Ilekroć
Lidia wybierała się do ukochanej cioteczki na czwarte piętro,
mijała na parterze mieszkanie, które w całym bloku miało
status... legendy.
Drzwi wejściowe — jak do balowej sali w
zamku: złocona klamka, rzeźbione panele, a nad wszystkim aura
„proszę mnie podziwiać”. Nie dało się przejść obojętnie.
Przed
laty, kiedy Lidia mieszkała jeszcze kilka pięter wyżej, widywała
czasem, jak zza tych pałacowych wrót wychyla się młoda dziewczyna
— obwieszona srebrną biżuterią tak hojnie, że gdyby miała
jeszcze po jednym palcu na dłoni, pewnie i on dostałby pierścionek.
Matka
i córka mieszkały tam od zawsze. Wnętrze, mówiono, było równie
„reprezentacyjne” jak drzwi. Niestety, jego akustyka była aż
nadto doskonała. Często bowiem rozlegały się stamtąd krzyki tak
przenikliwe, że echo niosło je po wszystkich czterech piętrach:
— Ty
ku... rwo! — wrzeszczała matka.
— H...j ci w d...pę! —
ripostowała córka.
Sąsiedzi
nauczyli się rozpoznawać ich „koncerty” po pierwszych dwóch
nutach. Tematy sporów bywały wzniosłe: obrusy skradzione ze
strychu, poszewki, a raz nawet gumowa miednica. W opinii obu pań
cała reszta mieszkańców była bandą h...i, i „po...rdolonych
wariatów” — co też ogłaszały publicznie, dla jasności
sytuacji.
Pewnego
dnia w tym barwnym duecie pojawił się mężczyzna. Zaskoczenie było
tak duże, że niektórzy lokatorzy przysięgali, iż to musi być
agent ubezpieczeniowy, który zasiedział się przy kawie. Jednak nie
— zamieszkał. Na krótko. Wkrótce obie panie wyprawiły go do
piwnicy, gdzie urządzono mu „solidny pokój” (czytaj: beton,
jedna żarówka i zapach kiszonej kapusty).
Po
kilku latach z mieszkania zaczęły dobiegać odgłosy płaczu
dziecka. Wszyscy liczyli, że może choć ono okaże się aniołkiem.
Niestety. Malec rozwinął się w prawdziwą kontynuację rodzinnej
tradycji — pod drzwiami każdego lokatora zostawiał „pamiątki”
w formie płynnej lub stałej, a w miarę dorastania dorzucał
inwektywy, w których już płynnie łączył słownictwo matki i
babki.
Mężczyzna
z piwnicy pewnego dnia zniknął tak nagle, jak się pojawił. I
wtedy w bloku zaczęto się głośno zastanawiać, skąd matka z
córką biorą pieniądze na markowe ubrania i luksusowe wyposażenie
mieszkania. Plotka, która od lat krążyła po cichu, wreszcie
wybuchła: „Stara żebrze po dużych miastach!”.
Lidia,
choć zwykle sceptyczna, już wkrótce przekonała się o
prawdziwości tej opowieści. Idąc w Krakowie ulicą Floriańską,
zobaczyła znajomą postać: zgarbiona sylwetka, potargana chusta,
twarz pełna cierpienia rodem z tragedii antycznej. W drżącej dłoni
— plastikowy kubek na datki.
Kamila
zatrzymała się, zaskoczona. Błąd. Żebraczka uniosła wzrok,
splunęła soczyście w jej stronę i obrzuciła taką wiązanką, że
nawet gołębie z pobliskiej kamienicy odleciały w popłochu.
Lidia
znów spotkała bohaterkę pałacowych drzwi. Tym razem zobaczyła ją
bez garbu, bez chusty, z wyraźnym wigorem, liczącą przy dworcowej
kasie monety z całego dnia. Bileterka, z rutynową uprzejmością,
wymieniła je na banknoty.
Kwota?
Pięćset złotych. Dzienny utarg.
Niektórzy w bloku pracowali
cały tydzień, żeby tyle zarobić. Ale nie wszyscy mieli drzwi jak
z pałacu i tak niezwykle wyszukany repertuar słowny.