Część I
https://ewabielanska.blogspot.com/2025/09/historia-marii-i-wadysawa.html
Część II
Rozdział I
Ponury, listopadowy poranek był zasnuty gęstą, ciężką mgłą, która zdawała się wciskać w okna i mury domu. Ewa obudziła się z krzykiem — spocona, roztrzęsiona, wciąż zanurzona pół krokiem w surrealistycznym śnie. Wędrowała w nim po ogromnych, ciemnych wnętrzach jakichś zamków, raz zimnych i kamiennych, raz oślepiająco białych, jakby wykutych ze światła. Przez ułamek sekundy miała wrażenie, że to już kiedyś było — to światło, ta cisza.
Wśród splątanych prześcieradeł widziała mężczyznę, który szamotał się, jakby walcząc z niewidzialnym przeciwnikiem. Chciała mu pomóc — wyciągała ręce, wołała, próbowała podejść — ale nie mogła. Oddzielała ich jakaś niewidzialna bariera, przez którą nie przebijał się żaden jej ruch. On coś do niej mówił, zaciskał usta w słowach, które nie miały dźwięku.
Wreszcie z jej gardła wyrwał się krzyk:
— Tata?!!!
A wtedy — w sposób niemożliwy do pomylenia z czymkolwiek innym — usłyszała odpowiedź:
— Córeczko, pamiętaj…!
Czy to był głos? Echo? Resztka snu?
Przerażona i zmęczona, z sercem bijącym jak młot, rozejrzała się wokół. Zwyczajne ściany. Zwyczajny pokój. Wszystko na swoim miejscu — tylko ona nie. Nagle, bez powodu, jak przebłysk obcej świadomości, dopadło ją uczucie przygniatającej ciężkości lat. Jakby ktoś w jednej chwili zrzucił na nią cały czas, jaki przeżyła.
Siedemdziesiąt trzy lat. Ta nagła świadomość była dla niej zaskoczeniem, zdziwieniem i szokiem.
Pogrzeb Marii był skromny. Ksiądz, kilkanaście krewnych. Żadnych łez, żadnych dramatycznych pożegnań. Ewa stała nad grobem wyprostowana, niemal obojętna, jakby brała udział w czyimś cudzym rytuale.
I to właśnie ją niepokoiło najbardziej.
Nie
czuła żalu.
Nie czuła ulgi.
Nie czuła nic, co pasowałoby
do śmierci matki.
Czasem próbowała wymusić na sobie reakcję — przywoływała obrazy z dzieciństwa, chorobę Marii, jej ostatnie dni. Ale w środku była tylko cisza. Pusta, gładka przestrzeń, bez bólu, bez krzyku. Jak zawieszenie w próżni. Parzyła na zdjęcia Marii — młoda, jasnowłosa, stojąca nad morzem. Uśmiechnięta. Ewa długo patrzyła na tę twarz, próbując pogodzić ją z kobietą, którą znała.
„Kim byłaś, zanim zostałaś moją matką?” — pomyślała.
Po raz pierwszy dopuściła do siebie myśl, że Maria też była kiedyś czyjąś córką. Że jej lęk mógł mieć początek w czymś, czego Ewa nigdy nie poznała — w wojnie, w stracie, w śmierci mężczyzny, którego sama pamiętała tylko z nagrobka.
Ta
myśl nie przyniosła ulgi.
Nie usprawiedliwiała niczego.
Dopiero po czasie Ewa zrozumiała, że żałoba nie przyszła, bo przyszła znacznie wcześniej. Przez lata, w codziennych drobnych unieważnieniach, w kontroli listów, w wchodzeniu bez zapowiedzi do jej mieszkania jak do swojej własności, w próbie odebrania Marii kluczy — geście, który był rodzinnym dramatem.
Przed oczami Ewy zaczęły napływać obrazy z przeszłości z ogromną precyzją – odczuwaniem wszystkiego łącznie z zapachami. Obrazy piękne, niechciane i te, które przyniosły cierpienie samotności ale i radość ze zwycięstwa.
Rozdział II
Przed oczami Ewy pojawiła się twarz Włodka — o szlachetnych rysach, z bujną czupryną jasnych, kręconych włosów okalających głowę niczym aureola. Przypomniała sobie dzień, gdy prowadziła niewielką grupę zwiedzających przez sale muzeum. Mówiła spokojnie, bez nadmiaru dat i patosu. Opowiadała raczej historie — o ludziach ukrytych za przedmiotami, o dłoniach, które je dotykały, o myślach, które mogły im towarzyszyć. Zauważyła go niemal od razu.
Stał nieco z boku, jak ktoś, kto nie chce przeszkadzać, ale potrafi słuchać. Wysoki, w ciemnym płaszczu, z uważnym spojrzeniem, które nie zatrzymywało się na niej, lecz podążało za jej słowami. Kiedy grupa się rozproszyła, on nie odszedł.
Ewa dostrzegła w jego oczach błyski ciekawości i coś jeszcze — nieoczekiwane zrozumienie. Poczuła nagle, że ten tajemniczy mężczyzna chce ją naprawdę poznać: nie tylko jako przewodniczkę, ale jako kobietę. Tak też się stało, bo po chwili usłyszała:
— Zapraszam panią na kawę — powiedział bez żadnych wstępów, jakby było to najprostsze i najbardziej naturalne zdanie na świecie.
Przedstawił
się:
— Włodzimierz. Włodek — dodał po chwili, jakby chciał
skrócić dystans.
Ewa była przyzwyczajona do podobnych zachowań turystów — do przelotnych flirtów, grzecznych zaproszeń, spojrzeń, które niczego nie obiecywały. Tym razem jednak było inaczej. Ten mężczyzna budził w niej zaskakujące, niemal niepokojące zaciekawienie. Dała się porwać do niewielkiej kafejki na obrzeżach miasta, nie do końca rozumiejąc, dlaczego nie potrafi odmówić.
Była zdumiona całą sytuacją. Szybko zorientowała się, że oto spotkała kogoś nietuzinkowego — osobę, jakiej nie znała przez całe swoje dwudziestopięcioletnie życie.
Powróciło dobrze znane jej uczucie — głębokie przekonanie, że nie jest wystarczająca. Że nie sprosta relacji z tak niezwykłym mężczyzną. Że prędzej czy później zostanie zdemaskowana jako ktoś zbyt prosty, zbyt wrażliwy, zbyt kruchy. W jej myślach odezwały się dawne głosy: ostrzegające, oceniające, podcinające skrzydła.
Zebrała
się jednak na odwagę i zapytała cicho:
— Czym tak bardzo cię
zainteresowałam? Przecież oprowadzałam w sposób zupełnie
standardowy.
Spojrzał
na nią uważnie, jakby ważył słowa. Jego odpowiedź była
zaskakująca i nieco tajemnicza:
— W trakcie oprowadzania
powiedziałaś coś bardzo niezwykłego. Coś, co słyszy się
rzadko. Myślę, że będziemy mieli sobie wiele do powiedzenia —
dodał po chwili. — Choć widzę w tobie lęk.
Sposób bycia Włodka sprawił, że Ewa poczuła się tak, jakby znali się od zawsze. Lęk rozpuścił się w gęstniejącej nici porozumienia. Rozmawiali długo — o książkach, o obrazach, o tym, jak łatwo zgubić siebie w oczekiwaniach innych. Włodek nie zasypywał jej pytaniami; raczej zostawiał przestrzeń, w którą mogła wejść, jeśli chciała. Ku swojemu zdumieniu — chciała.
Chcieć a móc — to był dylemat Ewy. Po rozstaniu i obietnicy kolejnych spotkań ogarnęło ją przerażenie: wszystko działo się zbyt szybko. Przecież on należał do zupełnie innego świata — świata nauki. Ona była zaledwie prowincjonalną pracownicą muzeum, o której słyszała kiedyś: „Jeśli ona zda egzamin na przewodnika, to mi kaktus na dłoni urośnie”.
Ucieszyła się, gdy pojęła, że nie będzie to przelotna znajomość, bo Włodek dawał jej poczucie bycia sobą — bez lęku. Jak nigdy wcześniej potrafiła rozmawiać swobodnie, bez jąkania. Słowa płynęły same, jakby otworzyła się tama akceptacji. Była zdumiona, jak szybko wszystko się potoczyło. Może było to ogromne, długo tłumione pragnienie odblokowania własnego „ja”.
Po powrocie do domu przyszła refleksja i poczucie nierzeczywistości. Jeszcze nie tak dawno mimochodem usłyszała: „Tu mi kaktus wyrośnie, gdy Ewa zda egzamin na przewodnika”. Pamiętała, jak wtedy się skurczyła i przez długi czas nie była w stanie wyjść na teren muzeum, by oprowadzać.
Nie mogę powiedzieć Włodkowi, że mama może wejść do mojego mieszkania w każdej chwili, bez zapowiedzi — pomyślała.
Z każdą upływającą chwilą narastała lawina strachu, wątpliwości i poczucia naiwności. Tak bezmyślnie dała się porwać nieznanemu mężczyźnie, który mógł być jedynie projekcją jej pragnień. A jednak już w tej krótkiej rozmowie zorientowała się, że wie o wiele więcej, niż była tego świadoma. Otwierały się szufladki — z wiedzą zdobytą spontanicznie, z ciekawości świata. Wszystko to było w niej zatrzaśnięte, bo nikt od dzieciństwa jej nie słuchał, nikt nie był jej naprawdę ciekawy.
Rozdział III
Ewa przypomniała sobie dzień, w którym po raz pierwszy w życiu wysłała opowiadanie, które napisała na konkurs do Filipinki. Czytała wtedy wszystko: Lema niemal na pamięć, fantastykę, a zupełnie nie wiadomo dlaczego — również filozofię egzystencjalną, poezję i piosenkę francuską. Miała czternaście lat i świat w głowie znacznie większy niż ten, który ją otaczał.
Polonistka regularnie powtarzała, że jej wypracowania „na pewno nie są jej autorstwa”. Bolało. Bardziej niż zła ocena. Dlatego wysłanie opowiadania było aktem buntu — cichym, samotnym dowodem na to, że jednak potrafi.
Dwa tygodnie później przyszedł list. Niebieska koperta. Pieczątka redakcji w lewym górnym rogu. Pierwszy w życiu list zaadresowany na jej imię i nazwisko.
Problem polegał na tym, że odebrała go ciocia Emma.
— No coś podobnego! — zawołała oburzona. — Ewa dostała list urzędowy? Przecież to musi być pomyłka!
— Ciociu… to nie pomyłka — powiedziała Ewa cicho. — Proszę mi go oddać.
Głos jej drżał. Trzęsła się cała. Kiedy wyciągnęła rękę po kopertę, Emma cofnęła ją gwałtownie.
— Jakie listy? Jakie konkursy? — prychnęła.
Ewa poczuła, jak coś w niej pęka. Bez słowa poszła do małego pokoiku. Zamknęła drzwi. Osunęła się na łóżko i zaczęła wyć w poduszkę — głośno, rozpaczliwie, bez kontroli. Łzy mieszały się z potem, serce waliło jak oszalałe.
Z oddali słyszała głos Emmy:
— Ewa! Natychmiast przyjdź na obiad! Rosół stygnie!
Nie reagowała.
Dopiero gdy ciocia stanęła nad nią, z twarzą nieznoszącą sprzeciwu, podniosła się z łóżka. Ból głowy i ścisk w żołądku były tak silne, że zamiast do kuchni pobiegła do łazienki. Zwymiotowała.
— Co za nieusłuchane dziewuszysko! — wrzeszczała Emma. — Rosół stygnie! Nie będę go odgrzewała! Gdzieś ty się włóczyła?!
Ewa, blada i obolała, usiadła w końcu przy stole. Patrzyła na talerz, ale nie była w stanie przełknąć ani łyżki.
— No żesz kur…a mać! — ryknęła Emma. — Żryj ten rosół, bo ci napluję!
W tej samej chwili żołądek Ewy wywrócił się na drugą stronę. Zwymiotowała prosto do talerza.
Potem przyszła noc. Bezsenna. I kolejna. I następne. Zmęczenie narastało, ciało słabło, myśli się rozmywały. Ewa chodziła jak w półśnie — ospała, bezradna, jakby ktoś stopniowo wyciągał z niej życie.
A list z Filipinki już nigdy do niej nie wrócił.
Wieczorem Ewa wracała z babcią Stanisławą do maleńkiego mieszkania, w którym mieszkała z mamą, Marią. Na każdym półpiętrze babcia przystawała, mówiąc cicho, jakby do siebie:
— Dziecko, jak mi ciebie szkoda… dziecko, jak mi ciebie żal.
CDN

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz