Część II
Rozdział I
W ponury listopadowy dzień Ewa obudziła się z krzykiem, spocona, roztrzęsiona, wciąż zanurzona w surrealistycznym śnie. Widziała ogromne, ciemne wnętrza jakichś zamków, zimnych i kamiennych, oślepiająco białych. Przez sekundę miała wrażenie, że już tam kiedyś była. Wśród splątanych prześcieradeł widziała mężczyznę, który szamotał się, jakby walcząc z niewidzialnym przeciwnikiem. Chciała mu pomóc — wyciągała ręce, wołała, próbowała podejść — ale nie mogła. Oddzielała ich jakaś niewidzialna bariera, przez którą nie przebijał się żaden jej ruch. On coś do niej mówił, zaciskał usta w słowach, które nie miały dźwięku.
Wreszcie z jej gardła wyrwał się krzyk:
— Tata?!!!
A wtedy — w sposób niemożliwy do pomylenia z czymkolwiek innym — usłyszała odpowiedź:
— Córeczko, pamiętaj…!
Czy to był głos? Echo? Resztka snu?
Przerażona i zmęczona, z sercem bijącym jak młot, rozejrzała się wokół. Zwyczajne ściany. Zwyczajny pokój. Wszystko na swoim miejscu — tylko ona nie. Nagle, bez powodu, jak przebłysk obcej świadomości, dopadło ją uczucie przygniatającej ciężkości lat. Jakby w jednej chwili zrzucił na nią cały przeżyty czas.
Siedemdziesiąt trzy lat. Ta nagła świadomość była dla niej zaskoczeniem, zdziwieniem i szokiem.
Pogrzeb Marii był skromny. Ksiądz, kuzynki, kilku znajomych. Ewa nie płakała, stała nad grobem obojętna, zawieszona w emocjonalnej pustce.
Kiedy usiadła wieczorem w fotelu zaczęły napływać obrazy z przeszłości z ogromną precyzją.
Rozdział II
Przed oczami Ewy pojawiła się twarz Włodka — o szlachetnych rysach, z bujną czupryną jasnych, kręconych włosów okalających głowę niczym aureola. Przypomniała sobie dzień, gdy prowadziła niewielką grupę zwiedzających przez sale muzeum. Mówiła spokojnie, bez nadmiaru dat i patosu, opowiadała raczej historie, o ludziach ukrytych za przedmiotami, o dłoniach, które je dotykały, o myślach, które mogły im towarzyszyć. Zauważyła go niemal od razu.
Kiedy grupa się rozproszyła, on nie odszedł.
Ewa dostrzegła w jego oczach błyski ciekawości i coś jeszcze — nieoczekiwane zrozumienie. Poczuła nagle, że ten tajemniczy mężczyzna chce ją naprawdę poznać: nie tylko jako przewodniczkę, ale jako kobietę. Tak też się stało, bo po chwili usłyszała:
— Zapraszam
panią na kawę — powiedział bez żadnych wstępów, jakby było
to najprostsze i najbardziej naturalne zdanie na świecie.
—
Włodzimierz. Włodek — dodał po chwili, jakby chciał skrócić
dystans.
Niejednokrotnie turyści obdarzali Ewę słowami uznania, czy grzecznych zaproszeń.
Ten mężczyzna jednak zachowywał się inaczej.
Wzbudził w Ewie nieoczekiwane zaciekawienie, dlatego bez oporu i lęku dała się porwać do niewielkiej kawiarenki.
Gdy weszli, zanim Ewa zdążyła usiąść, Włodek odsunął krzesło i zgrabnym gestem wskazał jej miejsce. Tak ją to zaskoczyło, że usiadła nieporadnie, omal nie spadając z krzesła. Nikt wcześniej nie okazał jej takiej uprzejmości. Zajął miejsce naprzeciwko i wówczas Ewa mogła mu się przyjrzeć z bliska. Był od niej dużo starszy, lecz jego ciepłe, rozumne spojrzenie dodało jej odwagi.
Po dłuższej chwili milczenia Włodek zapytał wesoło z szerokim uśmiechem:
- Zamawiamy wszystko, na co mamy ochotę?
Ewa miała pustkę w głowie i nie wiedziała, co odpowiedzieć. W końcu tylko skinęła głową. Zamówili kawę plujkę i WZ-tkę.
Po
chwili zapytała cicho:
— Czym tak bardzo cię zainteresowałam?
Przecież oprowadzałam w sposób zupełnie standardowy.
Spojrzał
na nią uważnie, jakby ważył słowa. Jego odpowiedź była
zaskakująca i nieco tajemnicza:
— W trakcie oprowadzania
powiedziałaś coś bardzo niezwykłego. Coś, co słyszy się
rzadko. Myślę, że będziemy mieli sobie wiele do powiedzenia —
dodał po chwili.
Kawiarnia była przytulna i nastrojowa, dzięki czemu rozmowa potoczyła się swobodnie. Siedzieli długo, nawet gdy stół już opustoszał, i nie mogli przestać rozmawiać: o poezji, francuskiej piosence, filmach, o wszystkim, co z radością wyskakiwało z dawno zamkniętych szkatułek pamięci. Nić wzajemnego porozumienia i ciekawości nie zerwała się wraz z pożegnaniem. Ewa przeczuwała, że ich rozmowa jeszcze się nie skończyła.
Rozdział III
Ewa przypomniała sobie dzień, w którym po raz pierwszy w życiu wysłała opowiadanie, które napisała na konkurs do Filipinki. Czytała wtedy wszystko: Lema niemal na pamięć, fantastykę, a zupełnie nie wiadomo dlaczego — również filozofię egzystencjalną, poezję i piosenkę francuską. Miała czternaście lat i świat w głowie znacznie większy niż ten, który ją otaczał.
Polonistka regularnie powtarzała, że jej wypracowania „na pewno nie są jej autorstwa”. Bolało. Bardziej niż zła ocena. Dlatego wysłanie opowiadania było aktem buntu — cichym, samotnym dowodem na to, że jednak potrafi.
Dwa tygodnie później przyszedł list. Niebieska koperta. Pieczątka redakcji w lewym górnym rogu. Pierwszy w życiu list zaadresowany na jej imię i nazwisko.
Problem polegał na tym, że odebrała go ciocia Emma.
— No coś podobnego! — zawołała oburzona. — Ewa dostała list urzędowy? Przecież to musi być pomyłka!
— Ciociu… to nie pomyłka — powiedziała Ewa cicho. — Proszę mi go oddać.
Głos jej drżał. Trzęsła się cała. Kiedy wyciągnęła rękę po kopertę, Emma cofnęła ją gwałtownie.
— Jakie listy? Jakie konkursy? — prychnęła.
Ewa poczuła, jak coś w niej pęka. Bez słowa poszła do swojego pokoju. Zamknęła drzwi. Osunęła się na łóżko i zaczęła wyć w poduszkę — głośno, rozpaczliwie, bez kontroli. Łzy mieszały się z potem, serce waliło jak oszalałe.
Z oddali słyszała głos Emmy:
— Ewa! Natychmiast przyjdź na obiad! Rosół stygnie!
Nie reagowała.
Dopiero gdy ciocia stanęła nad nią, z twarzą nieznoszącą sprzeciwu, podniosła się z łóżka. Ból głowy i ścisk w żołądku były tak silne, że zamiast do kuchni pobiegła do łazienki. Zwymiotowała.
— Co za nieusłuchane dziewuszysko! — wrzeszczała Emma. — Rosół stygnie! Nie będę go odgrzewała! Gdzieś ty się włóczyła?!
Ewa, blada i obolała, usiadła w końcu przy stole. Patrzyła na talerz, ale nie była w stanie przełknąć ani łyżki.
— No żesz kur…a mać! — ryknęła Emma. — Żryj ten rosół, bo ci napluję!
W tej samej chwili żołądek Ewy wywrócił się na drugą stronę. Zwymiotowała prosto do talerza.
Potem przyszła noc. Bezsenna. I kolejna. I następne. Zmęczenie narastało, ciało słabło, myśli się rozmywały. Ewa chodziła jak w półśnie — ospała, bezradna, jakby ktoś stopniowo wyciągał z niej życie.
A list z Filipinki już nigdy do niej nie wrócił.
Wieczorem Ewa wracała z babcią Stanisławą do maleńkiego mieszkania, w którym sypiała z mamą, Marią. Na każdym półpiętrze babcia przystawała, mówiąc cicho, jakby do siebie:
- Dziecko, jak mi ciebie szkoda… dziecko, jak mi ciebie żal.
Rozdział IV
Ewa wybrała duży, mocny czarny worek na śmieci.
Wyjęła z szuflad pierwszą garść listów. Papier był pożółkły, miejscami kruchy. Na kopertach — znane pismo, adresy sprzed lat, znaczki z innych czasów. W listach wciąż czuła myśli, które były skierowane tylko do niej, intymne, które były inspiracją i słowami otuchy.
Zaczęła drzeć.
Najpierw powoli, niepewnie, jakby wciąż łudziła się, że Maria ją zatrzyma. Papier stawiał opór, rwał się nierówno. Potem coraz szybciej. Ręce zaczęły pracować same, mechanicznie. Koperty, kartki, pocztówki. Słowa rozpadały się na strzępy.
Maria długo siedziała na kanapie, patrzyła obojętnym wzrokiem. W pewnym momencie wyraziła nikłe zainteresowanie
— Po co to robisz? — zapytała w końcu.
Ewa nie odpowiedziała. Darła dalej. Czuła, jak coś w niej pęka — nie gwałtownie, lecz cicho, jak naprężona lina, która w końcu puszcza.
Wtedy Ewa podniosła głowę.
— Mamo ty je wszystkie przeczytałaś, dlaczego?!!! — krzyknęła z rozpaczą.
Zapadła cisza. Taka, w której zwykle coś się zmienia.
Maria tylko wzruszyła ramionami.
— Twoja sprawa — odparła. — Jak chcesz.
Ewa klęczała nad workiem, który powoli się zapełniał. Darła dalej, aż nie zostało nic. Ani jednego listu. Ani jednego zdania, które ktoś kiedyś napisał tylko do niej.
Kiedy związywała worek, ręce jej drżały. Miała wrażenie, że zrobiła coś nieodwracalnego. Że właśnie zniszczyła dowód na to, że istniała poza tym domem.
Wyniosła worek do śmietnika.
Maria obojętna, nie wróciła do tego tematu.
I
właśnie wtedy Ewa zrozumiała coś, czego wcześniej nie potrafiła
nazwać:
że ten gest — pełen rozpaczy, krzyku i nadziei —
nie
miał dla jej matki żadnego znaczenia.
Jakby nie wydarzyło się nic.
Rozdział V
Kolejne wakacje przyniosły radość z przyjazdu wujka Mietka.
— Ewa, pakuj się. Zabieram cię do siebie.
Jej osiemnastoletnie serce zabiło gwałtownie. Morze, szum fal, Trójmiasto — te miejsca od dawna ją wołały.
— Mietek,
czyś ty oszalał?! Przecież ta smarkula się tam pogubi! Upilnujesz
ją?
— Nie widzisz, jak ona wygląda? To jeszcze dziecko! —
argumentowała uparcie Emma.
Maria milczała, ale jej spojrzenie mówiło to samo.
Drobna sylwetka Ewy sprawiała, że rzeczywiście wyglądała młodziej niż rówieśniczki. One dojrzewały szybciej — pewne siebie, zauważane. Ona wciąż była jak cień. Nikt nie traktował jej poważnie, nikt nie zapraszał bliżej. A teraz pojawiła się szansa — wyrwanie się z miejsca, w którym tylko widziała samotność.
Spojrzała na wujka błagalnie. Nie odpuścił.
Po nocnej podróży pociągiem znalazła się w ogrodzie Mietka — pełnym róż i azalii. Powietrze było gęste od zapachów. W oddali wyczuwało się słony oddech morza.
Mimo zmęczenia pobiegła na dziką plażę. Tam nie czuła wyobcowania. W oddali dostrzegła sylwetkę mężczyzny. Kontury rozmywały się w blasku słońca i lekkiej morskiej mgle. Dziwnie — nie odczuła lęku. Stała boso, a fale obmywały jej stopy, jakby przypominały, że chodzi po śladach swoich rodziców.
Uwielbiała Trójmiasto: zapach smażonych ryb, stare uliczki Gdańska, wille Sopotu z ogrodami, w których czas się zatrzymał. Siadywała przy stoliku w kawiarni „Alga” i patrzyła na kolorowy tłum turystów. Słuchała ich rozmów — śmiesznych, dramatycznych, zwyczajnych. Chłonęła ten gwar z zachwytem.
Choć była obok, a nie w centrum, to jej wystarczało.
Kiedy szykowała się do powrotu, usłyszała poważny głos starszego kuzyna, Adama:
— Zapraszam cię na pożegnalną kolację.
Zaskoczona aż podskoczyła.
— Serio? Naprawdę? Gdzie?
— Niespodzianka — odpowiedział z uśmiechem.
Na łóżku leżała sukienka o niezwykłym fasonie, torebka, kapelusik, buty na wysokim obcasie i kosmetyki.
— Ubierzesz się w to. Idziemy do lokalu, gdzie obowiązuje elegancja — wyjaśnił.
Patrzyła na te rzeczy jak na rekwizyty z bajki o Kopciuszku. Wszystko pasowało idealnie. Sukienka sprawiła, że jej wątła sylwetka nabrała kobiecości. Po raz pierwszy w życiu zrobiła makijaż.
Gdy Adam wszedł do pokoju, zatrzymał się w progu.
— Ewa… wyglądasz rewelacyjnie.
Spojrzała w lustro. Nie rozpoznawała siebie.
Lokal przytłoczył ją od pierwszej chwili. Światło było zbyt ostre, zapach perfum i alkoholu zbyt ciężki. Kelnerki w prowokacyjnych strojach poruszały się pewnie między stolikami. Na ścianie migotały obrazy, których dotąd nie widziała poza ukradkowym spojrzeniem w kiosku.
Mężczyźni patrzyli na nią w sposób, którego nie umiała nazwać. Ktoś pokazał jej zwinięty plik banknotów. Czy to był żart? Propozycja? Nie rozumiała.
Nagle poczuła bolesne uszczypnięcie. Podskoczyła.
Adam zniknął na moment, po czym wrócił.
— To tylko „mewki”. Weszłaś w ich rewir — powiedział chłodno.
Serce waliło jej jak oszalałe.
— Adam, wychodzę. Nie wytrzymam. Gdzie my jesteśmy?
Spojrzał na nią inaczej niż dotąd — twardo.
— Widzisz jedną ze stron życia. Zapamiętaj.
Siedząc później w samochodzie, czuła w ustach gorzki smak.
W domu Adam długo milczał. W końcu powiedział cicho:
— Przepraszam. Byłaś jedyną osobą, która mogła pomóc w akcji schwytania podejrzanego. Dyskretnie obserwowaliśmy go. Jutro wyjeżdżasz, będziesz bezpieczna. I zapomnisz o tym miejscu.
Dopiero wtedy zrozumiała, że była elementem cudzej gry.
Nie
Kopciuszkiem.
Była rekwizytem jak sukienka i buty, które jej
zabrano.
Rozdział VI
Ewa mieszkała z mamą Marią w maleńkim mieszkaniu. Mama – wierząca, praktykująca. Ewa – od początku z jakąś wrodzoną niechęcią do religii, której nawet Maria nie potrafiła w niej przełamać. Kolęda dla Ewy była teatrzykiem, szopką dla dorosłych. Zawsze dziwił ją blask w oczach mamy, gdy ksiądz miał stanąć w progu.
Szczególnie zapamiętała jedną zimę. Na stole leżał wykrochmalony obrus, prasowany godzinę, żeby nie został ani jeden ślad zagięcia. Kryształowe naczynie z wodą, dwa świeczniki, krzyż. Tym razem ciekawił ją nowy proboszcz – poprzedni zniknął równie nagle, co nieodwołalnie.
Najpierw zjawili się kolędnicy. Zachrypniętym głosem odśpiewali kolędę i rozpłynęli się na klatce schodowej. A potem w drzwiach pojawił się on. Najpierw brzuch, potem reszta. Czerwony, spocony, ciężki. Wymamrotał modlitwę, pokropił mieszkanie wodą z kranu – święconej Maria nie zdążyła pożyczyć – i z hukiem usiadł na krześle, które zaskrzypiało pod jego ciężarem.
Jego twarz przybrała wyraz zwiastujący burzę. Maria, spięta, niemal na baczność, siedziała naprzeciwko niego z pokorą i bojaźnią.
Z eleganckiej torby wyjął dokumenty i z powagą kata oświadczył, że ma dowody na „skandaliczne prowadzenie się” Marii. Na początku mówił łagodnie, ale po chwili już grzmiał:
– Jesteś grzesznicą! Masz kochanka! Kobieta wierząca tak nie postępuje! Przychodzę, by przynieść ci zbawienie!
Spojrzał na Ewę i warknął:
– A ty jesteś grzesznym bękartem!
Jego słowa spadały na Marię jak bicze. Ewa widziała, jak kurczy się z każdym okrzykiem, coraz mniejsza, jakby próbowała zniknąć. Chciała coś powiedzieć, krzyknąć, stanąć przed nią jak tarcza, ale zagłuszał ją swoim moralnym gromem.
Wreszcie Ewa zebrała się na odwagę.
- Moja Mama jest wdową! – cała drżąc wrzasnęła tak, że usłyszeli sąsiedzi szykujący się na powitanie niosącego zbawienie.
Zapadła cisza. Głucha, ciężka, długa.
Ksiądz zamarł. Poderwał się gwałtownie, krzesło pisnęło, a on zachwiał się, jakby nagle zabrakło mu gruntu pod nogami. Zerknął jeszcze raz w dokumenty, zamrugał, sapnął i mruknął pod nosem, wyraźnie, z bezsilną rozpaczą człowieka, który wie, że przegrał spektakl:
- To pomyłka. Nie ten adres.
I wyszedł.
Zostawił za sobą zapach kadzidła, wstyd i echo słów, które miały ranić na wieczność. A jednak nie zostało po nim nic poza ciszą i cieniem śmieszności.
Maria pozostała praktykującą katoliczką.
Ewa do dziś pamięta tamto „to pomyłka” – jakby całe życie potrafiło czasem pomylić adres.
CDN
