piątek, 8 września 2017

"Jak weszłaś między wrony, tak kracz jak i one"




Mój gabinet po ponownej reaktywacji zespołu dygitalizującej dokumenty.

Ani wiele zawdzięczam w tych trudnych dla mnie czasach:

Fot. Ewa Bielańska



Działo się to dawno, choć brzmi jak opowieść boleśnie współczesna. Trafiłam wtedy do elitarnej grupy „wybrańców” – tak nas z dumą nazywano – których zadaniem była pionierska dygitalizacja bezcennych dokumentów. Miało to rangę misji, niemal kosmicznej, a w praktyce przypominało eksperyment na ludziach: bez instrukcji, bez narzędzi, za to z programem komputerowym tak niezrozumiałym, że wydawał się pisany nie dla ludzi, lecz dla istot pozaziemskich. Moje pierwsze zetknięcie z nim było jak zderzenie z pustką – zamiast fascynacji poczułam lęk i osamotnienie. Wpakowano mnie w XXI wiek, choć jeszcze tkwiliśmy w końcówce XX.

Ale pionier pionierem, a obok czyhała codzienność w postaci współpracowników – bardzo pobożnych, bardzo poważnych i jeszcze bardziej zakochanych w sobie. Ich EGO zajmowało tyle miejsca, że trudno było się przecisnąć do komputera. Szef co niedziela biegł do spowiedzi, a w tygodniu spowiadał się nam… głośnym rechotem przez godzinę dziennie. Orkiestra męskich gardeł i jeden czarujący chichot paniusi w kreacjach tak olśniewających, że panowie padali z zachwytu, a panie dostawały oczopląsu w wersji deluxe. Ja nie uczestniczyłam w tym teatrze. Na zebraniach, które polegały na rytualnym hejtowaniu – zanim jeszcze słowo „hejt” weszło do słownika – bywałam rzadko i z przymusu.

Nic dziwnego, że szybko uznano mnie za odmieńca. Pierwszy ruch wobec dziwaka? Odebranie hasła do becapu. Od tej chwili moja praca była narażona na utratę, bądź celowe uszkodzenie. Protestowałam głośno, może zbyt głośno – co szef natychmiast obrócił w „dowód” mojej niepoczytalności. Ogłosił dyrekcji, że oto mają w zespole sabotażystkę, która w każdej chwili może wysadzić sprzęt w powietrze.

I tak odbył się nade mną sąd. W gabinecie dyrektora ważyły się moje losy niczym na boskiej wadze. W ostatniej chwili uratowała mnie wicedyrektor – nie z powodu wiary w moją niewinność, ale dlatego, że instytucji nie stać było na nowego pracownika. Ekonomia okazała się bardziej miłosierna niż religijność mojego szefa.

To był dopiero początek farsy. Odebrano mi klucze od kolejnych drzwi. Żeby dostać się do własnej pracy, musiałam pukać i czekać, aż ktoś okaże łaskę. Zdarzało się, że zimą stałam 15 minut przed ciężkimi drzwiami wejściowymi, a gdy w końcu je otwierano, czułam się jak pielgrzym, któremu właśnie udzielono cudu. Czasem zatrzaskiwano je przed nosem – dla wzmocnienia mojej pokory. Gdy cała pobożna ferajna jechała na wycieczkę, moim „biurem” stawał się korytarz.

Na deser – odebrano mi oryginały dokumentów. Dostałam fotokopie na błyszczącym papierze z literkami tak mikroskopijnymi, że miałam wrażenie, iż czytam przez dziurkę od klucza. Do tego szef dorzucił absurdalną liczbę rekordów do wprowadzenia i obowiązkowy, codzienny raport – bez sensu, lecz z pieczątką konieczności.


Nie miałam dokąd uciec. Z rodzinnej strony słyszałam tylko mądrości w stylu: „jak weszłaś między wrony, kracz jak one”. Niestety, ja zamiast krakać, milczałam albo mówiłam własnym głosem.

Organizm w końcu powiedział: dość. Leżałam tydzień w łóżku, niezdolna do czegokolwiek. Bezsenność żarła mnie nocami, a poczucie umierania stało się codziennością. Tragiczne. A jednak – dziś widzę w tym farsę biurową: pionierka cyfryzacji zamieniona w bohaterkę groteskowego spektaklu z zamykanymi drzwiami, spowiedziami na pokaz i raportami pisanymi dla samego raportowania.

Któregoś dnia zwlekłam się z łóżka i ruszyłam do pracy. Szłam powoli, zmęczona, aż nagle coś się zmieniło. Poczułam, że ta praca – choć obłożona farsą – jest niezwykła i fascynująca. Skupiłam się na dokumentach, na ludzkich historiach, które utrwalałam w komputerze. I wtedy poczułam WOLNOŚĆ. Rzeczywistość nabrała kolorów, a współpracownicy… rozpłynęli się jak fatamorgana. Pomimo nieustających różnych złośliwości przestali dla mnie istnieć. Energia, której doświadczyłam, sprawiła, że góra rekordów zamieniła się w pryszcz. Osiem godzin zadań robiłam w cztery – resztę mogłam spędzać na „pluciu i łapaniu”. Odzyskałam ciało, zmysły, radość. Odzyskałam siebie.

Wreszcie nadszedł dzień rozliczenia. Po latach zostałam wezwana na zebranie – tym razem doprowadzona niemal siłą. Szef miał twarz czerwoną jak Irokez na wojennej ścieżce i wrzeszczał, protokołując każde słowo. Po kolei wysyłał wszystkich do diabła… tylko nie mnie. Bo oto okazało się, że w moich wynikach nie było błędów, a ilość wprowadzonych danych była największa.

Mój „pobożny” szef, w swej wielkiej łaskawości, przywrócił mnie do łask. Nie zrobiło to na mnie wrażenia. Rok później jego EGO rozhuśtane do kwadratu sprawiło, że sam został dyscyplinarnie usunięty. Ironia losu.

Tak skończyła się epopeja „zespołu wybrańców”, zlikwidowanego na długie lata. A ja – cóż – zostałam pionierką w sztuce przetrwania w biurowym piekle. Dziś patrzę na to z dystansem. Tamten okres był farsą biurową, ale i świadectwem epoki – czasu, gdy wielkie hasła cyfryzacji zderzały się z ludzką małostkowością, a pionierzy zamiast orderów dostawali zatrzaśnięte drzwi przed nosem. A jednak właśnie dzięki temu absurdowi nauczyłam się czegoś najważniejszego: że wolność nie zależy od kluczy ani od raportów, lecz od tego, jaką wartość sami potrafimy odnaleźć w swojej pracy.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz