mijali się w ogrodzie, gdzie młoda trawa była jeszcze wilgotna od porannej rosy, a w powietrzu unosił się zapach kwitnących jabłoni. Te drobne, codzienne sprawy z czasem miały zbudować most między dwojgiem ludzi z tak różnych światów.

Nic więc dziwnego, że po czasie padła wreszcie propozycja „randki” w centrum Sopotu. Władek wypowiedział te słowa niby mimochodem, z pozorną swobodą, lecz w środku czuł, jak serce mu przyspiesza. Jakież było jego zdziwienie, gdy Marysia bez dłuższego namysłu przyjęła zaproszenie.

To może… kawiarnia w Grand Hotelu? — dodał pół żartem, przekonany, że zaraz usłyszy protest lub niepewne „a może gdzie indziej”. Tym większe było jego zdumienie, gdy Marysia skinęła głową. W jej spojrzeniu błysnęło coś nowego — może odrobina ciekawości, może wyzwanie.

Marysia długo nie miałaby w co się „szałowo” ubrać na randkę. Lecz los, jakby sprzyjał Władkowi, podsunął rozwiązanie w najbardziej niespodziewany sposób. W tamtych powojennych czasach do Polski zaczęły docierać paczki z amerykańskiej organizacji UNRRA — pełne jedzenia, koców, ale też ubrań, o jakich wiejskie dziewczyny mogły tylko marzyć.
Trafiła się jedna taka paczka, wypełniona po brzegi sukienkami, kapeluszami, szerokimi halkami, butami na obcasie, maleńkimi torebkami i rękawiczkami z cienkiej jak mgiełka koronki. Ktoś w mieście już próbował rozdysponować skarby, ale dziwnym trafem żadna z kobiet nie mogła się w nie zmieścić — albo były zbyt obszerne, albo zbyt wąskie, albo po prostu „nie leżały”.
W końcu paczka trafiła do rąk Marysi. Gdy zaczęła przymierzać kolejne rzeczy, promienie słońca przesączały się przez firankę, tańcząc na delikatnych tkaninach, jakby chciały podkreślić ich niezwykłość. 
Za oknem pachniało świeżo skoszoną trawą, a ciepły wiatr niósł zapach kwitnących bzów, które wdzierały się do pokoju przez uchylone okno. W oczach Stefanii i Mietka pojawił się zachwyt — wszystkie sukienki wyglądały, jakby uszył je krawiec, znając jej wymiary na pamięć. Szczególnie jeden komplet sprawił, że dziewczyna, dotąd skromna i wycofana, stanęła przed lustrem niemal nie poznając własnego odbicia. Sukienka otulała jej talię tak subtelnie, że wydawała się jeszcze smuklejsza, a lekki kapelusik z woalką dodawał jej uroku gwiazdy filmowej.

Po przybyciu na wybrzeże Marysia nieraz sięgała po te „szałowe” szaty z amerykańskiej paczki. Ubierała je, gdy wybierała się samotnie na spacer po plaży, gdzie ciepły, wiosenny wiatr bawił się falbanami, a słońce igrało w delikatnych tkaninach. Pachniało mokrym piaskiem i nadmorską roślinnością, a mewy krążyły nad horyzontem, głośno oznajmiając swą obecność.
Te ubrania nie tylko ją zdobiły. One zmieniały sposób, w jaki postrzegała samą siebie — jakby przez chwilę przestawała być nieśmiałą dziewczyną z wiejskiego podwórza, a stawała się kobietą, która mogłaby wejść do najwytworniejszej sali i przyciągnąć wszystkie spojrzenia.

Gdy nadeszła randka, miasto tętniło wiosną. Ulice Sopotu pachniały świeżo skoszoną trawą i rozgrzaną cegłą, w ogródkach willowych kwitły bzy, a nadmorska promenada była pełna ludzi spacerujących w popołudniowym słońcu. Władek stał przed wejściem do Grand Hotelu z bukietem polnych kwiatów — kaczeńców, stokrotek i rumianków, które nazrywał o poranku na skraju łąki pełnej pszczół. Palce drżały mu lekko, nie tyle od chłodnego, pachnącego solą wiatru, ile z obawy, że Marysia w ostatniej chwili stchórzy.

Nagle… zobaczył ją – swoją Wenus. Szła w jego kierunku powoli, z gracją, jak dama z najwyższych sfer. Wiosenne słońce igrało w fałdach sukni, a lekki wiatr, pachnący kwitnącymi kasztanami z pobliskiego skweru, unosił brzegi materiału, nadając jej smukłej, zgrabnej sylwetce niemal filmowego wdzięku. Kapelusz rzucał na jej twarz subtelny cień, przez co jej spojrzenie było niedostrzegalne, pełne tajemniczości. Przechodnie odwracali głowy, przystawali, by choć przez moment nasycić wzrok tym niezwykłym widokiem. W powietrzu unosił się zapach morza, a gdzieś w oddali słychać było skrzek mew, które krążyły nad molo.

Serce podskoczyło mu do gardła — miał przecież na uwadze dziewczynę z dzikiej plaży, a jego podrywacka natura kazała mu nawet rozważyć… ucieczkę. Patrzył, jak jego Wenus z niepojętą pewnością siebie mija go obojętnie i wchodzi do kawiarni, jakby Grand Hotel był jej codziennym adresem zameldowania. Został na zewnątrz, oszołomiony, z galopującymi myślami.


Po chwili jednak otrzeźwiał. Westchnął głęboko i postanowił wejść. Wnętrze pachniało kawą i świeżymi wypiekami, a zza otwartych okien wpadały dźwięki ulicznego gwaru i świergot wróbli. Rozglądał się niespokojnie z pogniecionym bukietem polnych kwiatów w ręku, aż w końcu dostrzegł ją — siedzącą przy stoliku, patrzącą prosto na niego. W tym spojrzeniu nie było już nic z odległej, nieosiągalnej bogini. Wenus stała się Marysią. 

                                                                    



Zdjęcie poglądowe - tak wyglądała Maria w sukience z paczki UNRRY




Autor: Ewa Bielańska



poniedziałek, 23 listopada 2020

Niezwykła historia z KL Auschwitz





fot. Ewa Bielańska


  • Jadąc do Krakowa na spotkanie z dziennikarzami obywatelskimi nie przypuszczałam, że jadę na spotkanie z zaskakującą "przygodą". Z całej wesołej gromadki, która zakotwiczyła w przytulnej kawiarence ja i Basia Romer byłyśmy najstarsze. Z tego spotkania utkwiły mi w pamięci jej figlarne oczy... i zupełnie niezabawne słowa: "mój dziadek był w KL Auschwitz".
  • Przez kilka lat w swojej pracy patrzyłam na resztki dokumentów, w których zaklęte było cierpienie oświęcimskich więźniów. Okazało się, że moje zawodowe "czujki" były intensywnie wyczulone na tego rodzaju informacje. Dotarło do mnie, że jej dziadek i ciocia wraz z narzeczonym byli przez dwa lata numerami obozowymi. Wiadomość, że pisali z tego piekła listy spowodowała, że w moim skrzywionym zawodowo umyśle momentalnie przesunęły się tysiące więźniarskich styków obozowych, fragmenty dokumentów z ledwo widocznymi wpisami. Z pożółkłych kart dokumentów mój wzrok wydobywał całą ich treść, by na zawsze znalazły się w pamięci komputera. Możliwa jest wówczas analiza i po konfrontacji z innymi dokumentami, niczym z puzzli, wyłaniają się z niebytu indywidualne tragiczne, często heroiczne losy więźniów, co sprawia, że przywraca się im godność, z której w obozie zostali odarci. Prośba Basi aby wyszukać dla niej ślady pobytu jej krewnych w KL Auschwitz stała się dla mnie czymś niezwykle ważnym. Jeszcze wówczas nie wiedziałam, że jestem u progu tajemnicy niezwykłej okupacyjnej historii rodziny Romerów i Lohman. Po intensywnych poszukiwaniach w archiwalnych zasobach śladów więźniów KL Auschwitz: Rodryga Romera, Elżbiety Romer i jej narzeczonego Maksymiliana Lohman poczułam niedosyt... Wówczas pomyślałam, że za listami, które pisali do rodziny z obozu kryje się coś o wiele bogatszego i ciekawszego. Listy obozowe to gotowe blankiety m.in. z nadrukami "KL Auschwitz", znaczkiem pocztowym z portretem Adolfa Hitlera, dokumenty o wielopłaszczyznowym znaczeniu, bo oprócz zawartego w nich ładunku emocjonalnego są tam niezwykle ważne dla historyków informacje takie jak: imię i nazwisko, numer obozowy, data, numer bloku (np. blok śmierci nr 11). Czas płynie nieubłaganie i jest zabójczy dla obozowych listów, przechowywanych często w nieodpowiednich warunkach. Z rozsypującego się papieru znikają pisane ołówkiem wyrazy cierpienia ludzi, których doświadczyli w KL Auschwitz. Nie mogłam dopuścić aby taki los spotkał listy Rodryga, jego córki Elżbiety i Maksymialiana Lohman.



Fot. Internet

Tak wyglądają listy obozowe z KL Auschwitz


  • Wiedziałam, że listy te, są dla rodziny Romerów i Lohman relikwiami, z którymi rozstanie będzie bolesne. Tym niemniej podjęłam próbę przekonania Basi, że przekazanie ich do Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau ocali je od zniszczenia. Moja argumentacja, iż będą przechowywane w specjalnie do tego celu przystosowanych, klimatyzowanych magazynach, pod profesjonalnym nadzorem archiwistów, konserwatorów, a dla naukowców-historyków staną się kapitalną bazą do odtworzenia losów więźniów KL Auschwitz, przekonała ją i rodzinę Lohman o słuszności, by listy obozowe znalazły się pod opieką oświęcimskiego Muzeum. Cenne pamiątki rodzinne przekazane zostały na ręce zastępcy dyrektora Muzeum Rafała Pióro przez członków rodziny Romerów: Barbarę Romer-Kukulską oraz Aleksandra, Pawła i Rafała Lohman. Dyrektor Pióro wyraził ogromną wdzięczność za zaufanie jakim obdarzyli Muzeum przekazując do Archiwum tak cenne dla nich rodzinne relikwie.

  • Ceremonia przekazania listów obozowych miała przebieg niezwykle uroczysty. Dyrektor Muzeum nie ukrywał wzruszenia i zainteresowania słuchając niezwykłej historii rodziny. Usłyszeliśmy wówczas, że do obozu Auschwitz w 1943 r. cała trójka trafiła z więzienia w Tarnowie, gdzie znaleźli się po aresztowaniu w Jaśle. Aresztowanie było wynikiem denuncjacji zebrania konspiracyjnego oddziału podziemnego ruchu oporu, które odbywało się w prywatnym mieszkaniu. W tym czasie Maksymilian Lohman ukrywał się pod fałszywym nazwiskiem, gdyż był zbiegiem z oflagu oficerów wojska polskiego. Elżbieta Romer dobrze zapisała się w pamięci byłych więźniów. Jej postać przewija się w ich relacjach i publikacjach dotyczących historii obozu. Podkreśla się tam jej ofiarność i bezinteresowność w niesieniu pomocy współwięźniom. Po ucieczce z kolumny ewakuacyjnej Marszu Śmierci do końca wojny pracowała jako pielęgniarka. Za jej zasługi Międzynarodowy Czerwony Krzyż odznaczył ją swoim najwyższym odznaczeniem — medalem Florence Nightingale.



Fot. Internet


  • Jej ojciec – Rodryg Romer, pomimo doznanych w obozie cierpień, po wojnie aktywnie uczestniczył w procesie pojednania pomiędzy Polską a Niemcami. W 1965 r. przetłumaczył na język niemiecki znany list-orędzie biskupów polskich do biskupów niemieckich. Przekazanie listów obozowych Państwowemu Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu stało się początkiem współpracy z rodziną Romerów i Lohman w dostarczaniu dodatkowych informacji wzbogacających wartość ofiarowanego zbioru dokumentów. W dużym stopniu pomoże to w przekazywaniu następnym pokoleniom, często bardzo wzruszających, historii indywidualnych losów konkretnych ludzi.


Uwagi: Przepraszam za wiszące na końcu pojedyncze litery. System tak ustawia tekst.



piątek, 5 kwietnia 2019

Zaściankowy Oświęcim?







     Są w życiu człowieka chwile przełomowe w dążeniu do zrozumienia kim i po co znalazł się na tym świecie. Dla mnie jedną z przełomowych chwil było zetknięcie się z niezwykle pokrewnym postrzeganiem życia jakie prezentuje Krzysztof Pieczyński. Mogę tę chwilę porównać do wejścia w nurt czystej źródlanej wody. Przekonana o tym jak wiele cennych informacji Krzysztof Pieczyński ma do przekazania postanowiłam zaprosić go do Oświęcimia. Sądziłam, że jako znakomity, znany aktor i pisarz będzie przyjęty z otwartymi rękami. Byłam przekonana, że człowiek o tak bogatym artystycznym i życiowym doświadczeniu będzie cennym Gościem dla kulturalnego środowiska Oświęcimia. Niestety, przeżyłam ogromne rozczarowanie. Oświęcimskie Centrum Kultury Krzysztofem Pieczyńskim nie było zainteresowane.

Na propozycję darmowego spotkania z wybitnym aktorem zareagowała Miejska Biblioteka w Oświęcimiu, co wzbudziło we mnie ostrożną nadzieję... .





Ustalono termin spotkania z aktorem. Wykonano plakat, który rozwieszono na słupach ogłoszeniowych w mieście. Informację o wydarzeniu opublikowano w lokalnych gazetach. Nagle zaczęły piętrzyć się trudności, które pani vice-dyrektor nie umiała początkowo szczerze wyrazić. Czuło się jednak w głosie, że chętnie wycofałaby się z przygotowanego artystycznego przedsięwzięcia. Zdołała wydukać, że spotkanie ma się odbyć ściśle wg napisanego przeze mnie scenariusza. 

„Kontrowersyjny” światopogląd Gościa tak przeraził Dyrekcję placówki kulturalnej w Oświęcimiu, że w scenariuszu wykluczono ewentualność zadawania pytań z widowni. Nic więc dziwnego, że przy takich absurdalnych i żenujących ograniczeniach do spotkania z Krzysztofem Pieczyńskim dojść nie mogło  i  nie doszło.

Nie  da  się  wyrazić  w  słowach  jak  wielkie było moje  rozczarowanie i  ogromny  wstyd. 






Krzysztof  Pieczyński napisał:

„Do spotkania w Oświęcimiu przygotowywałem się kilkanaście dni. Gdy okazało się, że do niego nie dojdzie, powstała pustka, z którą musiałem coś zrobić. Zacząłem pisać wiersz. Dla poety to coś szczególnie osobistego, związanego z tym co w nim samym najpiękniejsze i najbardziej tajemnicze. Skończyłem po kilku dniach. Przez ten czas byłem w myślach z Wami.”





MIESZKAŃCOM OŚWIĘCIMIA



Para zakochanych posiada wspólne oczy

Patrząc widzą tą samą rzecz

Jeśli jest to kłos zboża na wietrze

Mają pewność że kłania się miłości

Stu innych zobaczy sto rożnych rzeczy

Mówię o matematyce jedności

Choć dla mnie jest tylko

Pół sercem pół płomieniem opartym o ścianę

Drżącą powłoką wody której wyssałem kroplę

Małym okręgiem obecnym we wszystkim

Rzecz jednak między okręgami

Ciało nie słyszy niczego z ust

Bo jest zbyt wielkie zbyt odległe

Tylko z powtórzeń echa: czekam czekam 




Krzysztof Pieczyński








Pomimo wszystko świat jest piękny











Od 14 czerwca br. zapraszam do kina  na film ze 

znakomitą główną rolą Krzysztofa Pieczyńskiego.  





























piątek, 8 września 2017

"Jak weszłaś między wrony, tak kracz jak i one"




Mój gabinet po ponownej reaktywacji zespołu dygitalizującej dokumenty.

Ani wiele zawdzięczam w tych trudnych dla mnie czasach:

Fot. Ewa Bielańska



Działo się to dawno, choć brzmi jak opowieść boleśnie współczesna. Trafiłam wtedy do elitarnej grupy „wybrańców” – tak nas z dumą nazywano – których zadaniem była pionierska dygitalizacja bezcennych dokumentów. Miało to rangę misji, niemal kosmicznej, a w praktyce przypominało eksperyment na ludziach: bez instrukcji, bez narzędzi, za to z programem komputerowym tak niezrozumiałym, że wydawał się pisany nie dla ludzi, lecz dla istot pozaziemskich. Moje pierwsze zetknięcie z nim było jak zderzenie z pustką – zamiast fascynacji poczułam lęk i osamotnienie. Wpakowano mnie w XXI wiek, choć jeszcze tkwiliśmy w końcówce XX.

Ale pionier pionierem, a obok czyhała codzienność w postaci współpracowników – bardzo pobożnych, bardzo poważnych i jeszcze bardziej zakochanych w sobie. Ich EGO zajmowało tyle miejsca, że trudno było się przecisnąć do komputera. Szef co niedziela biegł do spowiedzi, a w tygodniu spowiadał się nam… głośnym rechotem przez godzinę dziennie. Orkiestra męskich gardeł i jeden czarujący chichot paniusi w kreacjach tak olśniewających, że panowie padali z zachwytu, a panie dostawały oczopląsu w wersji deluxe. Ja nie uczestniczyłam w tym teatrze. Na zebraniach, które polegały na rytualnym hejtowaniu – zanim jeszcze słowo „hejt” weszło do słownika – bywałam rzadko i z przymusu.

Nic dziwnego, że szybko uznano mnie za odmieńca. Pierwszy ruch wobec dziwaka? Odebranie hasła do becapu. Od tej chwili moja praca była narażona na utratę, bądź celowe uszkodzenie. Protestowałam głośno, może zbyt głośno – co szef natychmiast obrócił w „dowód” mojej niepoczytalności. Ogłosił dyrekcji, że oto mają w zespole sabotażystkę, która w każdej chwili może wysadzić sprzęt w powietrze.

I tak odbył się nade mną sąd. W gabinecie dyrektora ważyły się moje losy niczym na boskiej wadze. W ostatniej chwili uratowała mnie wicedyrektor – nie z powodu wiary w moją niewinność, ale dlatego, że instytucji nie stać było na nowego pracownika. Ekonomia okazała się bardziej miłosierna niż religijność mojego szefa.

To był dopiero początek farsy. Odebrano mi klucze od kolejnych drzwi. Żeby dostać się do własnej pracy, musiałam pukać i czekać, aż ktoś okaże łaskę. Zdarzało się, że zimą stałam 15 minut przed ciężkimi drzwiami wejściowymi, a gdy w końcu je otwierano, czułam się jak pielgrzym, któremu właśnie udzielono cudu. Czasem zatrzaskiwano je przed nosem – dla wzmocnienia mojej pokory. Gdy cała pobożna ferajna jechała na wycieczkę, moim „biurem” stawał się korytarz.

Na deser – odebrano mi oryginały dokumentów. Dostałam fotokopie na błyszczącym papierze z literkami tak mikroskopijnymi, że miałam wrażenie, iż czytam przez dziurkę od klucza. Do tego szef dorzucił absurdalną liczbę rekordów do wprowadzenia i obowiązkowy, codzienny raport – bez sensu, lecz z pieczątką konieczności.


Nie miałam dokąd uciec. Z rodzinnej strony słyszałam tylko mądrości w stylu: „jak weszłaś między wrony, kracz jak one”. Niestety, ja zamiast krakać, milczałam albo mówiłam własnym głosem.

Organizm w końcu powiedział: dość. Leżałam tydzień w łóżku, niezdolna do czegokolwiek. Bezsenność żarła mnie nocami, a poczucie umierania stało się codziennością. Tragiczne. A jednak – dziś widzę w tym farsę biurową: pionierka cyfryzacji zamieniona w bohaterkę groteskowego spektaklu z zamykanymi drzwiami, spowiedziami na pokaz i raportami pisanymi dla samego raportowania.

Któregoś dnia zwlekłam się z łóżka i ruszyłam do pracy. Szłam powoli, zmęczona, aż nagle coś się zmieniło. Poczułam, że ta praca – choć obłożona farsą – jest niezwykła i fascynująca. Skupiłam się na dokumentach, na ludzkich historiach, które utrwalałam w komputerze. I wtedy poczułam WOLNOŚĆ. Rzeczywistość nabrała kolorów, a współpracownicy… rozpłynęli się jak fatamorgana. Pomimo nieustających różnych złośliwości przestali dla mnie istnieć. Energia, której doświadczyłam, sprawiła, że góra rekordów zamieniła się w pryszcz. Osiem godzin zadań robiłam w cztery – resztę mogłam spędzać na „pluciu i łapaniu”. Odzyskałam ciało, zmysły, radość. Odzyskałam siebie.

Wreszcie nadszedł dzień rozliczenia. Po latach zostałam wezwana na zebranie – tym razem doprowadzona niemal siłą. Szef miał twarz czerwoną jak Irokez na wojennej ścieżce i wrzeszczał, protokołując każde słowo. Po kolei wysyłał wszystkich do diabła… tylko nie mnie. Bo oto okazało się, że w moich wynikach nie było błędów, a ilość wprowadzonych danych była największa.

Mój „pobożny” szef, w swej wielkiej łaskawości, przywrócił mnie do łask. Nie zrobiło to na mnie wrażenia. Rok później jego EGO rozhuśtane do kwadratu sprawiło, że sam został dyscyplinarnie usunięty. Ironia losu.

Tak skończyła się epopeja „zespołu wybrańców”, zlikwidowanego na długie lata. A ja – cóż – zostałam pionierką w sztuce przetrwania w biurowym piekle. Dziś patrzę na to z dystansem. Tamten okres był farsą biurową, ale i świadectwem epoki – czasu, gdy wielkie hasła cyfryzacji zderzały się z ludzką małostkowością, a pionierzy zamiast orderów dostawali zatrzaśnięte drzwi przed nosem. A jednak właśnie dzięki temu absurdowi nauczyłam się czegoś najważniejszego: że wolność nie zależy od kluczy ani od raportów, lecz od tego, jaką wartość sami potrafimy odnaleźć w swojej pracy.





niedziela, 22 listopada 2015

Taksówkarz z Nowego Jorku napisał:











Ten tekst koniecznie trzeba przeczytać !!!



Przyjechałem pod adres do klienta, i zatrąbiłem. Po odczekaniu kilku minut, zatrąbiłem ponownie. Był późny wieczór, pomyślałem że klient się rozmyślił i wrócę do "bazy"... ale zamiast tego zaparkowałem samochód, podszedłem do drzwi i zapukałem. 

- Minutkę - odpowiedział wątły, starszy głos. 

Usłyszałem odgłos tak jakby coś było ciągnięte po podłodze...
Po długiej przerwie, otworzyły się drzwi. Stała przede mną niska , na oko dziewięćdziesięcioletnia kobieta. Miała na sobie kolorową sukienkę i kapelusz z dopiętym welonem; wyglądała jak ktoś z filmu z lat czterdziestych. U Jej boku była mała nylonowa walizka. Mieszkanie wyglądało tak, jakby nikt nie mieszkał w nim od lat. Wszystkie meble przykryte były płachtami materiału.
Nie było zegarów na ścianach, żadnych bibelotów ani naczyń na blacie. W rogu stało kartonowe pudło wypełnione zdjęciami i szkłem.
 
- Czy mógłby Pan zanieść moją torbę do  samochodu? - zapytała. 

Zabrałem walizkę do auta, po czym wróciłem aby pomóc kobiecie.
Wzięła mnie za rękę i szliśmy powoli w stronę krawężnika.
Trzymała mnie za ramię, dziękując mi za życzliwość. 

- To nic - powiedziałem, staram się traktować moich pasażerów w sposób, w jaki chciałbym aby traktowano moją mamę.
 
- Och, jesteś takim dobrym chłopcem - odrzekła. 

Kiedy wsiedliśmy do samochodu, dała mi adres, a potem zapytała:

- Czy mógłbyś pojechać przez centrum miasta?
 
- To nie jest najkrótsza droga - odpowiedziałem szybko, włączając licznik opłaty.
 

- Och, nie mam nic przeciwko temu - powiedziała. Nie spieszę się. Jestem w drodze do hospicjum.
 
Spojrzałem w lusterko. Jej oczy lśniły.

- Nie mam już nikogo z rodziny - mówiła łagodnym głosem. Lekarz mówi, że nie zostało mi zbyt wiele...
 
Wyłączyłem licznik... 

- Którędy chce Pani jechać?
 
Przez kilka godzin jeździliśmy po mieście. Pokazała mi budynek, gdzie kiedyś pracowała jako operator windy.
Jechaliśmy przez okolicę, w której żyli z mężem jako nowożeńcy. Poprosiła abym zatrzymał się przed magazynem meblowym który był niegdyś salą balową, gdzie chodziła tańczyć jako młoda dziewczyna.
Czasami prosiła, by zwolnić przy danym budynku lub skrzyżowaniu, i siedziała wpatrując się w ciemność, bez słowa.
Gdy pierwsze promienie Słońca przełamały horyzont, powiedziała nagle ;

- Jestem zmęczona. Jedźmy już proszę. 

Jechaliśmy w milczeniu pod wskazany adres. Był to był niski budynek z podjazdem, tak typowy dla domów opieki.
Dwaj sanitariusze wyszli na zewnątrz gdy tylko zatrzymałem się na podjeździe. Musieli się jej spodziewać. Byli uprzejmi i troskliwi.
Otworzyłem bagażnik i zaniosłem małą walizeczkę kobiety do drzwi. Ona sama została już usadzona na wózku inwalidzkim.

 
- Ile jestem panu winna? - spytała, sięgając do torebki.
 
- Nic - odpowiedziałem.
 
- Trzeba zarabiać na życie - zaoponowała.
 
- Są inni pasażerowie - odparłem.
 
I nie zastanawiając się kompletnie nad tym co robię, pochyliłem się i przytuliłem Ją. Objęła mnie mocno.
 
- Dałeś staruszce małą chwilę radości - powiedziała. 

- Dziękuję.
 
Uścisnąłem jej dłoń, a następnie wyszedłem w półmrok poranka. Za mną zamknęły się drzwi - był to dźwięk zamykanego Życia.
Tego ranka nie zabierałem już żadnych pasażerów.Jeździłem bez celu, zagubiony w myślach. Co jeśli do kobiety wysłany zostałby nieuprzejmy kierowca, lub niecierpliwy aby zakończyć jego zmianę? Co gdybym nie podszedł do drzwi, lub zatrąbił tylko raz, a następnie odjechał?
Myśląc o tym teraz, nie sądzę, abym zrobił coś ważniejszego w całym swoim życiu.
Jesteśmy uzależnieni od poszukiwania emocjonujących zdarzeń i pięknych chwil, którymi staramy się wypełnić nasze życia.
Tymczasem Piękne Chwile mogą przydarzyć się nam zupełnie nieoczekiwanie, opakowane w to, co inni mogą nazwać rutyną. Nie przegapmy ich...


Autor nieznany

(od Rafała Jędrasika)