Gabinet, do którego Ewa nie zawsze miała możliwość wejścia w czasie mobbingu.
Rozdział z większej całości poprzedniego postu na temat fotograficznych aktów kobiecych.
POPRAWIONY DO PUBLIKACJI
ROZDZIAŁ XI
Spała lepiej. Znowu malowała. Coraz rzadziej budziła się w nocy z uczuciem lęku. W muzeum czuła się bezpiecznie. Ewa wracając z magazynu do biura zza pleców usłyszała głos kolegi Jaśka.
— Przyłączysz się do zespołu sekcji komputerowej, którą tworzę? Ewa zaskoczona odwróciła się i przez chwilę nie odpowiedziała.
— Słyszałam, że jest to nowatorski projekt, którego nie ma żadne muzeum.
— Tak. Będziemy pionierami w tej dziedzinie — odpowiedział z dumą kolega.
Zgadzając się, tym sposobem Ewa trafiła do elitarnej grupy „wybrańców”. Czuła się wyróżniona... Autorski program napisany przez historyka był tak dziwny, że przypominał starożytne pismo. Ten fakt sprawił, że muzeum, zakorzenione w dawnych czasach, nagle wkroczyło w XXI wiek. W celach organizacyjnych każdy dzień rozpoczynał się zebraniem. Ewa uważała ten pomysł za znakomity.
Jednak nie program okazał się najtrudniejszy. Najtrudniejsi byli ludzie.
Ewa przychodziła na kolejne zebrania w nadziei, że wszystkie jej wątpliwości zostaną wyjaśnione. Otwierała notes...
— Jasiek, czy w tym miejscu slash da inny zapis w tym programie?
— Tak, tu masz na kartce wszelkie reguły dotyczące prawidłowego zapisu.
Ewa ucieszyła się. W tym przypadku niczego nie musiała notować.
— Dzięki.
Oczekiwała dalszych dyskusji, zapytań pozostałych współpracowników. Lecz potem ktoś rzucał mimochodem:
— Widzieliście tego konserwatora z drugiego piętra? Kilka osób uśmiechało się porozumiewawczo.
— Chyba znowu kupił marynarkę o dwa numery za dużą. Głośny wybuch śmiechu zaszokował Ewę.
— On zawsze wygląda, jakby ubierał się po ciemku — kontynuował kolega Patryk.
Tym razem rozbawienie wszystkich było tak głośne, że ich złośliwy śmiech poniósł się donośnym echem po długim korytarzu.
Ewa zafascynowana danymi jej regułami zapisu od razu postanowiła je sprawdzić. Wycofała się z roześmianego towarzystwa. Usiadła i wpatrując się w klawiaturę mozolnie je wprowadzała. Jednak nie zawsze spod jej palców wychodził prawidłowy tekst. Sprawdzała kilka razy... i nic. Podczas następnego zebrania postanowiła ten problem rozstrzygnąć.
Siedziała cierpliwie, bo tego ranka ważniejsza była Zosia. Najpierw Ewa słyszała stukot szpilek w drobniutkich kroczkach. Potem w progu gabinetu szefa pojawiała się ona, w swych oszałamiających ciuszkach z Ameryki, każdego dnia prezentując w zupełnie inny zestaw ubrań. Patrzyła jak na jej widok panowie z zespołu zamilkli z zachwytu, po czym całowali ją po paluszkach.
Siadała wygodnie na fotelu w centrum gabinetu. Wszyscy otwierali uszy w oczekiwaniu na najnowsze sensacje. Nikt nie posiadał tak wiele ploteczek. Uśmiechając się zalotnie wygłosiła swym dźwięcznym głosikiem najnowsze wieści:
— Słuchajcie, nie uwierzycie, co przed chwilą działo się na korytarzu administracji! Aśka z Mariolą szarpały się za włosy i wrzeszczały. Podobno poszło o faceta. Aśka to przecież gruba baba i ona ma jeszcze jakieś urojone ambicje? Gabinet szefa ponownie zalał się falą dzikiego śmiechu, nad którą górował jej własny, perlisty chichot.
— Urojone ambicje, idealnie to ujęłaś! — ryczał Jasiek. Ryk wszystkich i piskliwy chichot zlały się w jedno, niosące się echem po całym bloku. Gdy wszyscy usiedli, wyczerpani i ich emocje opady, Ewa wyciągnęła kartkę aby skonsultować z szefem swoje wątpliwości:
— Szefie... tu się coś nie zgadza. Mógłbyś mi to wyjaśnić?
Spojrzał na kartkę.
— Rzeczywiście. Tu jest błąd w instrukcji.
— To się później poprawi — mruknął Jasiek.
— Nie przeszkadzaj. Ale jesteś namolna.
Podczas kolejnego, porannego zebrania, Ewa usiadła na swoim miejscu i kiedy usłyszała, ciągle powtarzające się:
— No dobrze, a teraz posłuchajcie...
Zamknęła notes i wstała. W pokoju zrobiło się cicho.
— Dokąd?
— Mam pracę.
Gdy wychodziła dobiegły ją słowa:
— Ale z niej dziwoląg.
— Namolna.
— Przecież z niej to taka oferma.
Gdy docierała do swego pokoju dobiegał jej typowy rechot towarzystwa wzajemnej adoracji. W ustach czuła gorzki posmak. Zamknęła się w swoim pokoju.
Przestała chodzić na poranne zebrania.
Następnego dnia po skończonej pracy, wprowadziła hasło do pliku zabezpieczającego dane z dokumentów. Na ekranie pojawił się błąd. Wpisała je drugi raz. Potem trzeci. Jeszcze raz. Niemożliwe... Serce zaczęło mocniej bić. Wstała i poszła do gabinetu szefa z pytaniem:
— Dlaczego nie mogę dostać się do backupu?
— Jestem szefem. Stwierdziłem, że nie musisz go mieć. — wytłumaczył ze zwykłą sobie ironią.
— Nie rozumiem. Dlaczego?! — krzyknęła zaskoczona.
Ponieważ posiadanie dostępu do kopii zabezpieczających było bardzo ważne, Ewa nadal nie rozumiejąc głosem pełnym goryczy krzyczała:
— Jaśku, dlaczego zabrałeś mi hasło!
— Budzisz niepokój w zespole. Jesteś niezrównoważoną osobą, zagrażającą bezpieczeństwu sprzętu i zespołu — grzmiał przełożony.
Głośne domaganie się wyjaśnień uznano za „szaleństwo” Ewy i zostało przez kierownika opisane w notatce służbowej. Wezwanie przyszło następnego dnia. Kartka z krótką informacją leżała na jej biurku. Przez kilka godzin nie potrafiła skupić się na pracy. Wiedziała już, że nie idzie na rozmowę, lecz na przesłuchanie. Szła korytarzem, który znała od lat. Tego dnia wydawał się dłuższy niż zwykle. Każdy krok odbijał się od starej posadzki głuchym stuknięciem. Mijała drzwi kolejnych pokoi, unikając spojrzeń współpracowników. Miała wrażenie, że wszyscy już wiedzą.
Otworzyła drzwi. Zanim zdążyła powiedzieć „dzień dobry”, zrozumiała, że wszystko zostało już ustalone. Trzy osoby siedziały po jednej stronie stołu. Krzesło dla niej stało samotnie naprzeciw.
Ewa zobaczyła oprócz naczelnego, panią wicedyrektor, pełniącą także obowiązek „czynnika społecznego” i kierownika sekcji komputerowej. Stała w progu. Pot spływał jej po plecach. W uszach narastał jednostajny szum. Na miękkich nogach podeszła do krzesła. Pokój nagle zawirował. Słowa dyrektora dotarły do niej jak przez grubą warstwę filcu, gdy odczytywał notatkę służbową.
— „W dniu... pracownica zachowywała się agresywnie...” — przeczytał spokojnym głosem.
Zamilkł na chwilę, jakby sprawdzał, czy wszyscy nadążają.
— „Swoim zachowaniem wywołała niepokój wśród współpracowników...”
Z każdym kolejnym zdaniem miała wrażenie, że oskarżają zupełnie inną osobę.
— „Przejawiała brak panowania nad emocjami, czym stwarzała zagrożenie dla bezpieczeństwa sprzętu oraz zespołu...”
Zacisnęła dłonie pod stołem. Miała ochotę powiedzieć: „To nieprawda”. Nie odezwała się.
Dyrektor zamknął teczkę. W pomieszczeniu zrobiło się cicho. Nawet zegar na ścianie wybijał sekundy głośniej niż zwykle. Wtedy spojrzał na nią.
— Czy przyznaje pani, że zachowała się agresywnie?
Pokręciła lekko głową, czując jak łzy bezsilności napływają jej do oczu.
— Nie. Może zbyt głośno domagałam się tylko wyjaśnień i ich nie otrzymałam — wykrztusiła Ewa.
Tam, gdzie przed chwilą był strach, nagle eksplodowała czysta, bezsilna rozpacz. Poczuła, że jeśli teraz zamilknie, już nigdy nie odzyska głosu.
Zacisnęła dłonie na krawędzi stołu i nagle krzyknęła prosto w twarz Jaśka:
— Dlaczego mnie tak traktujesz? Co ja ci zrobiłam?
Echo jej okrzyku na dłuższą chwilę zawisło w powietrzu. Naczelny spojrzał na nią zdumiony.
Jasiek patrzył na nią spokojnie, z cieniem zniecierpliwienia. Jakby właśnie potwierdziła wszystko, co napisał w notatce.
Głos wicedyrektorki dochodził do niej jak z oddali.
— Panie dyrektorze, rekrutacja i wdrożenie nowego pracownika byłyby dla nas zbyt kosztowne. Myślę, że lepiej pozostawić panią Ewę na obecnym stanowisku.
— Tak, to prawda, nie stać nas na nowego pracownika do tak trudnego programu, na którym pracuje sekcja komputerowa — zgodził się.
Nie rozumiała już, o czym mówią. Docierały do niej tylko pojedyncze słowa: „rekrutacja”, „wdrożenie”, „koszt”.
Jak zza szyby dotarły jeszcze do niej słowa:
— Pani Ewo, proszę we wszystkim podporządkować się mgr Janowi Krasowskiemu.
Gdy wszyscy zaczęli wychodzić, została sama przy stole. Próbowała wstać. Nogi odmówiły posłuszeństwa. Siedziała nieruchomo, patrząc na puste krzesła. Próbowała nabrać powietrza, ale każdy oddech przychodził z wysiłkiem.
Gdy następnego dnia weszła do sekcji komputerowej jak zwykle powiedziała wszystkim:
— Dzień dobry
Przywitało ją milczenie.
Dla kierownika wynik decyzji dyrekcji był wysoce niesatysfakcjonujący. Jeszcze tego samego dnia wezwał Ewę do swojego gabinetu.
— Natychmiast proszę przynieść mi wszystkie służbowe klucze i dwie karty magnetyczne: wejściowe do bloku, na korytarz i do naszego wydziału.
Chwyciła dłońmi twarz i krzyknęła:
— Jeśli nie będę miała kluczy, jak wejdę do bloku, do pracy?
— Od tej chwili nie jest to mój problem. — odrzekł z pogardą.
Po nieprzespanej nocy, wirował w jej w głowie chaos. Przyniosła je i rzuciła Jaśkowi na biurko aż odbiły się od szklanego blatu i z brzdękiem spadły na podłogę.
— Nikt cię nie nauczył kultury? — odburknął złośliwie.
Od tej chwili za każdym razem, rano musiała czekać na pracowników z innych biur aby razem z nimi wejść do bloku.
Zdarzało się, że w mroźny, zimowy poranek widziała przed sobą postać, która szybkim krokiem zmierzała do drzwi wejściowych bloku. Ewa krzyknęła:
— Proszę zostawić mi otwarte drzwi!
Biegła, żeby zdążyć wejść. Nie zdążyła. Drzwi zatrzasnęły się przed jej nosem. Tupała aby stopy nie zmarzły. Mróz szczypał w policzki, palce w rękawiczkach skostniały aż przestały boleć. Za plecami mijali ją obojętnie pracownicy idący do swoich biur w innych blokach. Wciąż patrzyła na zegarek. Minęła piętnasta minuta aż w końcu nadszedł kierownik archiwum.
— Jak dobrze, że w końcu pan nadszedł. — Stoję tu już od piętnastu minut i bardzo zmarzłam.
— Nie ma pani swojego klucza? — zdziwił się.
— Szef mi je odebrał.
— Aaa, przypominam sobie, niestety nie mam na to wpływu — tłumaczył się.
Kiedy zdołała w końcu dostać się do swojego miejsca pracy, archiwistka przyniosła jej partię dokumentów do wprowadzenia w pamięć komputera. Spojrzała z niedowierzaniem.
— Przecież to nie są oryginały tylko fotokopie, proszę spojrzeć, w niektórych miejscach prawie nic nie widać. Litery rozpływają się. Każde słowo trzeba odgadywać.
— Takie dostałam polecenie — wzruszyła ramionami dokumentalistka.
— Pozostali też dostali fotokopie? — spytała Ewa dławiącym się głosem.
Wychodząc w pośpiechu, kobieta nic nie odpowiedziała.
Tego też dnia na ekranie komputera zobaczyła komunikat. „Proszę sporządzać raport z każdego dnia z ilości wykonanej pracy”. Była także pokazana tak duża ilość danych z dokumentów jakie ma wprowadzić do komputera w ciągu ośmiu godzin, że trudno ją było zmieścić w tym czasie.
Ewa wzięła do ręki lupę i z mozołem próbowała odgadnąć zlewające się litery. Przechylała papierem na wszystkie strony aby wydobyć zapis. Włączyła lampkę, lecz papier fotograficzny tylko jej błysnął w oczy aż podskoczyła i strąciła z biurka lupę.
— Przecież tego nie da się przeczytać...
Policzyła ilość zadanych jej rekordów do wprowadzenia w pamięć komputera i popłynęły jej łzy bezradności.
Jeszcze z ogromnym wysiłkiem, nazajutrz zdobyła się przyjść do pracy.
Po wpuszczeniu jej do bloku przez pracowników innych biur, zastała zamknięte drzwi do sekcji komputerowej. Usiadła w fotelu pod oknem. Mijali ją obojętnie pracownicy z innych wydziałów, aż kierownik archiwum zauważył:
— Znowu wszyscy gdzieś wyjechali... .
— Jak widać, moim miejscem pracy jest korytarz.
— Niestety nic na to nie poradzę — próbował się tłumaczyć mężczyzna.
Co kilka minut z jej piersi wyrywało się ciężkie, drżące westchnienie. Patrzyła bezmyślnie w jeden punkt. Poczuła jak żołądek kurczy się w ciasny, bolesny supeł, wywołując mdłości. Ciągle zerkała na ścienny zegar, którego wskazówki poruszały się w ślimaczym tempie.
— Co tu pani robi na korytarzu? — zainteresował się Adam z działu naukowego
— Czekam na godzinę piętnastą aby iść do domu — odpowiedziała cicho Ewa.
Każde nowe upokorzenie odbierało jej coś, co wcześniej uważała za oczywiste. Najpierw zaufanie, potem możliwość obrony, w końcu zwykłe prawo wejścia do własnego miejsca pracy. Najbardziej męczyła ją nie złośliwość przełożonego, lecz to, że nie umiała znaleźć żadnego logicznego wyjaśnienia. Gdyby popełniła błąd, mogłaby go naprawić. Ale nie wiedziała, za co właściwie jest karana.
Okulary znowu gdzieś zniknęły. Przez kilka minut szukała ich nerwowo między dokumentami, aż zauważyła je na własnej głowie. Kiedy usiadła do komputera, palce drżały tak mocno, że kilka razy musiała poprawiać ten sam wyraz.
Rano powiedziała jak zawsze:
— Dzień dobry
Odpowiedziało jej tylko ciche buczenie komputerów.
Nad ranem otwierała oczy i przez chwilę nie wiedziała, czy dopiero zasypia, czy właśnie się obudziła. Zanim zadzwonił budzik, była już wyczerpana.
W domu usłyszała tylko:
— Weszłaś między wrony, to kracz jak one.
Przez tydzień prawie nie wstawała z łóżka. Leżała na plecach i godzinami patrzyła w biały sufit. Zegar w kuchni wybijał kolejne godziny, ale dla niej czas przestał płynąć. Drugiego dnia pędzle nadal stały w słoiku z zaschniętą farbą. Wieczorem sięgnęła po książkę. Po kilku stronach zamknęła ją, nie pamiętając ani jednego zdania. Radio grało cicho, lecz po chwili wyłączyła je, bo nawet muzyka zaczęła ją męczyć. Z każdym dniem coraz więcej siły kosztowało ją tylko jedno — rano wstać i pójść do muzeum. Aż któregoś ranka organizm przestał walczyć. Wtedy, zupełnie niespodziewanie, wrócił zapach siana, skrzypienie drewnianego ganku i smak zimnego mleka. Powróciło jedyne miejsce, w którym kiedyś czuła się naprawdę bezpieczna — wieś u dziadków.
ROZDZIAŁ XII
Przyszedł taki dzień, w którym Ewa bez większego namysłu spakowała walizki i wyjechała na wieś.
Obudziła się, gdy w pokoju panował jeszcze gęsty, lodowaty chłód. Każdy oddech zmieniał się w parę, a spod wielkiej pierzyny wystawał tylko czubek nosa. Wstawanie wymagało od niej nie lada odwagi. Po chwili rozszedł się zapach palonego w piecu drewna i poczuła stopniowo rozchodzące się zbawienne ciepło. Z oddali słychać było pianie koguta i gdakanie kur. Dziadek ubrany w kufajkę i gumofilce przyniósł już w dwóch wiadrach krystalicznie czystą wodę ze źródła. Postawił je w sieni ocierając pot z czoła. Droga była niełatwa, pełna dziur i błotnistych kolein. Kafle pieca były gorące, a woda lodowata. Gdy Ewa zanurzyła dłonie w wodzie odskoczyła, a gęsia skórka pokryła jej całe ciało. Dziadek roześmiał się:
— To nie kranówka z bloku, Ewunia. To żywa woda.
Z gorącego pieca babcia odstawiła ogromny garnek, z którego roznosił się gęsty, słodki zapach mleka prosto od krowy.
— No, Ewa, zostaw tę wodę, bo ci palce odpadną i siadaj do stołu. — zawołała.
Babcia z niesamowitą zręcznością zrywała z ciasta małe kluseczki i wrzucała na wrzątek. Chwilę później na drewnianym stole wylądował głęboki talerz pełen parującej zacierki. Nad talerzem unosiła się gęsta firanka pary. Pyszne kluseczki w mleku momentalnie rozgonił poranny chłód.
Ewa ubrała gumowce o trzy numery za duże, tak bardzo chciała wyjść na podwórko. Słońce stało już wysoko, dni były coraz dłuższe. Podwórko tętniło wiejskim chaosem. W wyschniętych miejscach pojawiła się trawa, w której grzebały kury. Pod ścianą obory kot rozciągał się leniwie. Słychać było pomrukiwanie świnek i ciche buczenie krów. Powietrze pachniało wilgotną ziemią i topniejącym śniegiem. To chwila, gdy natura budzi się z zimowego snu, a pierwsze ciepłe promienie zwiastują rychłą wiosnę. Ewa człapała przez podwórko, gubiąc stopy w wielkich gumowcach, które przy każdym kroku wydawały głośne mlaskające mlaśnięcia. Każde wdepnięcie w głębokie, błotniste kałuże przynosiło jej ogromną frajdę. Kiedy tak brnęła w błocie usłyszała rozbawiony głos dziadka, który stał nieopodal, oparty o płot:
— Ewuś, jesteś miastowa. Rąbanie drewna, to dla twoich delikatnych dłoni ciężka praca?
— Dziadku, dam radę! — fuknęła i podbiegła do pieńka z siekierą.
— No dobrze, tylko palców nie poucinaj — zaśmiał się pod wąsem.
Ewa zamachnęła się i z całych sił uderzyła w pniak. Ostrze odbiło się z głuchym stukotem, zostawiając na korze zaledwie płytką rysę.
— Widzisz? Drewno sosnowe sęki ma twarde, trzeba wiedzieć gdzie uderzyć — powiedział ciepło.
— Dziadku, naucz mnie.
— No dobrze, miastowa, to patrz uważnie — powiedział poważniejszym tonem.
— Po pierwsze postawa. Nie stój złączonymi nogami, bo stracisz równowagę.
Ewa posłusznie rozstawiła nogi na szerokość ramion.
— Lepiej — skinął dziadek głową.
Po wysłuchaniu dokładnych zaleceń wzięła głęboki oddech i mocno zacisnęła dłonie na drewnianym trzonku. Wbiła wzrok w niewielkie pęknięcie na środku nowego pniaka.
— Spokojnie, bez pośpiechu — powiedział dziadek, stojąc o krok z tyłu.
Uniosła siekierę nad głowę. Wykorzystując impet całego ciała, pociągnęła ramiona w dół. Ostrze trafiło idealnie w sam środek szczeliny. Kloc drewna z głośnym stukotem pękł na dwie części, które potoczyły się w błoto. Ewa zamarła na chwilę, patrząc na swoje dzieło z szeroko otwartymi oczami, po czym podskoczyła z radości.
— Udało się! Dziadku, widziałeś?! Rozłupałam — zawołała, promieniując dumą.
— No, no! Może i miastowa jesteś, ale krew nie woda, genów nie oszukasz — zaśmiał się poklepując ją po ramieniu.
— Jutro bierzemy się na poważnie do rąbania drewna — dodał z udawaną powagą.
Ewa uśmiechnęła się, ale czuła się już zmęczona nietypowym wysiłkiem. Szła wydeptaną ścieżką wzdłuż zagajnika. Za plecami został stuk siekiery i gdakanie kur. Przy potoku słychać było tylko szemrzącą wodę. Zatrzymała się na jego skraju, tam gdzie ziemia była najbardziej wilgotna, i kucnęła nieomal tracąc równowagę. Jej wzrok przyciągnęły wiosenne kwiaty, maleńkie białe przebiśniegi. Nie mogąc ich sfotografować, złożyła dłonie w ramkę, udając obiektyw aparatu, mrużąc jedno oko. Przez chwilę poprawiała kadr, przesuwając go o kilka centymetrów, aż objął także połyskującą wodę potoku. Nie przyszło jej nawet do głowy, że błoto ochlapało gumowce i dół spódnicy. Ten kadr był właściwy. Obraz przebiśniegów zatrzymała w pamięci. Choć gumowce ciążyły i zsuwały się z nóg, nie ruszała się jeszcze przez chwilę. Stała pośród budzącego się do życia świata.
ROZDZIAŁ XIII
Od kilku miesięcy każdy dzień wyglądał podobnie.
Cierpliwie siadała z lupą w dłoni i pochylała się nad błyszczącymi fotokopiami.
Odbijające się światło zmuszało ją do nieustannego zmieniania kąta patrzenia, zanim rozszyfrowała kolejne litery.
Przesuwając palcem po śliskiej powierzchni fotokopii w pewnej chwili zatrzymała go.
Nagle zauważyła, że początek kolejnych zapisów powtarza się niemal słowo w słowo. Sprawdziła jeszcze kilka kolejnych kart. Schemat powtarzał się bez wyjątku.
Wystarczyło przepisać najlepiej zachowany fragment. Wiedziała już, że początek kolejnych wpisów będzie identyczny.
— Przecież tę partię tekstu mogę zapisać w Wordzie, jako gotowca, a potem tylko metodą kopiuj, wklej, przenosić do komputera — pomyślała z ulgą.
Dzięki tej metodzie narzuconą liczbę rekordów wprowadzała do komputera w ciągu zaledwie czterech godzin. To odkrycie spowodowało, że miała czas na powolne czytanie dokumentów.
Coraz bardziej rozumiała, że każdy z nich jest próbą ocalenia czyjegoś istnienia przed zapomnieniem. Może dlatego tak bolało ją, gdy inni próbowali wymazać ją z zespołu. Dokumenty stały się dla niej ważniejsze niż rechoczące głosy zza ściany. Przestała poświęcać im uwagę. Otwierała szufladę, by wyjąć album Krzysztofa i po przeczytaniu dedykacji:
„Nie szukaj w sobie tego, co widzą inni. Spróbuj zobaczyć to sama” — zanurzyła się we wspomnieniach. Przed oczami jawił się jej obraz przebiśniegów.
Z miesiąca na miesiąc odzyskiwała spokój. Całą uwagę skupiała na pracy, która pomimo szykan stała się jej pasją. Wracały siły. W pewnym momencie uświadomiła sobie, że powtarzająca się w dokumentach parafka ma ogromne znaczenie historyczne. Nie potrafiła jednak przypisać jej do konkretnej osoby.
Zeskanowała wszystkie „nieczytelne podpisy”.
Znajomy historyk, już na emeryturze, zwyczajowo lubił przesiadywać w kafejce, blisko muzeum. Ewa po pracy, idąc do domu weszła do niej i ku swojej radości go zobaczyła. Siedział jak zwykle przy swoim stoliku z filiżanką kawy.
— Dzień dobry panie profesorze!
Usiadła naprzeciwko, jak robiła to już nieraz.
— Dzień dobry. Widzę w pani oczach jakiś błysk — odpowiedział zadowolony, że już nie siedzi sam.
— Przeczytałam pana doskonały przewodnik po muzeum, moje gratulacje.
— Dziękuję młoda damo, ale coś mi się wydaje, że przyszłaś do mnie z problemem.
Jak zwykle odczytał jej zamiary, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć.
— Tak — roześmiała się Ewa.
Obok filiżanki położyła na stole kartkę ze zeskanowanymi „fajkami”
— Jestem przekonana, że profesor wie, która z nich do jakiej osoby należy.
Starszy pan założył okulary w rogowej oprawie i nawet za długo się nie przyglądał.
— Pierwszy raz ktoś się z tym problemem do mnie zgłasza — spojrzał na Ewę z pochyloną głową, że aż mu się okulary zsunęły na czubek nosa.
— Naprawdę? — zdziwiła się.
Profesor wyciągnął z teczki swoje markowe pióro i obok każdej „fajki”, czytelnie przypisał konkretne imię i nazwisko.
— Rozumiem, do czego są pani potrzebne, ale... dlaczego inni nie pytają?
— Nie wiem panie profesorze.
Uśmiechnęła się z wdzięcznością.
— Bardzo panu dziękuję. Ogromnie mi pan pomógł.
Profesor skinął głową.
— Powodzenia.
Idąc w stronę domu, pomyślała, że historia bywa przewrotna. Ona sama każdego dnia ratowała od zapomnienia nazwiska obcych ludzi, podczas gdy ktoś uparcie próbował wymazać ją z pamięci własnego zespołu. Tym razem jednak ta myśl nie zabolała. Liczyło się tylko to, że wykonała swoją pracę dobrze.
Wreszcie projekt dygitalizacji dobiegł końca i każdy z zespołu musiał się wykazać efektami swojej pracy.
Drzwi jej pokoju uchyliły się gwałtownie.
— Szef kazał wszystkim przyjść.
Ewa uniosła wzrok znad dokumentów.
— Wszystkim?
— Wszystkim.
Kiedy z wielką niechęcią stanęła w progu gabinetu, zobaczyła, że wszyscy już tam byli. Nikt nie siedział. Zatrzymała się o pół kroku za progiem.
W pokoju panowała taka cisza, że Ewie aż dźwięczało w uszach.
Jasiek siedział za biurkiem z kartką w dłoni. Twarz miał nienaturalnie czerwoną. Patrzył na zespół w milczeniu.
— Waldek! Gdy zobaczyłem twoje wyniki, to mi ręce opadły!
Trzęsącymi rękami uderzył w blat biurka.
Ku swojemu zdziwieniu zauważyła, że piorunującym wzrokiem obrzucił wszystkich... oprócz niej.
— Ja?! — oburzył się głośno, stojąc, wyprężony jak struna z piersią wysuniętą do przodu.
— To niemożliwe. Jeszcze raz przelicz wyniki, ja napisałem dobrze.
— Czy ty masz pojęcie, jak działa liczenie komputerowe? To nie ja sobie wymyśliłem, to naga prawda maszyny — warknął.
Po pokoju przebiegło nerwowe poruszenie. Jedni spuścili wzrok, inni zacisnęli pięści, ktoś nerwowo przełknął ślinę.
— A ty Zosieńko? Tylko 50%! — wrzasnął już bez opamiętania, wymachując kartką z wynikami.
Zosia z wdziękiem zamrugała rzęsami, robiąc z ust serduszko.
— Ja? Naprawdę? To niemożliwe — zaćwierkała swym wdzięcznym głosikiem, poprawiając mankiet swojej ślicznej bluzeczki.
Zosia wciąż trzepotała rzęsami i układała usta w serduszko. Ewa omal się nie uśmiechnęła.
Szef zacisnął usta. Przez chwilę wyglądał, jakby próbował się opanować. Bezskutecznie.
— Wszyscy jesteście kompromitacją!
— Nie wszyscy, Ewa napisała najwięcej. I bezbłędnie. Tylko ona nieczytelne podpisy rozszyfrowała — dodał już ciszej.
Nie poczuła satysfakcji. Odruchowo spuściła wzrok. Czuła tylko nieprzyjemny ciężar. Wiedziała już, że właśnie przestała być niewidzialna.
Na twarzach zgromadzonych w pokoju Ewa dostrzegła niedowierzanie i lodowate spojrzenia, jakby była winna ich upokorzenia. Waldek zacisnął usta. Zosia przestała się uśmiechać.
Zapadła cisza.
Wszyscy w popłochu zaczęli wychodzić, potrącając stojącą w progu Ewę.
— Teraz sobie nas upatrzył! Z żoną się pokłócił i gdzieś musi się wyładować.
Jeszcze tego samego dnia, do pokoju Ewy weszła niemal bezszelestnie pani sprzątająca.
— Ale u was wrze. Co się stało? — zapytała z zaciekawieniem.
— Długo, by opowiadać...
W korytarzu, co chwilę głośno trzaskały drzwi. Słychać było nerwowe rozmowy.
— U was dziś aż strach wchodzić. Kierownik polecił mi pani przekazać tę małą paczkę.
— Dziękuję pani — odpowiedziała zdziwiona.
Kobieta spoglądała na Ewę wyczekująco, lecz nie doczekawszy się wyjaśnień, wyszła.
Bez pośpiechu otworzyła paczkę, a tam zadźwięczały wszystkie klucze do drzwi wejściowych.
— Łaskawca — pomyślała.
Z dnia na dzień na Ewę czekały wciąż nowe niespodzianki.
Podczas podpisywania się na liście obecności, usłyszała głos kadrowej.
— Pani Ewo, proszę nie wychodzić. Zapraszamy do biura.
— Proszę tu podpisać — podsunęła jej dokument.
— To dla mnie. Aż tyle? — zaskoczona Ewa spojrzała na urzędniczkę.
— Tak. Ma pani podwyżkę i najwyższą możliwą premię — powiedziała uroczystym tonem.
Jeszcze długo nie mogła oderwać wzroku od podpisanego dokumentu.
Wróciła do biura oszołomiona. Pieniądze nie potrafiły wymazać pamięci.
Na korytarzu, gdy mijała szefa, usłyszała:
— Ewa, organizuję nowy zespół do pracy na zlecenie. Można na tym dobrze zarobić. Wybieram najlepszych.
— Zapraszam.
Spojrzała na niego obojętnym wzrokiem i bez słowa poszła dalej.
Niedługo potem wydarzyło się coś, czego zupełnie się nie spodziewała.
Kiedy szef przyszedł z kwiatami, by ją przeprosić, powiedziała:
— Kwiaty przyjmuję. Ale proszę zachować ode mnie metr odległości.
