wtorek, 23 września 2025

Historia Marii i Władysława

     Wersja poprawiana... .






Fot. Lidia Foryciarz


Część I


Rozdział 1


Ranek był rześki. Maria leżała w wysokiej trawie, wdychając zapach wilgotnej ziemi. Źdźbła muskały jej skórę jak zielone morze. Poniżej, na równinie, kwitły polne kwiaty: czerwone maki, błękitne chabry, żółte jaskry. Maria patrzyła łapczywie, jakby chciała zapamiętać wszystko.

Serce biło jej niespokojnie. Wbiła palce w ziemię do bólu. Nagle zerwała się z miejsca. Jakby coś ją pchnęło. Pobiegła w dół, a jej jasne włosy rozbłysły w słońcu.

Kiedy dotarła na równinę, nogi drżały jej z wysiłku. Kurz piekł w oczy, lecz nie zwalniała. Wtedy je zobaczyła — niemieckie samochody stojące na podwórzu. Ciemne, obce sylwetki.

Przed domem stała jej rodzina. Stali w szeregu pod pobielaną ścianą. Maria dołączyła do nich bez słowa. Uniosła ręce.

Serce zamarło. Nie czuła nic.

Ciszę przeciął zgrzyt odbezpieczanej broni.

Strzały jednak nie padły.

Nastała cisza — najdłuższa, jaką znało krótkie życie Marii. Potem rozległy się słowa, które zrozumiał tylko Franciszek, jej ojciec:

Franz, wenn wir sie erschießen, wird es nie wieder solche Pierogi mit Fleisch geben.
– Stimmt. Ein Himmel im Mund.
– Und erinnerst du dich an den roten Borschtsch mit Uszka?
– Wie könnte ich nicht? Zum Niederknien gut.

Śmiech był krótki. Suchy.

Niemcy podeszli do Franciszka. Kolbami zmasakrowali mu twarz i nogi. Odeszli.
Spełnili rutynowy obowiązek.

Kobiety nie krzyczały. Drżały im ręce. Nikt nie mówił. Tylko ogień trzaskał pod blachą.

Przez długie miesiące Franciszek leżał w milczeniu, znosząc ból z uporem. Wieś Marii ocalała — samotna wyspa pośród morza spalonych domostw.

Od tamtego dnia Maria zrozumiała, że walka o życie nie zawsze toczy się z bronią Czasem narzędziami oporu stają się garnki i ogień.

Wieczór zapadł gwałtownie. Maria siedziała na niskim stołku przy łóżku ojca. Franciszek, niegdyś silny gospodarz, teraz leżał bez ruchu. Twarz miał obrzękłą, nogi unieruchomione deskami. Oddychał płytko, lecz w oczach wciąż tliła się iskra uporu.

Maria przykładała lnianą chustę do jego rozpalonego czoła. Każdy ruch wykonywała powoli, jakby mógł sprowadzić Niemców. Z kuchni dobiegał stuk dłoni o stolnicę i brzęk garnków. Te zwyczajne dźwięki przypominały kroki żołnierzy — a jednak niosły życie.

Noc była ciężka. W powietrzu unosił się zapach dymu. Maria siedziała nieruchomo, czuwając przy ojcu, jakby wiedziała, że granica między życiem a śmiercią jest cienka jak nić i może pęknąć w każdej chwili.



Rozdział II

Po kilku latach mozolnego odbudowywania codzienności Maria poczuła, że jeśli zostanie w rodzinnej wiosce, coś w niej zastygnie. Cisza pól i rytm dobrze znanych dni, które kiedyś koiły, zaczęły uwierać. Pragnęła odejść, nie dlatego, że nie kochała tego miejsca, lecz dlatego, że bała się, iż już nigdy nie zrobi kroku naprzód.

Gdy nadarzyła się możliwość wyjazdu do brata Mietka, który po wojnie osiadł w Trójmieście, nie wahała się. Podróż na północ była jak przekroczenie niewidzialnej granicy. Za oknem znikały pagórki i pola, ustępując szerokim równinom. poczuła wilgotny wiatr z zapachem soli i czegoś obcego. Kiedy po raz pierwszy zobaczyła fale Bałtyku uderzające o brzeg z nieustępliwą siłą, zrozumiała, że naprawdę zostawiła dawny świat.

Nad morzem wszystko było inne: zamiast zapachu spalenizny i wilgotnej ziemi, sól, wiatr i piasek; zamiast ciszy, gwar portowych ulic i krzyk mew. Miasto pulsowało młodością, jakby jego mieszkańcy w kilka lat chcieli nadrobić radość odebraną przez wojnę. A jednak Maria pozostawała tu obca. W tłumie roześmianych dziewcząt czuła się przezroczysta. Wieczorami siadała przy parapecie i patrzyła na morze. Szum fal uspokajał ją bardziej niż ludzkie głosy. Najlepiej czuła się na pustej plaży. Tam, gdzie piasek był jeszcze chłodny po nocy, a wiatr rozwiewał włosy, miała wrażenie, że naprawdę oddycha. Ślady jej stóp szybko znikały pod wodą. Ten widok przynosił ulgę, jakby morze zabierało pamięć przeszłości. Choć miała w sobie naturalne piękno nie wierzyła w nie. W lustrze widziała wychudzoną dziewczynę o oczach pełnych strachu. Gdy na plaży dostrzegała przystojnego mężczyznę, serce zaczynało bić jej szybciej. Bała się, że zobaczy w niej tylko prostą dziewczynę ze wsi. A kiedy próbował się zbliżyć, odwracała się i odchodziła.



Rozdział III

Po wojnie Władysław próbował zagłuszyć wspomnienia frontu nad Bałtykiem. Trójmiasto, roztańczone i głośne, dawało mu to, czego potrzebował najbardziej – ruch, muzykę, zapomnienie. Na potańcówkach w rytmie boogie-woogie szalał do utraty tchu, jakby w tańcu mógł wytrząsnąć z siebie echo wybuchów. Jego uroda i młodzieńcza energia szybko przyciągały spojrzenia dziewcząt.

Najczęściej była przy nim Zosia – czarnowłosa, zmysłowa, pewna siebie. Kręciła biodrami z naturalnym wdziękiem, śmiała się głośno, patrzyła na niego tak, jakby był jedynym mężczyzną na sali.

Muzyka przyspieszała, parkiet drżał. Władysław śmiał się, choć jeszcze chwilę wcześniej w jego głowie dudnił huk artylerii. Teraz wszystko ginęło w dźwiękach pianina i saksofonu.

Jeszcze jeden taniec — rzucił, ocierając pot z czoła. — Dopiero się rozgrzałem. — Uważaj, Władek, bo nie dotrzymasz mi kroku — odpowiedziała zaczepnie, splatając palce z jego dłonią.

Zakreślili szybki obrót. Śmiech Zosi był lekki — koił niepokój czający się w nim od lat. Po raz pierwszy od zakończenia wojny poczuł, że oddycha pełną piersią. Gdy muzyka na moment ucichła, zauważył, że obrazy frontu przestały wracać. Została tylko noc, światła sali i ciepło kobiecej dłoni.

Zaczarowana chwila sprawiła, że Zosia drżała w jego ramionach z emocji i pożądania. Władek również uległ tej fali. Szybkie pocałunki przerodziły się w zachłanną gonitwę rąk, które splotły ich tak mocno, że brakowało tchu. Otrzeźwieli dopiero wtedy, gdy dotarło do nich, że nie są sami.

Rozgrzana emocjami Zosia pociągnęła go z powrotem na parkiet. Jakby napełniona nową energią, niemal zmusiła go do galopującego tańca. Był na granicy wyczerpania; pot zalewał mu twarz, a świat wokół rozmywał się w migotliwych plamach światła. Ostatkiem sił, podtrzymywany przez Zosię, starał się zachować pozory męskiej siły.

W końcu organizm powiedział dość. Wybiegł na zewnątrz, łapiąc powietrze łapczywie, jak tonący. Zaniepokojona Zosia pobiegła za nim i niemal siłą wepchnęła go do nadjeżdżającej taksówki. Władysław nie protestował. W skromnym mieszkaniu Zosi zasnął natychmiast, bez snów.

Nad ranem, w półśnie, poczuł pod palcami ciepło i miękkość kobiecego ciała. Obudziło się w nim pierwotne pożądanie. Pochłaniał Zosię z siłą, której się po sobie nie spodziewał, a ona odpowiadała z równą intensywnością. Ich ciała – przez lata spragnione bliskości – wreszcie znalazły ujście dla tłumionych pragnień.

Rankiem Władysław obudził się rześki i w doskonałym humorze. Obok leżała powabna, rozanielona Zosia. Patrzyła na niego tak, jakby był spełnieniem wszystkich marzeń. Dla niej ta noc była początkiem pierwszej, wielkiej miłości. Wkrótce stali się parą, która każdego wieczoru brylowała na parkietach.

Wiadomość o ciąży spadła na Władysława jak grom z jasnego nieba. Z przerażeniem uświadomił sobie, że nie kocha Zosi. Nigdy nie widział w niej towarzyszki życia. Była hałaśliwa, zaborcza, zachwycona tańcem i uwagą mężczyzn. On zaś miał już dość gwaru i nocy bez ciszy; pragnął spokoju, którego ona nie mogła mu dać.

Znalazł się w psychicznym potrzasku. Chcąc być uczciwym, powiedział to, co od dawna w nim dojrzewało – chłodno, niemal obco:

Zosiu, nigdy nie obiecywałem ci małżeństwa. Pomogę w wychowaniu dziecka, ale… niczego więcej nie potrafię dać.

Nie przewidział gwałtowności jej reakcji. Zosia rozpłakała się, krzycząc, że ją oszukał, że ją wykorzystał. W napadzie rozpaczy chwyciła wazon i cisnęła nim w jego stronę. Chwilę później osunęła się bezwładnie na podłogę.

Do szpitala trafiła nieprzytomna. Lekarze stwierdzili silny wstrząs psychiczny i poronienie.

Władysław siedział na korytarzu, wpatrując się w podłogę. Czuł coś, czego nie potrafił nazwać – ulgę, wstydliwą i okrutną, że decyzja została za niego domknięta, i jednocześnie stratę. Nie dziecka, które miało się narodzić, lecz wyobrażenia o sobie jako o człowieku przyzwoitym.


Rozdział IV

Od tamtych wydarzeń Władysław coraz częściej wymykał się na dziką plażę. Wiosenny wiatr niósł zapach rozgrzanego piasku i pierwszych kwiatów wyrastających w nadmorskich wydmach. Szukał tam ukojenia i zapomnienia, lecz poczucie samotności nie opuszczało go ani na chwilę. Tęsknił za ciszą i za miłością, która nie byłaby ucieczką, lecz domem.

Pewnego dnia, gdy pobiegł na swoją dziką plażę, by w swej samotni tylko posłuchać szumu morskich fal zobaczył w oddali smukłą sylwetkę dziewczyny. Stała nieruchomo jak posąg, z rozwianymi włosami. Choć była daleko Władysław nie mógł oderwać niej wzroku. Była jak zjawisko, otoczona światłem słońca. Władysław pomyślał o Wenus – i w myślach tak właśnie ją nazwał.

Na co dzień pracował w drukarni jako zecer. Mozolnie składał pojedyncze litery w całe zdania, z których powstawały kolejne tomy Chłopów Reymonta. Miał kilku przyjaciół z czasów powojennej tułaczki. Najbliższym z nich był Mietek – już żonaty, ojciec dwojga dzieci. Władysław zazdrościł mu tej codziennej, zwyczajnej pełni. Po wojnie stracił kontakt z własną rodziną i coraz dotkliwiej odczuwał brak domu.

Dlatego tak bardzo cenił niedzielne obiady u Mietka. Przez cały tydzień czekał na ten moment – nie tylko dla parującego rosołu, lecz przede wszystkim dla ciepła, które wypełniało dom. Po obiedzie bawił się z dziećmi w ogrodzie, pośród krzewów obsypanych białym kwieciem i młodych tulipanów wychylających się ku słońcu. Ich śmiech mieszał się ze świergotem wróbli kryjących się w gęstwinie bzu, a mali towarzysze nie chcieli wypuścić ukochanego „wujka Władka” aż do zmierzchu.

Od pewnego czasu zwierzał się Mietkowi z tajemnicy plaży.

Znalazłem dziewczynę nad morzem — mówił cicho. — Jest piękna jak Wenus. Ale kiedy próbuję do niej podejść, ucieka. Co mam zrobić?

Mietek roześmiał się serdecznie. — Ty, który masz powodzenie u tylu kobiet, nagle nie wiesz, co począć?

Władysław spoważniał. Tym razem chodziło o coś więcej niż urażone męskie ego. Dwie kolejne próby spotkania zakończyły się fiaskiem. Po ostatniej Wenus przestała pojawiać się na plaży.

Nadeszła kolejna niedziela – ciepła, jasna, pachnąca wiosną. Nad ogrodem unosiły się obłoki białego kwiecia, a młode liście mieniły się w słońcu świeżą zielenią. Świat zdawał się lekki, lecz w nim samym narastał ciężar niespełnienia.

Przy stole siedziała młoda dziewczyna, blada i sztywna, o oczach tak wystraszonych, że Władysław poczuł niepokój. Nie była urodziwa w sposób, do którego przywykł, lecz obudziła w nim coś zupełnie nowego – czułość i chęć ochrony.

Władku, poznaj moją siostrę Marysię. Przyjechała z rodzinnej wioski — powiedział Mietek.

Skinął głową, zaskoczony. Marysia spuściła wzrok, jakby chciała zniknąć. Nerwowo ściskała serwetkę w drobnych dłoniach. W jej ruchach było coś niepokojąco znajomego.

Zapach rosołu mieszał się z aromatem świeżych ziół, które wpadały przez uchylone okno. Dzieci biegały po kuchni, rozmowy toczyły się wartko, lecz myśli Władysława wciąż wracały do dziewczyny siedzącej naprzeciwko. W sposobie, w jaki odgarniała kosmyk włosów z twarzy, było coś, co poruszało go głębiej, niż się spodziewał.

Podszedł do niej, ujął jej dłoń i złożył na niej lekki pocałunek. Marysia uniosła się niepewnie z krzesła – i nagle pobladła. Osunęła się bezwładnie w jego ramiona.

Zadziałał instynktownie. Delikatnie przeniósł ją na tapczan, układając tak, by mogła swobodnie oddychać.

Marysia! — Stefania wbiegła z kuchni.

W pokoju zapanował chaos. Pytania, szepty, przestraszone głosy dzieci. Władysław cofnął się, czując się nagle obcy, niemal winny. Oddał Marysię w ręce bliskich.

Tego samego dnia Mietek odnalazł go na ganku.

Zrozum ją — powiedział cicho. — Całe życie spędziła na wsi. Jest pracowita, ale miasto ją przeraża. Jest u nas dopiero od tygodnia.

Władysław kiwnął głową. Prosta dziewczyna ze wsi i delikatna Marysia z przestraszonymi oczami zaczęły splatać się w jego myślach w jeden obraz. Słońce chyliło się ku zachodowi, zalewając ogród morelowym światłem.

Od tej pory każda niedziela była dla niego okazją, by zamienić z nią kilka słów, podać talerz, pomóc w kuchni. Czasem mijali się w ogrodzie, gdy trawa była jeszcze wilgotna od rosy, a powietrze pachniało kwitnącymi jabłoniami. Z drobnych gestów i powściągliwych uśmiechów powoli wyrastał między nimi most, łączący dwa tak odmienne światy.


Rozdział V

W końcu nadszedł dzień, w którym Władysław zdobył się na odwagę. Zaprosił Marysię do centrum Sopotu, starając się, by zabrzmiało to lekko, niemal mimochodem, choć serce biło mu szybciej niż zwykle.

Może… kawiarnia w Grand Hotelu? — rzucił półżartem, przekonany, że usłyszy niepewne „może innym razem”.

Ku jego zaskoczeniu Marysia skinęła głową. W jej spojrzeniu pojawił się błysk — ciekawość, a może cicha determinacja.

Rzadko miała okazję stroić się „na wielkie wyjście”. Los jednak, jakby sprzyjał temu spotkaniu. W powojennej Polsce zaczęły krążyć paczki z amerykańskiej organizacji UNRRA — pełne żywności, koców, ale także ubrań, o jakich wiejskie dziewczyny mogły jedynie marzyć.

Jedna z takich paczek, wypchana sukienkami, kapeluszami, halkami, rękawiczkami z delikatnej koronki i butami na obcasie, krążyła po mieście bez przeznaczenia. Dla jednych była za ciasna, dla innych zbyt obszerna — aż w końcu trafiła do Marysi.

Gdy przymierzała kolejne stroje, słońce przesączało się przez firankę, muskając tkaniny jasnymi plamami światła. Za oknem pachniało świeżo skoszoną trawą i kwitnącym bzem. Stefania i Mietek patrzyli na nią z niedowierzaniem — każda sukienka wyglądała tak, jakby została uszyta specjalnie dla niej.

Szczególnie jedna sprawiła, że Marysia długo stała przed lustrem, niemal nie rozpoznając własnego odbicia. Materiał podkreślał talię, a niewielki kapelusz z woalką dodawał jej elegancji, o jakiej dotąd nie śmiała marzyć. Te ubrania nie tylko ją zdobiły — pozwalały jej na chwilę uwierzyć, że może być kimś więcej niż nieśmiałą dziewczyną z wiejskiego podwórza.

W dniu spotkania wiosenny Sopot pachniał bzem i morzem. Nad promenadą krążyły mewy. Władysław czekał przed Grand Hotelem z bukietem polnych kwiatów zerwanych o świcie. Palce drżały mu lekko.

I wtedy ją zobaczył.

Szła powoli, z naturalną gracją. Suknia falowała na wietrze, kapelusz rzucał cień na jej twarz. Przechodnie zwalniali kroku, jakby i oni chcieli nasycić wzrok tym widokiem. Władysław pomyślał o Wenus z plaży — i nagle ogarnęło go zwątpienie. Przecież czekał na Marysię.

Gdy kobieta minęła go obojętnie. Z pewnością damy z najwyższych sfer weszła do wnętrza hotelu, poczuł impuls, by odejść. Zatrzymała go jednak dana obietnica. Z bijącym sercem wszedł do kawiarni.

W środku pachniało kawą i świeżymi wypiekami. Zza okien dobiegał świergot wróbli. Rozglądał się nerwowo, ściskając bukiet — aż w końcu dostrzegł znajomą sylwetkę.

Wenus… Nie.

Serce uderzyło mu mocniej. Jego Wenus miała twarz Marysi.

Podszedł niepewnie. Zdumiony, jąkając się zapytał

Marysiu… to ty?

Uniósł wzrok i zobaczył w jej oczach coś, czego wcześniej w nich nie było: spokój. Jasność. Odbicie morza i plaży, kobiety, którą od pierwszego spotkania nazywał Wenus.


Rozdział VI

Maj rozkwitł między Marysią a Władysławem cicho i pewnie. Spacerowali alejkami Sopotu, a przechodnie zatrzymywali na nich wzrok — szczególnie na niej, w lekkich sukienkach z paczki UNRRA, które układały się na jej smukłej sylwetce jak obietnica nowego życia. Marysia chowała się za jego ramieniem, wciąż nieprzywykła do zachwytu świata. Władysław cierpliwie uczył ją patrzeć na siebie łagodniej — w drobnych gestach, w milczeniu dłoni, w spojrzeniach, które nie wymagały słów.

Pod koniec października pojechał na Kielecczyznę. Ukląkł przed Stanisławą, matką Marii, i powiedział prosto, bez patosu:

Dziękuję za wychowanie tak wspaniałej dziewczyny. Chcę spędzić z nią życie. I cieszę się, że ona tego samego pragnie.

Stanisława uśmiechnęła się, objęła go, pobłogosławiła i uściskała serdecznie.

Pierwszy dzień stycznia był jasny i spokojny. Skromny ślub w Sopocie, wesele w domu Mietka. Wczesną wiosną Maria jakby odrodziła się — w jej ciele rosło nowe życie. Władysław nie potrafił ukryć radości. Wkrótce dostali mieszkanie w Gdyni. Rozpoczęli nowy rozdział we wspólnym życiu, który zapowiadał spełnienie ich pragnień.

Pewnego lipcowego poranka, spiesząc do pracy, Władysław pomógł ciężarnej kobiecie wsiąść do przepełnionego autobusu. Pasażerowie zwisali ze stopni, trzymając się siebie nawzajem. Nagle wszystko wymknęło się spod kontroli. Przyczepa wpadła w śliski po deszczu ubytek asfaltu. Kobieta została wyrzucona z pojazdu i uderzyła w przydrożne drzewo — zginęła na miejscu. Inni znaleźli się pod kołami. Władysław, z rozległym krwotokiem wewnętrznym, trafił do szpitala.

Był silny. Chirurg podjął się ryzykownego zabiegu, przeszczepu porwanych jelit. Szwy przyjęły się. Każdy dzień był walką, lecz wracał do życia.

Podczas rutynowego prześwietlenia, w drodze windą na piętro rentgenu, nagłe szarpnięcie zatrzymało kabinę. Władysław krzyknął z bólu — delikatne szwy puściły, wywołując kolejny krwotok. Cud obrócił się w katastrofę. Lekarze wiedzieli, że tym razem nie zdołają go uratować.

Granica między jawą a snem rozmywała się jak mgła. Władysław czuł obecność czegoś jasnego i cichego. Nie był pewien, czy nad nim krążyły ptaki, czy pochylali się aniołowie. Powietrze pachniało krochmalem i żywicą rodzinnych lasów. Wokół łóżka poruszały się siostry zakonne w białych habitach, z tą spokojną harmonią, którą ma tylko ktoś żyjący w rytmie modlitwy.

Zahartowane ciało wciąż się buntowało. Lekarze wymieniali spojrzenia — według ich wiedzy ten człowiek nie powinien już żyć. A jednak żył.

W snach wędrował po miejscach, których nie znał: po tropikalnych wyspach skąpanych w zieleni, po złocistych salach, gdzie echo wołało jego imię. Zawsze jednak wracał do jednego obrazu — ogromnej sali wypełnionej srebrzystym światłem. Pośrodku stała szklana kołyska. Leżała w niej dziewczynka, piękna i krucha. Wiedział bez pytania: to jego dziecko.

Opowiadał o niej siostrom — o drobnych dłoniach i ustach, które poruszały się, jakby szeptały tajemnicę. Słuchały z wiarą, której brakowało innym. Dla Marii były to tylko majaczenia człowieka bliskiego śmierci.

Na dwa dni przed odejściem zobaczył ją znów. Była starsza, a jej oczy miały blask życia.

Tato. Przyjdę na świat jako prezent od ciebie, pod choinkę — powiedziała, a jej głos brzmiał jak dzwoneczki w śniegu.

Moja Ewunia — wyszeptał.

Obraz rozsypał się jak kropla na rozgrzanym kamieniu.

Obudził się zlany potem. Jeszcze drżał, gdy do sali weszła Stanisława. Opowiedział jej sen — o córce i o imieniu. Słuchała w milczeniu, z wiarą w spojrzeniu.

Boże Narodzenie zbliżało się, lecz dla Marii jego światło było przygaszone. Nie zniosłaby tych dni na wybrzeżu, gdzie pół roku wcześniej pochowała męża. Wigilię postanowiła spędzić u siostry Emmy. Czuła się fizycznie dobrze, lecz lęk przed porodem narastał — wiedziała, że Władek nie będzie przy niej.

Nazajutrz obudziła się w dziwnej lekkości. Po śniadaniu przyszły skurcze.

Za wcześnie — wyszeptała.

Akuszerka spojrzała jej prosto w oczy. — Dziecko chce przyjść na świat teraz.

W domu zapanował chaos. A potem wszystko ucichło. Ciszę przeciął pierwszy, czysty płacz.

Córeczka — powiedziała akuszerka. — Jak będzie miała na imię?

Wigilia… Może Ewa? — zaproponowała.

Może być — szepnęła Maria.

Nikt nie połączył tego z opowieściami Władysława. Tylko Stanisława, stojąc w progu, wiedziała, że historia zatoczyła krąg.

Dziś Ewa często odwiedza grób ojca. Patrzy na dwie daty wyryte w kamieniu i myśli, jak niewiele miejsca jest między nimi — i jak wiele można w nim pomieścić. Czasem przymyka oczy i wraca do srebrzystej sali ze szklaną kołyską. I wtedy słyszy głos:

Obiecałaś, córeczko. I dotrzymałaś.


                                                     

Maria w ogrodzie z dziećmi brata


Zdjęcie poglądowe - tak mogła wyglądać Maria na randce w Grand Hotelu  













11 komentarzy:

  1. Beautiful Story of two Beautiful People Thankyou

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Thank you very much, I just really would like to know who liked the story of my family so much.

      Usuń
  2. Widzę, że po połączeniu wątków stworzyłaś rozbudowaną, wielowątkową opowieść – ma w sobie coś z sagi rodzinnej, a jednocześnie z intymnego portretu psychologicznego. Tekst prowadzi czytelnika od dramatycznych scen wojennych na Kielecczyźnie, przez bolesne doświadczenie przetrwania, aż po subtelną, wręcz filmową historię spotkania nad Bałtykiem. Czekam na dalszy ciąg. Pozdrawiam T.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jednak widzę, że trochę trzeba poprawić. Za każdym razem gdy ponownie czytam myślę, że napisałabym inaczej.

      Usuń
  3. Wg mnie to, co już napisałaś, to niezwykle dojrzała, poruszająca i pięknie skomponowana proza – w duchu klasycznej polskiej literatury psychologiczno-historycznej. Tekst ma zarówno literacki rozmach, jak i emocjonalną głębię, a jego struktura — od scen wojennych po powojenny romans — tworzy pełny, symboliczny łuk przemiany bohaterki. Małe poprawki wskazane - dotyczą wewnętrznego dialogu Marii. Dalszy ciąg analizuję, też nie jest zły, wręcz przejmujący, lecz wymaga trochę poprawek. Pozdrawiam T.

    OdpowiedzUsuń
  4. To przepięknie napisana opowieść — liryczna, pełna emocji i obrazów, które długo zostają w pamięci. Widać w niej ogromną wrażliwość językową i talent do tworzenia nastroju. Czytałam z zapartym tchem i jestem ciekawa dalszych losów Marii i Władysława. Z wyrazami podziwu Katarzyna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi, że moja pisanina Pani się podoba. Właśnie dopisałam następne wątki historii. Pozdrawiam mając nadzieję, że nie zawiodłam Pani oczekiwań.

      Usuń
  5. Styl: poetycki realizm, momentami magiczny realizm w duchu Schulza lub Tokarczuk.
    Potencjał: z tej historii można stworzyć nowelę, słuchowisko radiowe albo film krótkometrażowy – ma świetne sceniczne napięcia i wizualne kadry. Pozdrawiam T.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie spodziewałam się tak dramatycznego dalszego ciągu. Jest mi smutno. Dramat pięknie opisany, że aż dostawałam gęsiej skórki. Czy będzie dalszy ciąg z życia Marii i Ewy? Czuje się niedosyt. Pozdrawia Katarzyna

    OdpowiedzUsuń
  7. To bardzo piękny i poruszający tekst. Niesie w sobie klimat rodzinnej sagi, powieści historycznej i lirycznej ballady o przetrwaniu, pamięci i miłości. Na kartach tego opowiadania wojna nie jest tylko tłem – jest raną, która przez lata pulsuje w ludziach i kształtuje ich cicho, od środka.
    W mojej opinii piszesz w sposób dojrzały, wzruszający z duszą.
    Pachnie prawdą przekazywaną przy kuchennym stole, szeptaną pokoleniami, zapamiętaną sercem, a nie z podręcznika. Tekst ma ogromny potencjał, by powstała z tego powieść, gdy zdecydujesz się pisać dalszy ciąg w podobny sposób. Małymi poprawkami byłoby dopisanie subtelnych połączeń pomiędzy wątkami. Pozdrawiam T.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ewuś
    Tekst ma wysoką wartość literacką, szczególnie w obrębie prozy epickiej o ambicjach powieściowych, i wyraźnie wykracza poza poziom zwykłego opowiadania wspomnieniowego. Kontynuuj, bo warto. Może powstać powieść, która odniesie sukces. Początek ma ku temu mocny potencjał. Wiedziałem, że dobrze piszesz. Jestem jednak zaskoczony, nie wiedziałem, że aż tak. Pozdrawia pamiętający W.

    OdpowiedzUsuń