CZĘŚĆ I
ROZDZIAŁ I
Wieczór był ciepły, ciężki od zapachu kwiatów i smażonych ziemniaków. Nad ogródkami działkowymi niósł się śmiech i bełkot podchmielonych mężczyzn. Ktoś przewracał kiełbasy na ruszcie. Z radia stojącego na skrzynce słychać było przebój „Daj mi tę noc”. Kobiety śmiały się przy stoliku, obierając ogórki do sałatki. Musiała odsunąć się, gdy obok przebiegł chłopiec z patykiem udającym szablę. Za nim goniła dziewczynka z papierową koroną na głowie. Ktoś podał jej talerz z kromką chleba i pieczoną kiełbasą. Podziękowała ruchem głowy, ale nie była głodna.
— Dosuń się bliżej ognia.
— Zaraz.
Ewa rozejrzała się. Kilka metrów dalej prezes ogródków unosił kieliszek.
— Na zdrowie, piękna panienko!
Kilka osób odwróciło głowy.
— Mnie? — zapytała odruchowo.
— A kogóż by innego? Za młodość! — zaśmiał się prezes i stuknął kieliszkiem o butelkę.
— Dziękuję.
Ewa odwróciła się i usiadła na kocu, bliżej ogniska. Wpatrywała się w iskry strzelające w niebo. Wydawało się, że błyski łączą się z gwiazdami. Ognisko przygasało. Ktoś dorzucił drewna i płomienie znów poderwały się wysoko.
Ludzie zaczęli zbierać talerze. Radio umilkło. Zrobiło się dziwnie cicho, choć jeszcze tu i ówdzie ktoś podśpiewywał fałszywą nutą. Ewa ruszyła z tyłu, po drodze zrywając polne kwiaty.
Ciocia Emma stała z założonymi rękami. Jedną stopą nerwowo uderzała o udeptaną ścieżkę.
Nagle usłyszała jej głos:
— Co to ma znaczyć?! — Nie będziesz się z nim zadawać! — wrzasnęła.
Zignorowała ten głos. Wieczór był piękny. Przy blokach zatrzymała się na chwilę, zapatrzona w mleczną poświatę jesiennej mgły.
Wtedy zobaczyła Emmę.
Stała nieruchomo. Twarz miała napiętą, oczy zwężone.
— Nie wrócisz sama do mieszkania — powiedziała.
— Pójdziesz ze mną.
— Dlaczego?
— Umówiłaś się z tym fagasem. Nie splamisz dobrego imienia rodziny.
Emma nie czekała na odpowiedź.
Przed oczami stanął jej pożółkły list z „Filipinki”. Usłyszała ten sam głos: „Ty? Sama to napisałaś?”
Najpierw drgnęły kąciki ust. Potem parsknęła cicho. Za chwilę śmiała się już głośno. Im bardziej próbowała przestać, tym mocniej śmiech wydobywał się z gardła. Emma zrobiła krok do przodu.
— Z czego się śmiejesz?
Śmiała się, dopóki nie poczuła ostrego bólu. Uderzenie w twarz odebrało jej oddech. Poczuła w ustach smak krwi. W uszach szumiało.
— Co pani robi?!
— To moja siostrzenica! — odburknęła Emma.
— Rodzinne sprawy.
Ewa pobiegła. Nie wiedziała dokąd. Uciekała, dopóki krzyk Emmy nie stopniał w szumie ulic. Pierwsze kroki były chaotyczne. Prawie poślizgnęła się na mokrym chodniku. Torebka obijała się o biodro. Za plecami usłyszała szybkie kroki.
Wpadła na psa. Zwierzę zaskowytało, a ona zachwiała się i musiała przystanąć. Drżące nogi ugięły się. Oparła się o chropowatą ścianę bloku, walcząc o oddech. Puls dudnił jej w skroniach. Powoli zwalniał, a obraz pod powiekami przestał wirować.
— Zatrzymaj się!
Emma złapała ją za ubranie. Ewa szarpnęła się tak gwałtownie, że pękł szew rękawa. Pobiegła dalej, nie słysząc już nic poza własnym oddechem.
Ktoś przystanął.
— Co się dzieje…?
Nie odpowiedziała, ruszyła dalej. Ciocia była za nią.
— Nie rób wstydu rodzinie! — Wracaj natychmiast.
Wpadła między bloki, nie wiedząc nawet, którą ulicą biegnie. Obraz falował. Ciało nie nadążało. Nogi zrobiły się ciężkie. Ręce drżały. Zatrzymała się. Z balkonu patrzył na nią mężczyzna z papierosem. Przez chwilę obserwował ucieczkę. Potem strzepnął popiół za barierkę.
I wtedy pomyślała: przecież mam dwadzieścia dwa lata.
Do mieszkania wróciła, kiedy wszystko już ucichło.
Spała może dwie godziny. Na podłodze wciąż leżały rozsypane polne kwiaty. Nawet nie zdążyłam włożyć was do wody — pomyślała. Zlana potem weszła do wanny. Chciała zmyć z siebie zapach wieczoru, dotyk Emmy, tamto uderzenie. Wtedy usłyszała zgrzyt klucza w zamku. Mama Maria weszła, postawiła siatkę na stole. Słoik z ogórkami stuknął o blat. Wyjęła ziemniaki, cebulę, kostkę masła. Ewa wyszła z łazienki i zapytała:
— Dlaczego znów weszłaś do mojego mieszkania bez zapowiedzi?
— Przecież nic się nie stało.
— A gdybym była z kimś?
— Jezus Maria! Znowu masz jakieś pretensje! Przecież zrobiłam ci zakupy, za chwilę będziesz miała obiad! — krzyczała matka. — Nie każdy ma tak dobrze jak ty!
— Nie chcę twojego obiadu! Zostaw mnie w spokoju!
— Taka jest twoja wdzięczność? Co z ciebie za córka? Jestem dla ciebie nikim? — rozpłakała się głośno.
Ewa stała w progu i patrzyła na płaczącą matkę.
Tamtej nocy kolejny raz nie zasnęła.
ROZDZIAŁ II
Budzik zadzwonił o siódmej. Miała wrażenie, że zamknęła oczy zaledwie przed chwilą. Przez moment nie wiedziała nawet, jaki jest dzień tygodnia. Umyła twarz zimną wodą, wypiła kilka łyków herbaty i wyszła do pracy.
Po pracy wracała pieszo, choć autobus zatrzymywał się pod samym blokiem. Lubiła drogę przez park. Zatrzymywała się przy stawie, obserwowała kaczki, które podpływały do brzegu. Czasem przysiadała na ławce z zeszytem. Nie rysowała ludzi. Zawsze wybierała drzewa, gałęzie albo stare latarnie. Interesował ją światłocień.
W pracy litery zamazywały się przed oczami. Po raz trzeci czytała ten sam akapit, nie rozumiejąc ani słowa. Wieczorem sen znów nie przyszedł. Spojrzała na budzik 3.30. Za oknem śpiewały już pierwsze ptaki. Kilka minut później usłyszała charakterystyczny stukot butelek z mlekiem.
Na samą myśl o opisywaniu eksponatów do kart katalogowych poczuła znajome napięcie.
— Nie spałaś? — zapytała koleżanka.
— Skąd wiesz?
— Masz oczy czerwone jak królik.
Snuła się po magazynie, próbując wiernie opisać każdy artefakt. Dopiero pod koniec dnia znalazła swoją kartę na biurku. Już z daleka zobaczyła czerwone poprawki. Nie liczyła ich. Wiedziała tylko, że znowu jest ich więcej niż własnego pisma. Spojrzała na kartkę. Jak echo wrócił do niej krzyk Emmy: „— Nie rób wstydu rodzinie! — Wracaj natychmiast.”
Mokre
liście przywierały do chodnika, a wiatr przeganiał je przez
muzealny dziedziniec. Ewa porządkowała dokumenty, gdy ciszę
przerwał dźwięk telefonu.
— Proszę przyjść do mnie, pani
Ewo — usłyszała spokojny głos dyrektora.
Odłożyła
papiery. Nadal była niewyspana.
Ruszyła korytarzem. Kiedy weszła do gabinetu, zobaczyła mężczyznę siedzącego w fotelu. Nieznajomy odwrócił głowę w jej stronę. Był szczupły, opalony, o surowych rysach twarzy. Przez krótką chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.
— Przedstawiam pani naszego gościa — powiedział dyrektor. — Artysta fotograf. Zamierza stworzyć album poświęcony muzealnym artefaktom. Proszę wprowadzić go w zbiory i współpracować przy projekcie.
Nieznajomy
wstał i uścisnął jej dłoń.
— Krzysztof — przedstawił
się z lekkim uśmiechem. — Mam nadzieję, że będzie nam się
dobrze współpracowało.
ROZDZIAŁ III
Spotkali się w kawiarni, żeby omówić szczegóły projektu. Za oknem powoli zapadał jesienny zmierzch. W kawiarni pachniało kawą i cynamonem.
— Dyrektor wspominał, że album ma być czymś więcej niż zwykłym katalogiem? — zaczęła Ewa, mieszając herbatę. — Chce pan pokazać historię eksponatów?
— Tak, historię… i coś jeszcze. Chciałem ocalić pamięć o ludziach, którzy ich używali.
Ewa przestała mieszać herbatę i zamilkła. Przez chwilę patrzyła na niego, jakby nie była pewna, czy dobrze usłyszała.
— O ludziach? — powtórzyła cicho.
Krzysztof uśmiechnął się lekko, bardziej do własnej myśli niż do Ewy.
— Przecież każdy z tych przedmiotów był kiedyś dla kogoś zwyczajnym narzędziem. Dopiero po latach stał się eksponatem.
Odłożyła łyżeczkę i spojrzała na niego dłużej. Dotąd traktowała muzealne zbiory jak obiekty wymagające opisu, konserwacji i archiwizacji.
— Dotąd nikt nie mówił o eksponatach w taki sposób. Przecież najczęściej możemy tylko się domyślać, do kogo należały.
— Naprawdę uważa pan, że przedmioty mogą ją zachować?
— Nie zawsze. Ale czasem wystarczy uważnie patrzeć. Przedmioty zostawiają więcej śladów po swoich właścicielach, niż nam się wydaje.
Ewa skinęła głową. Nie była jeszcze pewna, czy się z nim zgadza, ale po raz pierwszy pomyślała, że eksponaty rzeczywiście mogą opowiadać o swoich właścicielach.
Gdy rozstali się przed kawiarnią, zamiast skierować się do mieszkania, ruszyła przed siebie.
O zmroku jeszcze spacerowała ulicami, choć ziąb był coraz większy. Patrzyła na gałęzie drzew pozbawionych liści. Tworzyły dziwną architekturę poplątanych linii. Dostrzegła dynamiczne, geometryczne wzory, które zmieniały kształt wraz z każdym jej krokiem.
Wieczorem długo nie mogła zasnąć. Nie dlatego, że myślała o Krzysztofie. Wciąż wracały do niej jego słowa: „ocalić pamięć o ludziach". Nigdy wcześniej nie przyszło jej do głowy, że eksponaty mogą być czyimś życiem, a nie tylko numerem katalogowym.
ROZDZIAŁ IV
Następnego dnia już od ósmej rano byli przy pracy.
Na stole leżał pierścień. Krzysztof przesuwał reflektory, sprawdzał światłomierz i długo patrzył w matówkę. Na jego czole pojawiły się kropelki potu. Rubin raz gasł, raz rozbłyskał czerwienią. Każde zdjęcie było decyzją, której efekt poznawało się dopiero po wywołaniu filmu. Przyglądała się kamieniowi już od kilkunastu minut. Zbliżyła się o kilka kroków. Gdy Krzysztof przesunął lampę, rubin na moment pociemniał. Przy następnym ustawieniu w jego wnętrzu pojawił się wąski, czerwony błysk.
Rankiem Krzysztof przyszedł osłabiony przeziębieniem. Pracował wolniej. Przestawiał ciężki sprzęt i bezustannie zmieniał jego ustawienie. Między statywem i plątaniną kabli leżała stara, bogato zdobiona księga, której złocenia odbijały blask reflektorów. Zmieniał ustawienia światłomierza, ale efekt go nie zadowalał. Znała tę księgę od lat. Wiedziała, które tłoczenia giną w cieniu i jak łatwo światło może uszkodzić pożółkły papier. Podeszła do okna. Otworzyła je i przesunęła księgę tak, by światło wydobyło złocenia, nie oślepiając papieru.
— Jeszcze nie tak — mruknęła.
Delikatnie skorygowała ułożenie otwartego woluminu i przysunęła go bliżej okna. Nachyliła się nad aparatem i spojrzała w matówkę. Księga ożyła. Skóra oprawy nabrała głębi, złocenia przestały razić, a pożółkły papier zyskał ciepło.
Jeszcze chwilę stała z boku. Wiedziała, że ingeruje w jego pracę. Spojrzała na księgę. Na reflektory. Dopiero wtedy podeszła.
— Sprawdź — zwróciła się do niego.
Kilka razy patrzył na obraz i długo milczał. Dopiero wtedy odwrócił się do Ewy.
— Jak ty to zrobiłaś?
Ponownie
sprawdził parametry, jakby szukał w nich błędu. Efekt nie pasował
do ustawień, które przed chwilą przyjął. Odwrócił wzrok od
matówki i wyszedł na korytarz.
Kiedy wrócił, powiedział:
— Następnym razem trzymajmy się moich wytycznych. Przypadkowe przebłyski rzadko się powtarzają — powiedział, nie patrząc jej w oczy.
— Wiem, że zależy ci na jakości zdjęć, ale weź pod uwagę ochronę cennych eksponatów — odparła Ewa, ściągając białe rękawiczki.
— Nie możemy ich długo wystawiać na światło ani wysoką temperaturę.
Słysząc jej uwagi przymknął na chwilę oczy i westchnął. Walczył z pulsującym bólem głowy.
— Ewo, wiem, co robię, nawet jeśli dziś nie jestem w najlepszej formie — odparł.
Zaplanowana dalsza sesja zdjęciowa musiała być odwołana. Choroba zatrzymała fotografika w hotelowym pokoju na tydzień.
Ewa delikatnie zapukała do jego pokoju. Długie milczenie ją zaniepokoiło, więc zapukała mocniej kilka razy. Usłyszała szelest, jakby w pośpiechu porządkował bałagan i ciche, ochrypłe:
— Proszę.
Gdy otworzyła drzwi uderzył ją zaduch pokoju.
Obok łóżka, na stoliku leżał termometr, szklanka z wystygłą herbatą i duża paczka chusteczek do nosa. Kosz obok łóżka był już po brzegi wypełniony zużytymi. Pod oknem stał zamknięty futerał z aparatem. Wyglądał, jakby od kilku dni nikt go nie dotykał.
Krzysztof z wysiłkiem wyprostował się na łóżku i zaczął gorączkowo zapinać pod szyją guziki pogniecionej koszuli. Odruchowo wygładził ją dłonią, choć zaraz opadł z sił. Przykryty kocem, słaby, nie miał siły wstać.
Ewa… — zaczął ze skruchą, chrypiąc.
— Już wcześniej mówiłem ci, żebyś nie przychodziła. Głupio mi. Zobacz, jak ja wyglądam. Jeszcze się zarazisz.
Dopiero teraz przyjrzała mu się uważnie. Kilkudniowy zarost przyciemniał twarz, usta miał spierzchnięte, oczy załzawione od gorączki, a nos zaczerwieniony od nieustannego wycierania.
— Daj spokój — Ewa uśmiechnęła się, stawiając na stole menażkę obiadową z parującym rosołem.
— Dziękuję, to naprawdę miłe, pachnie jak w domu — odpowiedział.
Spojrzał na menażkę i uśmiechnął się bezradnie.
— Wpuśćmy trochę świeżego powietrza. Tylko na moment — powiedziała, uchylając okno.
W jego spojrzeniu dostrzegła coś, co kazało jej się wycofać. Chwyciła za klamkę i przez moment nie wiedziała, co jeszcze powiedzieć.
Po dwóch dniach jednak ponownie postanowiła odwiedzić Krzysztofa. Tym razem odpowiedź usłyszała dopiero po dłuższej chwili. Kaszel zagłuszył słowo "proszę".
— Przyniosłam ci polopirynę i syrop wykrztuśny.
Krzysztof leżał przykryty kocem po czubek nosa i co chwilę miał atak kaszlu. Odwrócony do ściany, tylko odezwał się słabym głosem:
— Dziękuję.
Nie odpowiedziała. Kiwnęła tylko głową.
Zamknęła drzwi najciszej, jak potrafiła. Przez chwilę stała jeszcze na korytarzu, nasłuchując, czy kaszel ucichnie.
Skończyła właśnie pierwszą część „Krystyny, córki Lavransa”. Wieczorem postanowiła pójść do biblioteki po następną. W szklanych witrynach migały jej odbicia. Dopiero jedno z nich przykuło jej uwagę. Światło zatrzymało się na kosmyku włosów. Nigdy wcześniej nie zwróciła na to uwagi.
ROZDZIAŁ V
Choroba wyczerpała Krzysztofa. Tego dnia nie pracowali. W pustej kawiarni pachniało świeżą kawą i domowymi ciastami. Ewa miała już usiąść naprzeciwko niego, gdy nagle, grzebiąc w torebce, zorientowała się, że nie ma kluczy od mieszkania. Krew odpłynęła jej z twarzy. Przez moment zabrakło jej powietrza. Przepraszając Krzysztofa, pobiegła na przystanek. Po półgodzinie stanęła przed mieszkaniem. Klucze wisiały w zamku. Wyszarpała je drżącymi rękami i schodząc po schodach, próbowała wyrównać oddech.
— Jak ja się muszę pilnować. Wciąż coś gubię.
— To się zdarza każdemu. — fotografik próbował ją uspokoić.
Usiadła niezgrabnie, prawie przewracając krzesło. Przez chwilę nie potrafiła spojrzeć Krzysztofowi w oczy i szybko zmieniła temat rozmowy:
— Lepiej? — Tamtego dnia w muzeum wyglądałeś fatalnie.
— Dużo lepiej, dziękuję. I przepraszam za moją szorstkość. — Krzysztof westchnął, opierając się o oparcie krzesła.
— Odniosłam wrażenie, że fotografia pochłania cię bez reszty.
— To moja pasja.
Krzysztof zawahał się.
— Najtrudniejsze jest to, że fotografia nie wybacza pośpiechu. Masz ograniczoną liczbę klatek, jedno światło, jeden moment. A potem czekasz dniami, żeby przekonać się, czy naprawdę go zatrzymałeś. — mówił Krzysztof prawie na jednym wdechu.
Gardło miał tak suche, że wypił kawę jednym haustem. Na górnej wardze została mu odrobina fusów.
Na ten widok parsknęła śmiechem. Nawet nie zauważyła, że kawa dawno wystygła.
— Piękne... ale strasznie trudne.
— Trudne, jasne. Ale w tym właśnie jest sens. Kiedy patrzysz i wiesz, że to ty zatrzymujesz chwilę.
— Już wiem, że ogranicza cię liczba klatek na filmie.
Do kawiarni weszła grupa roześmianej młodzieży. Gwar zagłuszył głos fotografika, więc zamilkli.
Obserwowali, jak stojak z gazetami chwieje się od przeciągu. Gdy znowu zrobiło się cicho, Krzysztof przez chwilę obracał filiżankę w dłoniach, zanim się odezwał.
— Współpraca z tobą jest dla mnie zaskakująca.
Uśmiechnęła się lekko i uniosła brwi.
— Dlaczego?
— Masz bardzo dobre wyczucie kadru. Jakbyś sama wiedziała, gdzie powinnaś być w obrazie.
— Może dlatego, że przenoszę to, co widzę, na papier… tylko, że farbami. Lubię obserwować przyrodę.
Dopiero gdy kelner zaczął gasić światła, zorientowali się, jak późno się zrobiło. Przez cały dzień nie pomyśleli nawet o jedzeniu.
Po powrocie do domu wyjęła szkicownik i poszła nad rzekę. Zamiast malować krajobraz, przez długi czas próbowała uchwycić sam cień gałęzi przesuwający się po kolorowym dywanie jesiennych liści.
Kolejnym etapem pracy była architektura. Gdy zapadł zmierzch, Krzysztof, jeszcze osłabiony chorobą, coraz częściej odwracał głowę w jej stronę, zanim przesuwał lampę albo zmieniał ustawienie aparatu. Pod wieczór, gdy słońce wisiało nisko nad horyzontem, Ewa dopiero po chwili zauważyła, że coraz częściej na nią spogląda.
— Krzysztof, za moment promień przejdzie przez tę szczelinę w murze i wydobędzie fakturę kamienia!
Fotografik natychmiast, bez pytań, ustawił statyw. Nie było miejsca na wahanie. Liczyła się tylko złota godzina, którą również zauważył.
Krzysztof spojrzał w wizjer. Obraz był dokładnie taki, jakiego oczekiwał. Nacisnął spust migawki.
Coraz częściej Ewa miała wrażenie, że nie uczy się fotografii, tylko sposobu patrzenia.
Za zgodą dyrekcji weszli do magazynu zbiorów, gdzie fotografik poszukiwał artefaktów, które mogłyby stać się inspiracją do kolejnych zdjęć. Pochylali się nad gablotami.
— Spójrz na tę filiżankę. Zobacz, jak precyzyjnie wykonano ornament.
Uniósł brwi. Naczynie natychmiast trafiło przed obiektyw.
Jednak gdy po dłuższej chwili Krzysztof wciąż nie był zadowolony z efektów, Ewa podeszła bez słowa. Przestawiła porcelanę tak, że miękki półcień wydobył z niej lekkość mgły. Fotografik podszedł i nachylił się nad aparatem. Z głośnym świstem wypuścił powietrze.
Wychodząc, zatrzymał się jeszcze na chwilę. Światło padało na Ewę przez wysokie okno. Przez moment patrzył na układ cieni na jej twarzy i eterycznej sylwetce.
Ewa ustawiła kolejny eksponat, tym razem wyjątkowo kruchy, w bezpiecznym miejscu. W tym dniu nie było to łatwe. Po kolejnej nieprzespanej nocy wszystko leciało jej z rąk. Pracowała z ogromnym wysiłkiem i ostrożnością. Kiedy jednak rozpoczynała się sesja, zmęczenie mijało.
— Mamy tu do sfotografowania niezwykle kruchy eksponat.
— Materiał jest zbyt delikatny na długie eksponowanie temperatury. Ustawmy wszystko tak, żeby światło pracowało dla sukni, a nie przeciw niej.
Przez chwilę patrzył na suknię, potem na reflektory. Powoli oparł się o ścianę i zakrył twarz dłońmi.
Tym razem były to kwadratowe kartoniki, które Ewa trzymała tuż nad najbardziej zniszczonymi fragmentami materiału.
— Trzeba zrobić przynajmniej trzy ujęcia i trzy razy użyjemy krótkiego naświetlenia latarką.
Liczył klatki filmu i przesuwał czarne kartoniki nad materiałem. Latarką kreślił po sukni niewidzialne linie światła. Przy każdym ujęciu było słychać trzask migawki.
— Wiesz, jak się nazywa tego rodzaju fotografowanie?
— Nie.
— Malowanie światłem albo żonglerka światłem — odpowiedział zmęczonym głosem.
Była to sprawa pilna, dlatego od razu postanowili sprawdzić efekt w ciemni. Dopiero wtedy oboje przestali wstrzymywać oddech. Suknia na odbitkach wyglądała piękniej, niż przypuszczali. Następnego eksponatu żadne z nich nie ustawiało już osobno. Jedno zaczynało, drugie kończyło.
Wieczorem Ewa zajrzała do szkicownika. Malowała ten sam liść trzy razy. Nie potrafiła znaleźć odpowiedniego światła. Dopiero wtedy uświadomiła sobie, że zaczęła patrzeć oczami fotografa. Wyjrzała przez okno i zamarła. Z ciemności wyłoniła się postać w ortalionie. Płomień zapałki na moment rozświetlił twarz nieznajomego. Chwilę później ognik papierosa i sylwetka mężczyzny znów utonęły w czerni.
ROZDZIAŁ VI
Po całym dniu fotografowania obiektów muzealnych wróciła wyczerpana. Zziębnięta marzyła tylko o kąpieli i śnie. Szukając nowego szlafroka, zauważyła pudełko z listami od znajomych i przyjaciół z ostatnich trzech lat. Nie rozumiała, dlaczego nagle ścisnęło ją w gardle.
Dzień później nie poszła do pracy. Zadzwoniła do mamy.
— Ewa? Kochanie, co się stało? Dlaczego nie jesteś w pracy? — W głosie matki natychmiast pojawiła się czujność.
— Przyjdź do mnie natychmiast. — odpowiedziała zachrypniętym głosem.
Ewa wzięła duży, mocny czarny worek na śmieci.
Wyjęła
z pudełka pierwszą garść listów.
Papier był
pożółkły i kruchy. Na kopertach — znane pismo, adresy sprzed
lat, znaczki z innych czasów. Zaczęła rozdzierać koperty i
kartki.
Najpierw jeden. Potem następny. Papier pękał z suchym
trzaskiem.
Maria siedziała na kanapie i patrzyła.
Ewa darła powoli, jakby jeszcze łudziła się, że matka ją zatrzyma. Papier stawiał opór, rwał się nierówno.
Potem coraz szybciej. Ręce zaczęły pracować same, mechanicznie. Koperty, kartki, pocztówki. Słowa rozpadały się na strzępy.
— Po co to robisz? — zapytała w końcu Maria.
Ewa nie odpowiedziała. Darła dalej.
W końcu podniosła głowę.
— Mamo… Ty je wszystkie przeczytałaś. Dlaczego?
Zapadła cisza.
— A cóż się takiego stało? — Maria wzruszyła ramionami.
Ewa klęczała nad workiem, który powoli się zapełniał. Darła dalej, aż nie zostało nic. Ani jednego listu. Ani jednego zdania, które ktoś kiedyś napisał tylko do niej. Kiedy związywała worek, ręce jej drżały. Kiedy zanosiła worek na śmietnik, wszystko wokół tonęło we mgle.
Wieczorem długo siedziała nad rzeką. Nie miała ze sobą farb. Patrzyła, jak nurt zabiera opadłe liście. Pierwszy raz od wielu tygodni nie miała ochoty niczego zachować.
ROZDZIAŁ VII
Krzysztof przemierzał korytarz tam i z powrotem. Niepokoiło go jej nagłe zniknięcie. Mieli przecież świętować wspólny sukces w Krakowie. Dyrektor powiedział mu o nagłej niedyspozycji Ewy. Ucieszył się, gdy ją zobaczył następnego dnia. Miała podkrążone, nieobecne oczy. Nie chciał być niedyskretny, ale jedno pytanie nie dawało mu spokoju: co się stało?
Ewa zakryła twarz dłońmi i długo kiwała pochyloną głową. Gorycz ścisnęła jej gardło. Zachrypniętym głosem wyjaśniła:
— Czasami człowiek tak długo słyszy, że przesadza, że zaczyna się zastanawiać, czy rzeczywiście nie przesadza.
— Nie musisz mi mówić.
— Wiem.
Mimo pulsującego bólu głowy Ewa pojechała z Krzysztofem do Krakowa. W powietrzu czuć było nadchodzącą zimę. Za oknem ciągnął się szary krajobraz. Niskie chmury niemal dotykały pól. Gdy szosa zaczęła stromo piąć się pod górę krzyknęła:
— Krzysztof, zatrzymaj się! — Szybko, rozstaw aparat!
Zjechał na pobocze i zaczął rozkładać sprzęt.
— Dobrze, że zmieniłem film w Nikonie. Takich okazji nie można przegapić. — mruknął pod nosem.
I wtedy ołowiane chmury i mgła rozsunęły się na moment. Ostre promienie słońca zalały okolicę. Mokry asfalt i kałuże zabłysnęły niczym lustra.
W Krakowie zatrzymali się w Jamie Michalika. Wchodzili prawie na palcach. Blask sączył się przez barwne secesyjne witraże, rzucając refleksy na ciężkie, pluszowe meble i rzeźbione fotele. Usiedli pod lustrem oprawionym w masywne, ciemne drewno. W powietrzu unosił się jedynie cichy szmer rozmów, natychmiast tłumiony przez miękkie obicia kanap. Nie wiedzieć czemu, Ewa i Krzysztof rozmawiali szeptem.
Zamówili tylko kawę i ciastka. Nie spieszyli się z wyjściem. Oboje chłonęli atmosferę wnętrza. Nic więc dziwnego, że Krzysztof za sprawą swojego Nikona spróbował zatrzymać go na fotografiach.
Kiedy omiatał spojrzeniem detale, odkrył, jak promień z witraża w sposób niezwykły rzeźbi twarz Ewy. Była zadziwiająco blada z wyrazem głębokiej melancholii. Szybko uniósł aparat i bez namysłu wyzwolił migawkę. Po raz pierwszy fotografowanym obiektem nie było wnętrze. Była Ewa. Przez całą drogę powrotną odliczał minuty, by jak najszybciej zobaczyć efekt.
ROZDZIAŁ VIII
Weszli do ciemni. Jedynym źródłem światła była czerwona żarówka. W kuwecie wypełnionej ostro pachnącymi odczynnikami powoli wyłaniały się obrazy. Najpierw zarys oprawy, potem ciemniejsze plamy złocenia, wreszcie miękki blask na krawędzi księgi i piękno innych eksponatów. Na końcu wyłoniła się smutna twarz Ewy we wnętrzu krakowskiej kawiarni.
Ciemnia nie była już dla niej tylko miejscem, w którym wywoływało się zdjęcia. Rozumiała, dlaczego Krzysztof tak długo patrzył na światło, zanim nacisnął migawkę. Między chwilą zobaczenia a chwilą powstania obrazu istniał cały ukryty świat.
Krzysztof stał obok, z rękami w kieszeniach fartucha.
— Coś nie tak? — spytała cicho.
— Właśnie pierwszy raz jest dobrze.
Do ciemni zajrzał laborant.
— Kto ustawił światło?
Krzysztof wskazał Ewę.
— Ma pani oko.
— Ja? — zdziwiła się. — To światło samo się ułożyło. Ja tylko je zauważyłam.
Ewa uśmiechnęła się półgębkiem.
— Ty naciskałeś migawkę.
— Ale to nie aparat robi zdjęcia.
Nagle usłyszała skruszony głos Krzysztofa.
— Wiesz, że byłem nieznośny?
— Wiem.
— Myślałem, że mi przeszkadzasz.
— A przeszkadzałam?
Krzysztof pokręcił głową.
— Nie.
— To dobrze.
W pewnej chwili Ewa poczuła na sobie wzrok Krzysztofa. Odruchowo odwróciła głowę.
— Zrobiłem ci kilka zdjęć w Jamie Michalika — wyjaśnił cicho. I uświadomiłem sobie, że wcale nie trzeba cię „ustawiać”. Zauważyłem, że patrzę już nie na wnętrze, tylko na ciebie w tym wnętrzu... i na twoją twarz.
Z korytarza dobiegł głos sekretarki:
— Panie Krzysztofie, telefon. Dzwoni żona.
Gdy wrócił, dłuższą chwilę układał fotografie, nie patrząc na Ewę.
— Wszystko dobrze? — zapytała.
Skinął głową.
— Tak.
Mieszkał zbyt daleko, by móc z dnia na dzień wyjechać do domu. Przez następne godziny prawie nie odchodził od powiększalnika. Kiedy negatyw w końcu opuścił suszarkę nadszedł kolejny etap współpracy — selekcja wywołanych i wysuszonych odbitek. Choć nie należało to do jej obowiązków, na wyraźną prośbę Krzysztofa została. Przykucnęli na podłodze. Wybierali najlepsze spośród dziesiątek fotografii rozłożonych wokół nich. Potem ostrożnie stąpali między odbitkami. Te zdjęcia przywracały historię ludzi, którzy kiedyś żyli. W pewnym momencie fotografik zatrzymał się nad jednym kadrem — tym z mokrej szosy. Patrzył na niego długo, z wyraźnym uznaniem. Potem spojrzał na Ewę i powoli skinął głową.
— Wiesz, że większość najlepszych ujęć powstała po twoich poprawkach?
Ewa wzruszyła ramionami.
Wracając z pracy kupiła cebulki tulipanów. Posadziła je pod blokiem, choć nie była pewna, czy na wiosnę ktoś ich nie wykopie. Sąsiadka z parteru wychyliła głowę przez okno:
— Pani Ewo, ja ich przypilnuję. Zobaczy pani, pięknie urosną.
ROZDZIAŁ IX
Projekt muzealny został zamknięty, ale żadne z nich nie miało poczucia, że kończy się coś naprawdę ważnego. Umówili się na pożegnalną kawę. Przez dłuższą chwilę stała przed lustrem. W końcu ubrała się tak jak zwykle. Siedziała naprzeciwko niego, w milczeniu obracając w palcach filiżankę. Krzysztof również milczał, wyraźnie szukając odpowiednich słów na rozpoczęcie rozmowy.
— Pamiętasz, jak mówiłem, że to, co robimy, nie kończy się na dokumentacji? — zaczął w końcu.
Ewa spojrzała na niego uważnie, ale nie odpowiedziała.
— Pojawił się pomysł na wystawę. Cykl zdjęć. Kobieta w centrum kadru. — Zawahał się. — Roboczo nazywają to „Venus”.
Na moment zamilkł. W lokalu ktoś przesunął krzesło, porcelana cicho stuknęła o blat.
— To nie jest prosty temat — kontynuował ciszej. — Wiesz, jak na to patrzą w komisjach, w instytucjach. Od razu robi się nerwowo.
Ewa uniosła wzrok.
— I co mnie to obchodzi?
Uśmiechnął się.
— Właśnie o to chodzi, że mnie obchodzi. Bo szukam kogoś, kto nie będzie tylko pozował.
Zawahał się na moment.
— Przy większości ludzi aparat trzeba prowadzić. Przy tobie nie muszę.
Ewa odłożyła filiżankę.
—Po czym to poznajesz?
— Tak, rozpoznaję — skinął głową
— Ty to zobaczyłaś jeszcze zanim ustawiłem aparat.
Oboje zamilkli.
— I dlatego… — dodał po chwili, już ciszej — pomyślałem, że mogłabyś stanąć przed aparatem. W tym projekcie.
Ewa nie odpowiedziała od razu.
— Przed aparatem — powtórzyła w końcu. — W „Venus”.
— Tak.
— I to się tak nazywa oficjalnie?
Krzysztof wzruszył ramionami.
— „Venus” to raczej robocza nazwa.
Ewa odchyliła się na krześle.
— A ja mam tam być kim?
Krzysztof zmierzył ją długim spojrzeniem.
— Kimś, kogo nie muszę wymyślać.
Po chwili dodał.
— I dlatego pytam ciebie, a nie kogoś innego.
Ewa pochyliła się lekko nad stołem.
— Jeśli mam stanąć przed obiektywem aparatu, to w jakim charakterze?
Potarł dłonią podbródek. Milczał tak długo, że Ewa już myślała, iż zrezygnuje z odpowiedzi.
— Mają to być akty kobiece. A ty… — zawahał się. — Ty miałabyś być moją modelką.
Ewa przez chwilę siedziała bez ruchu, a głosy w lokalu nagle stały się nienaturalnie wyraziste. Chciała sięgnąć po filiżankę, lecz jej dłoń zadrżała; naczynie przewróciło się. Kawa spłynęła po obrusie i na spódnicę. Zerwała się gwałtownie z krzesła i ruszyła w stronę łazienki, by jak najszybciej zaprać brązowe plamy. Gdy stanęła przed lustrem, zobaczyła drobną, bardziej dziewczęcą niż kobiecą sylwetkę. Odwróciła wzrok.
Ewa nie usiadła od razu. Wsparła się na oparciu krzesła.
— To, co powiedziałeś… o „Venus” — zaczęła spokojnie. — To nie jest dla mnie tylko projekt. Krzysztof lekko skinął głową. Nie chciał jej przerywać nawet spojrzeniem.
— Wiem.
— Nie. Nie wiesz — powiedziała stanowczo. — Bo ty myślisz w kadrze. A ja przez chwilę zobaczyłam siebie poza nim.
— Całe życie ktoś mi mówił, jaka powinnam być. W domu. W pracy. Nawet w zwykłych rzeczach. A ty proponujesz mi, żebym sama zdecydowała, jak chcę być widziana.
Ewa odsunęła krzesło i usiadła.
— Nie mówię „nie”. Ale pod warunkiem, że to ja ustalam granice. W każdej chwili będę mogła powiedzieć: „stop”. I moja twarz nie będzie widoczna.
Krzysztof
nie próbował jej przekonywać. Po raz pierwszy nie chciał za nią
podejmować decyzji.
— Pomyśl. Nie musisz odpowiadać teraz.
Ich współpraca zakończyła się wraz z fotografowaniem eksponatów.
Kiedy
żegnali się na dworcu, podał jej album.
— To dla ciebie.
Na pierwszej stronie napisał tylko kilka słów: „Nie szukaj w sobie tego, co widzą inni. Spróbuj zobaczyć to sama”.
Zanim w pełni zrozumiała to zdanie, liście na drzewach zdążyły opaść i zazielenić się dwukrotnie.
Album stał na półce w biblioteczce. Co jakiś czas brała go do rąk. I ta dedykacja... wciąż budziła wspomnienia.
Bywało, że wiosną szła nad rzekę, gdzie na płótnie, pędzlami i farbą, utrwalała kolorowymi światłocieniami pejzaże. Światło przestało być tylko światłem. Stało się językiem.
ROZDZIAŁ X
Nadeszło upragnione lato. Wieś przywitała ją zapachem świeżo skoszonego siana. Na podwórku mieszały się z nim woń mokrej ziemi i obornika. Pod ścianą stodoły stały gumofilce, a obok nich emaliowane wiadro z pękniętym uchem.
— Ewuś! — zawołała babcia, wycierając dłonie w kwiecisty fartuch.
Zza stodoły wyszedł dziadek z radosnym uśmiechem i od razu ruszył jej pomóc z ciężkimi walizkami.
Gdy tylko przekroczyła próg domu z gankiem uderzył ją znajomy chłód grubych ścian i zapach drożdżowego ciasta z kruszonką. Na stole czekał już emaliowany dzbanek pełen zimnego mleka prosto od krowy i miska świeżo zerwanych, jeszcze ciepłych od słońca truskawek.
— W sam raz Ewuś trafiłaś na obiad! - zawołała babcia, poprawiając fartuch.
Na stole czekała już waza chłodnika z botwinki, z jajkami ugotowanymi na twardo. Obok stała misa mizerii w gęstej śmietanie i talerz rumianych kotletów mielonych. Uśmiechnęła się do siebie. Znowu to samo. Oczy same zaczęły układać świat w kadr: biel śmietany, czerwień chłodnika, zieleń koperku. Miała ochotę zawołać babcię, żeby przez chwilę niczego nie ruszała. Tak pięknie było. Zdziwiła się, że od kilku minut nie wraca myślami do miasta.
Po obiedzie babcia zauważyła, że Ewa co chwilę wygląda przez okno.
— Idź jutro rano do lasu. Tam człowiek szybciej porządkuje myśli.
Ewa tylko skinęła głową. Nie odpowiedziała. Las od dawna był dla niej miejscem, w którym porządkowała myśli. Brała emaliowany kanka i ruszała ścieżką usłaną igliwiem. Otoczyła ją lekka mgiełka od rosy. Spośród konarów drzew wpadały proste jak struny smugi światła. Zatrzymała się zdumiona, chłonąc to niezwykłe zjawisko. Miała ochotę śmiać się z zachwytu, że coś takiego dzieje się każdego ranka, a większość ludzi nawet tego nie zauważa. Nie mogła oderwać wzroku od smug światła. Miała wrażenie, że las oddycha nimi jak żywa istota. Po raz pierwszy od wielu tygodni jej oddech zwolnił.
Przecinała smugi światła, chodząc po miękkim, pachnącym poszyciu pełnym jagód i poziomek.
— Zobacz, dziadku, uzbierałam cały dzbanuszek — chwaliła się po powrocie, pokazując dłonie ufarbowane na fioletowo.
— Jagody? No to babka już cię nie wypuści bez pierogów. Tylko nie zjedz połowy zanim ugotuje — powiedział, mrużąc oczy od słońca.
Kilka dni później rozpoczęły się żniwa.
— Ale teraz Ewuś zjedz coś konkretnego, bo ruszamy na pola, są żniwa.
Praca na polu była ciężka, ale Ewa starała się dotrzymywać kroku dziadkowi i innym gospodarzom. Wiązała pachnące snopki zboża w mendle W przerwach siadywali pod jednym z nich w cieniu, chroniąc się przed słońcem. W wielkie, spracowane dłonie brali kanki ze schłodzonym w studni zsiadłym mlekiem albo maślanką. Łapczywie pili, ocierając pot z czoła. Ewa patrzyła na ich ogorzałe od słońca, zmęczone twarze, a jednak z błyskiem w oku właściwym człowiekowi, który wie, po co pracuje. Bolały ręce i plecy, ale głowa wreszcie odpoczywała. Gdy uzbierało się go już dość, układali snopki starannie na drabiniastym wozie. Do niego zaprzęgnięte były dwa gniade konie.
— Równo układaj, Ewuś, bo bokach też dociskaj, żeby nam się to na zakręcie nie rozsypało! — pokrzykiwał dziadek, podając kolejne snopki na widłach. Chwilami poprawiał ułożone przez Ewę snopki. Kopa rosła coraz wyżej. W końcu dziadek spojrzał na nią i uznał, że wystarczy. Kilkoma susami, z jego pomocą Ewa wdrapała się na samą górę. Siedząc na miękkim, kołyszącym sianie, czuła się królową wszechświata. Wóz, ciągnięty przez dwa konie, niebezpiecznie poskrzypywał. Ewa, nie przejmując się tym, głośno śpiewała ludowe piosenki. Nagle koło wozu najechało na głęboką bruzdę w ziemi. Ciężkie, wysokie snopy zboża straciły równowagę.
— Trzymaj się Ewa! — krzyknął rozpaczliwie dziadek, ale było już za późno.
Z głośnym szelestem fura wraz z wozem przechyliła się na bok.
Ewa z krzykiem runęła prosto na miękką stertę snopków zboża, które zamortyzowały upadek. Przez chwilę panowała cisza. Leżała nieruchomo. W wirującym kurzu migotały tysiące drobnych iskier. Pomyślała z rozbawieniem, że chyba właśnie wpadła do środka promienia słońca. Nie chciała jeszcze wstawać. Świetlisty kurz wirował tylko przez chwilę. Żal, że takich obrazów nie da się zatrzymać na zawołanie.
— Ewuś! Nic ci nie jest?! — dziadek podbiegł przerażony, łapiąc się za głowę.
— No proszę... Pierwszy raz widzę, żeby zboże samo zaczęło zbierać ludzi — roześmiał się na widok Ewy.
— Nic mi nie jest, dziadku! To było niesamowite! — wykrztusiła, wypluwając z ust źdźbło siana.
Wieczorem wracała do domu, cudownie zmęczona, z policzkami rozgrzanymi od słońca. Gdy siadała na ganku z kubkiem świeżego mleka, czuła, że ogarnia ją stan głębokiej harmonii. Otaczały ją dźwięki, które ją uspakajały. Gdakanie kur, pianie koguta, buczenie krów i chrząkanie świnek tworzyły rytm dnia tak bardzo jej bliski. Była blisko natury, która jej nie oceniała.
Przed wyjazdem wzięła szkicownik i farby. Pragnęła zachować choć na papierze tę przestrzeń świetlistą z kurzu, w której było jej tak dobrze.
ROZDZIAŁ XI
Spała lepiej. Znowu malowała. Coraz rzadziej budziła się w nocy z uczuciem lęku. W muzeum znów zaczynała czuć się bezpiecznie. Wracając z magazynu do biura, Ewa usłyszała za plecami głos kolegi Jaśka.
— Przyłączysz się do zespołu sekcji komputerowej, którą tworzę?
Ewa odwróciła się zaskoczona. Przez chwilę nie wiedziała, co odpowiedzieć.
— Słyszałam, że jest to nowatorski projekt, którego nie ma żadne muzeum.
— Tak. Będziemy pionierami w tej dziedzinie — odpowiedział z dumą kolega.
Zgodziła się. Tym sposobem trafiła do elitarnej grupy „wybrańców”. Autorski program napisany przez historyka był tak osobliwy, że Ewie przypominał starożytne pismo. Ten fakt sprawił, że muzeum, zakorzenione w dawnych czasach, nagle wkroczyło w XXI wiek. W celach organizacyjnych każdy dzień rozpoczynał się zebraniem. Ewa uważała ten pomysł za znakomity.
Jednak nie program okazał się najtrudniejszy. Najtrudniejsi byli ludzie.
Ewa przychodziła na kolejne zebrania w nadziei, że wszystkie jej wątpliwości zostaną wyjaśnione. Otwierała notes.
— Jasiek, czy użycie slasha w tym miejscu zmienia zapis w programie?
— Tak, tu masz na kartce wszelkie reguły dotyczące prawidłowego zapisu.
Ewa ucieszyła się. W tym przypadku niczego nie musiała notować.
— Dzięki.
Oczekiwała dalszych dyskusji, zapytań pozostałych współpracowników. Lecz potem ktoś rzucał mimochodem:
— Widzieliście tego konserwatora z drugiego piętra? Kilka osób uśmiechało się porozumiewawczo.
— Chyba znowu kupił marynarkę o dwa numery za dużą. Głośny wybuch śmiechu zaszokował Ewę.
— On zawsze wygląda, jakby ubierał się po ciemku — kontynuował kolega Patryk.
Tym razem rozbawienie wszystkich było tak głośne, że ich złośliwy śmiech poniósł się donośnym echem po długim korytarzu.
Ewa, zafascynowana poznanymi regułami zapisu, od razu postanowiła je sprawdzić. Wycofała się z roześmianego towarzystwa. Usiadła i, wpatrując się w klawiaturę, mozolnie wprowadzała je do programu. Jednak nie zawsze spod jej palców wychodził prawidłowy tekst. Sprawdzała kilka razy... i nic. Podczas następnego zebrania postanowiła ten problem rozstrzygnąć. Siedziała cierpliwie, bo tego ranka ważniejsza była Zosia. Najpierw Ewa słyszała stukot szpilek. Potem w progu gabinetu pojawiała się Zosia — w oszałamiających ciuchach z Ameryki, każdego dnia w innym zestawie. Na jej widok panowie z zespołu milkli z zachwytu, a ona z uśmiechem zajmowała fotel w centrum gabinetu. Ewa już wiedziała, że za chwilę rozpocznie się kolejna porcja plotek. Wszyscy czekali na najnowsze wieści. Kartkę trzymała już przygotowaną. Wiedziała jednak, że najpierw musi poczekać na Zosię. A ona, uśmiechając się zalotnie wygłosiła swym dźwięcznym głosikiem:
— Słuchajcie, nie uwierzycie, co przed chwilą działo się na korytarzu administracji! Aśka z Mariolą szarpały się za włosy i wrzeszczały. Podobno poszło o faceta. Aśka to przecież gruba baba i ona ma jeszcze jakieś urojone ambicje? Gabinet szefa ponownie zalał się falą dzikiego śmiechu, nad którą górował jej własny, perlisty chichot.
— Urojone ambicje, idealnie to ujęłaś! — ryczał Jasiek. Ryk wszystkich i piskliwy chichot zlały się w jedno, niosące się echem po całym bloku. Gdy wszyscy w końcu usiedli, a śmiech ucichł, Ewa wyciągnęła kartkę aby skonsultować z szefem swoje wątpliwości:
— Szefie... tu się coś nie zgadza. Mógłbyś mi to wyjaśnić?
Spojrzał na kartkę.
— Rzeczywiście. Tu jest błąd w instrukcji.
— To się później poprawi — mruknął Jasiek.
— Nie przeszkadzaj. Ale jesteś namolna.
Na kolejnym porannym zebraniu Ewa usiadła na swoim miejscu. Kiedy po raz kolejny usłyszała:
— No dobrze, a teraz posłuchajcie...
Zamknęła notes i wstała. W pokoju zrobiło się cicho.
— Dokąd?
— Mam pracę.
Gdy wychodziła, dobiegły ją słowa:
— Ale z niej dziwoląg.
— Namolna.
— Przecież z niej to taka oferma.
Gdy docierała do swojego pokoju, za plecami wciąż słyszała rechot towarzystwa wzajemnej adoracji. W ustach czuła gorzki posmak. Zamknęła się w swoim pokoju.
Przestała chodzić na poranne zebrania.
Następnego dnia po skończonej pracy wpisała hasło, by uzyskać dostęp do kopii zabezpieczającej dane. Na ekranie pojawił się błąd. Wpisała je drugi raz. Potem trzeci. Jeszcze raz. Niemożliwe... Serce zaczęło mocniej bić. Wstała i poszła do gabinetu szefa z pytaniem:
— Dlaczego nie mogę dostać się do backupu?
— Jestem szefem. Stwierdziłem, że nie musisz go mieć. — wytłumaczył ze zwykłą sobie ironią.
— Nie rozumiem. Dlaczego?! — krzyknęła zaskoczona.
Nie rozumiała. Dostęp do kopii zabezpieczających był przecież podstawą bezpieczeństwa danych. Z goryczą krzyknęła:
— Jaśku, dlaczego zabrałeś mi hasło!
— Budzisz niepokój w zespole. Jesteś niezrównoważoną osobą, zagrażającą bezpieczeństwu sprzętu i zespołu — grzmiał przełożony.
Głośne domaganie się wyjaśnień uznano za „szaleństwo” Ewy. Kierownik opisał jej zachowanie w notatce służbowej. Wezwanie przyszło następnego dnia. Kartka z krótką informacją leżała na jej biurku. Przez kilka godzin nie potrafiła skupić się na pracy. Wiedziała już, że nie idzie na rozmowę, lecz na przesłuchanie. Szła korytarzem, który znała od lat. Tego dnia wydawał się dłuższy niż zwykle. Każdy krok odbijał się od starej posadzki głuchym stuknięciem. Mijała drzwi kolejnych pokoi, unikając spojrzeń współpracowników. Miała wrażenie, że wszyscy już wiedzą.
Otworzyła drzwi. Zanim zdążyła powiedzieć „dzień dobry”, zrozumiała, że wszystko zostało już ustalone. Trzy osoby siedziały po jednej stronie stołu. Krzesło dla niej stało samotnie naprzeciw.
Oprócz naczelnego zobaczyła panią wicedyrektor, pełniącą także obowiązki „czynnika społecznego”, oraz kierownika sekcji komputerowej. Stała w progu. Pot spływał jej po plecach. W uszach narastał jednostajny szum. Na miękkich nogach podeszła do krzesła. Pokój nagle zawirował. Słowa dyrektora dotarły do niej jak przez grubą warstwę filcu, gdy odczytywał notatkę służbową.
— „W dniu... pracownica zachowywała się agresywnie...” — przeczytał spokojnym głosem.
Zamilkł na chwilę, jakby sprawdzał, czy wszyscy nadążają.
— „Swoim zachowaniem wywołała niepokój wśród współpracowników...”
Z każdym kolejnym zdaniem miała wrażenie, że oskarżają zupełnie inną osobę.
— „Przejawiała brak panowania nad emocjami, czym stwarzała zagrożenie dla bezpieczeństwa sprzętu oraz zespołu...”
Zacisnęła dłonie pod stołem. Miała ochotę powiedzieć: „To nieprawda”. Nie odezwała się.
Dyrektor zamknął teczkę. W pomieszczeniu zrobiło się cicho. Nawet zegar na ścianie wybijał sekundy głośniej niż zwykle. Wtedy spojrzał na nią.
— Czy przyznaje pani, że zachowała się agresywnie?
Pokręciła lekko głową, czując, jak łzy bezsilności napływają jej do oczu.
— Nie. Może zbyt głośno domagałam się tylko wyjaśnień i ich nie otrzymałam — wykrztusiła Ewa.
Tam, gdzie przed chwilą był strach, nagle eksplodowała czysta, bezsilna rozpacz. Poczuła, że jeśli teraz zamilknie, już nigdy nie odzyska głosu.
Zacisnęła dłonie na krawędzi stołu i nagle krzyknęła, patrząc mu prosto w twarz:
— Dlaczego mnie tak traktujesz? Co ja ci zrobiłam?
Echo jej okrzyku na dłuższą chwilę zawisło w powietrzu. Naczelny spojrzał na nią zdumiony.
Jasiek patrzył na nią spokojnie, z cieniem zniecierpliwienia. Jakby właśnie potwierdziła wszystko, co napisał w notatce.
Głos wicedyrektorki dochodził do niej jak z oddali.
— Panie dyrektorze, rekrutacja i wdrożenie nowego pracownika byłyby dla nas zbyt kosztowne. Myślę, że lepiej pozostawić panią Ewę na obecnym stanowisku.
— Tak, to prawda, nie stać nas na nowego pracownika do tak trudnego programu, na którym pracuje sekcja komputerowa — zgodził się.
Nie rozumiała już, o czym mówią. Docierały do niej tylko pojedyncze słowa: „rekrutacja”, „wdrożenie”, „koszt”.
Jak zza szyby dotarły do niej jeszcze słowa:
— Pani Ewo, proszę się we wszystkim podporządkować mgr Janowi Krasowskiemu.
Gdy wszyscy zaczęli wychodzić, została sama przy stole. Próbowała wstać. Nogi odmówiły posłuszeństwa. Siedziała nieruchomo, patrząc na puste krzesła. Próbowała nabrać powietrza, ale każdy oddech przychodził z wysiłkiem.
Następnego dnia weszła do sekcji komputerowej i jak zwykle powiedziała:
— Dzień dobry
Przywitało ją milczenie.
Decyzja dyrekcji nie zadowoliła kierownika. Ewa nadal pozostawała w sekcji. Jeszcze tego samego dnia wezwał Ewę do swojego gabinetu.
— Natychmiast proszę przynieść mi dwie karty magnetyczne: wejściowe do naszego wydziału, na korytarz i klucze do bloku.
Zakryła twarz dłońmi i krzyknęła:
— Jeśli nie będę miała kluczy, jak wejdę do bloku, do pracy?
— Od tej chwili nie jest to mój problem. — odrzekł z pogardą.
Po nieprzespanej nocy, wirował w jej w głowie chaos. Przyniosła je i rzuciła Jaśkowi na biurko. Odbiły się od szklanego blatu i z brzdękiem spadły na podłogę.
— Nikt cię nie nauczył kultury? — odburknął złośliwie.
Od tej chwili za każdym razem, rano musiała czekać na pracowników innych biur, by wejść z nimi do budynku.
Zdarzało się, że w mroźny, zimowy poranek widziała przed sobą postać, która szybkim krokiem zmierzała do drzwi wejściowych bloku. Ewa krzyknęła:
— Proszę zostawić mi otwarte drzwi!
Biegła, żeby zdążyć wejść. Nie zdążyła. Drzwi zatrzasnęły się przed jej nosem. Tupała, aby stopy nie zmarzły. Mróz szczypał w policzki, palce w rękawiczkach skostniały, aż przestały boleć. Za plecami mijali ją obojętnie pracownicy idący do swoich biur w innych blokach. Wciąż patrzyła na zegarek. Dopiero po piętnastu minutach nadszedł kierownik archiwum.
— Jak dobrze, że w końcu pan nadszedł. Stoję tu już od piętnastu minut i bardzo zmarzłam.
— Nie ma pani swojego klucza? — zdziwił się.
— Szef mi je odebrał.
— Aaa, przypominam sobie, niestety nie mam na to wpływu — tłumaczył się.
Kiedy zdołała w końcu dostać się do swojego miejsca pracy, archiwistka przyniosła jej partię dokumentów, by wprowadzić je do bazy danych. Spojrzała z niedowierzaniem.
— Przecież to nie są oryginały, tylko fotokopie. Proszę spojrzeć — w niektórych miejscach prawie nic nie widać. Litery rozpływają się. Każde słowo trzeba odgadywać.
— Takie dostałam polecenie — wzruszyła ramionami dokumentalistka.
— Pozostali też dostali fotokopie? — spytała Ewa dławiącym się głosem.
Wychodząc w pośpiechu, kobieta nic nie odpowiedziała.
Tego samego dnia na ekranie komputera zobaczyła komunikat: „Proszę sporządzać codzienny raport z ilości wykonanej pracy.”. Wyznaczony zakres danych był tak duży, że trudno było wprowadzić go w ciągu ośmiu godzin.
Ewa wzięła do ręki lupę i z mozołem próbowała odgadnąć zlewające się litery. Przechylała kartkę pod różnymi kątami, próbując odczytać zapis. Włączyła lampkę, lecz papier fotograficzny błysnął jej w oczy, aż podskoczyła i strąciła z biurka lupę.
— Przecież tego nie da się przeczytać...
Policzyła ilość zadanych jej rekordów do wprowadzenia w pamięć komputera i popłynęły jej łzy bezradności.
Nazajutrz, ogromnym wysiłkiem, znów przyszła do pracy.
Po wpuszczeniu jej do bloku przez pracowników innych biur, zastała zamknięte drzwi do sekcji komputerowej. Usiadła bezradnie w fotelu pod oknem. Mijali ją obojętnie pracownicy z innych wydziałów, aż kierownik archiwum zauważył:
— Znowu wszyscy gdzieś wyjechali... .
— Jak widać, moim miejscem pracy jest korytarz.
— Niestety nic na to nie poradzę — próbował się tłumaczyć mężczyzna.
Co kilka minut wzdychała ciężko. Patrzyła bezmyślnie w jeden punkt. Poczuła, jak żołądek kurczy się w ciasny, bolesny supeł, wywołując mdłości. Ciągle zerkała na ścienny zegar, którego wskazówki poruszały się w ślimaczym tempie.
— Co tu pani robi na korytarzu? — zainteresował się Adam z działu naukowego.
— Czekam na godzinę piętnastą aby iść do domu — odpowiedziała cicho Ewa.
Każde nowe upokorzenie odbierało jej coś, co wcześniej uważała za oczywiste. Najpierw zaufanie, potem możliwość obrony, w końcu zwykłe prawo wejścia do własnego miejsca pracy. Najbardziej męczyła ją nie złośliwość przełożonego, lecz to, że nie umiała znaleźć żadnego logicznego wyjaśnienia. Gdyby popełniła błąd, mogłaby go naprawić. Ale nie wiedziała, za co właściwie jest karana.
Gubiła okulary. Ręce drżały jej nad klawiaturą, wciąż się myliła. Na każde „dzień dobry” odpowiadało jej milczenie.
W nocy budziła się z uczuciem, że nie spała. Przestała wierzyć sobie.
Rodzina miała dla niej jedną radę: „Jak weszłaś między wrony, kracz tak jak i one”.
Przez tydzień leżała bez ruchu. Patrzyła w sufit i miała wrażenie, że życie zatrzymało się gdzieś obok niej. Nie płakała. Była zbyt zmęczona nawet na to. Nie zauważyła nawet, kiedy przestała malować. Wieczorami nie miała już siły czytać ani słuchać radia. Cały wysiłek wkładała w to, żeby następnego dnia znów wejść do muzeum. W końcu nie miała już siły walczyć. Wróciła do jedynego miejsca, w którym kiedyś czuła się naprawdę bezpieczna — na wieś, do dziadków.
ROZDZIAŁ XII
Nadszedł dzień, w którym Ewa bez większego namysłu wzięła urlop, spakowała walizki i wyjechała na wieś.
Obudziła się, gdy w pokoju panował jeszcze gęsty, lodowaty chłód. Każdy oddech zmieniał się w parę, a spod wielkiej pierzyny wystawał tylko czubek nosa. Przez chwilę nie miała odwagi wysunąć spod pierzyny nawet stóp. Po chwili rozszedł się zapach palonego w piecu drewna i poczuła stopniowo rozchodzące się zbawienne ciepło. Z oddali słychać było pianie koguta i gdakanie kur. Dziadek w kufajce i gumofilcach przyniósł już ze źródła dwa wiadra wody. Postawił je w sieni i otarł pot z czoła. Droga do źródła była niełatwa, pełna dziur i błotnistych kolein. Od gorących kafli pieca biło ciepło, podczas gdy woda była lodowata. Gdy Ewa zanurzyła dłonie w wodzie odskoczyła, a gęsia skórka pokryła jej całe ciało. Dziadek roześmiał się:
— To nie kranówka z bloku, Ewunia. To żywa woda.
Babcia zdjęła z gorącego pieca ogromny garnek, z którego roznosił się słodki zapach mleka.
— No, Ewa, zostaw tę wodę, bo ci palce odpadną, i siadaj do stołu — zawołała.
Babcia z niesamowitą zręcznością zrywała z ciasta małe kluseczki i wrzucała na wrzątek. Chwilę później na drewnianym stole wylądował głęboki talerz pełen parującej zacierki. Nad talerzem unosiła się gęsta firanka pary. Gorąca zacierka w mleku szybko rozeszła ciepłem po całym jej ciele.
Ewa ubrała gumowce o trzy numery za duże, tak bardzo chciała wyjść na podwórko. Słońce było już wysoko, a dni stawały się coraz dłuższe. Podwórko tętniło wiejskim chaosem. W wyschniętych miejscach pojawiła się trawa, w której grzebały kury. Pod ścianą obory kot rozciągał się leniwie. Słychać było pomrukiwanie świnek i ciche buczenie krów. Powietrze pachniało wilgotną ziemią i topniejącym śniegiem. To chwila, gdy natura budzi się z zimowego snu, a pierwsze ciepłe promienie zwiastują rychłą wiosnę. Ewa człapała przez podwórko, gubiąc stopy w wielkich gumowcach, które przy każdym kroku głośno mlaskały w błocie. Każde wdepnięcie w głębokie, błotniste kałuże przynosiło jej ogromną frajdę. Kiedy tak brnęła w błocie, usłyszała rozbawiony głos dziadka, który stał nieopodal, oparty o płot:
— Ewuś, jesteś miastowa. Rąbanie drewna to dla twoich delikatnych dłoni ciężka praca?
— Dziadku, dam radę! — fuknęła i podbiegła do pieńka, przy którym leżała siekiera.
— No dobrze, tylko palców nie poucinaj — zaśmiał się pod wąsem.
Ewa zamachnęła się i z całych sił uderzyła w pniak. Ostrze odbiło się z głuchym stukotem, zostawiając na korze zaledwie płytką rysę.
— Widzisz? Sosna ma twarde sęki. Trzeba wiedzieć, gdzie uderzyć.
— Dziadku, naucz mnie.
— No dobrze, miastowa, to patrz uważnie — powiedział poważniejszym tonem.
— Po pierwsze postawa. Nie stój złączonymi nogami, bo stracisz równowagę.
Ewa posłusznie rozstawiła nogi na szerokość ramion.
— Lepiej — skinął dziadek głową.
Ewa posłuchała wskazówek dziadka, wzięła głęboki oddech i mocno zacisnęła dłonie na drewnianym trzonku. Wbiła wzrok w niewielkie pęknięcie na środku nowego pniaka.
— Spokojnie, bez pośpiechu — powiedział dziadek, stojąc o krok z tyłu.
Uniosła siekierę nad głowę. Zamachnęła się, wykorzystując ciężar całego ciała. Ostrze trafiło idealnie w sam środek szczeliny. Kloc drewna z głośnym stukotem pękł na dwie części, które potoczyły się w błoto. Ewa zamarła na chwilę, patrząc na swoje dzieło z szeroko otwartymi oczami, po czym podskoczyła z radości.
— Udało się! Dziadku, widziałeś?! Rozłupałam — zawołała, promieniując dumą.
— No, no! Może i miastowa jesteś, ale krew nie woda, genów nie oszukasz — zaśmiał się poklepując ją po ramieniu.
— Jutro bierzemy się na poważnie do rąbania drewna — dodał z udawaną powagą.
Ewa uśmiechnęła się, ale czuła się już zmęczona nietypowym wysiłkiem. Szła wydeptaną ścieżką wzdłuż zagajnika. Za plecami został stuk siekiery i gdakanie kur. Przy potoku słychać było tylko szemrzącą wodę. Zatrzymała się na jego skraju, tam gdzie ziemia była najbardziej wilgotna, i kucnęła nieomal tracąc równowagę. Jej wzrok przyciągnęły wiosenne kwiaty, maleńkie białe przebiśniegi. Nie mogąc ich sfotografować, złożyła dłonie w ramkę, udając obiektyw aparatu, mrużąc jedno oko. Przez chwilę poprawiała kadr, przesuwając go o kilka centymetrów, aż objął także połyskującą wodę potoku. Nie przyszło jej nawet do głowy, że błoto ochlapało gumowce i dół spódnicy. Ten kadr był właściwy. Obraz przebiśniegów zatrzymała w pamięci. Nie potrzebowała aparatu. Wystarczyło, że go zobaczyła. Choć gumowce ciążyły i zsuwały się z nóg, nie ruszała się jeszcze przez chwilę. Stała pośród budzącego się do życia świata. Wraz z tym nastrojem powróciła do pracy przy komputerze.
ROZDZIAŁ XIII
Od kilku miesięcy każdy dzień wyglądał podobnie.
Dzień za dniem, cierpliwie siadała z lupą w dłoni i pochylała się nad błyszczącymi fotokopiami.
Odbijające się światło zmuszało ją do nieustannego zmieniania kąta patrzenia, zanim rozszyfrowała kolejne litery.
Przesuwała palcem po śliskiej powierzchni fotokopii. Nagle zatrzymała go.
Nagle zauważyła, że początek kolejnych zapisów powtarza się niemal słowo w słowo. Sprawdziła jeszcze kilka kolejnych kart. Schemat powtarzał się bez wyjątku.
Wystarczyło raz przepisać najlepiej zachowany fragment, a potem kopiować go do kolejnych rekordów.
— Przecież tę partię tekstu mogę zapisać w Wordzie jako gotowca, a potem tylko metodą „kopiuj–wklej” przenosić do komputera — pomyślała z ulgą.
Dzięki temu narzuconą liczbę rekordów wykonywała w cztery godziny zamiast przez cały dzień. To odkrycie spowodowało, że miała czas na powolne czytanie dokumentów.
Coraz bardziej rozumiała, że każdy dokument jest próbą ocalenia czyjegoś istnienia przed zapomnieniem. Może dlatego tak bolało ją, gdy inni próbowali wymazać ją z zespołu. Dokumenty stały się dla niej ważniejsze niż rechoczące głosy zza ściany. Przestała poświęcać im uwagę.
Czasem otwierała szufladę i wyjmowała album Krzysztofa. Czytała dedykację: „Nie szukaj w sobie tego, co widzą inni. Spróbuj zobaczyć to sama”. Wtedy przed oczami znów pojawiał się obraz przebiśniegów.
Z miesiąca na miesiąc odzyskiwała spokój. Całą uwagę skupiała na pracy, która, która mimo wszystkiego stała się jej pasją. Wracały siły. W pewnym momencie uświadomiła sobie, że powtarzająca się w dokumentach parafka może mieć znaczenie historyczne. Nie potrafiła jednak przypisać jej do konkretnej osoby.
Zeskanowała wszystkie nieczytelne podpisy.
Znajomy historyk, już na emeryturze, często przesiadywał w kafejce niedaleko muzeum. Ewa po pracy, idąc do domu weszła do niej i ku swojej radości zobaczyła go. Siedział jak zwykle przy swoim stoliku z filiżanką kawy.
— Dzień dobry panie profesorze!
Usiadła naprzeciwko, jak robiła to już nieraz.
— Dzień dobry. Widzę w pani oczach jakiś błysk — odpowiedział zadowolony, że już nie siedzi sam.
— Przeczytałam pana doskonały przewodnik po muzeum, moje gratulacje.
— Dziękuję młoda damo, ale coś mi się wydaje, że przyszłaś do mnie z problemem.
Jak zwykle odczytał jej zamiary, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć.
— Tak — roześmiała się Ewa.
Obok filiżanki położyła kartkę ze zeskanowanymi parafkami.
— Jestem przekonana, że profesor wie, która z nich do jakiej osoby należy.
Starszy pan założył okulary w rogowej oprawie. Nie przyglądał się długo.
— Pierwszy raz ktoś się z tym problemem do mnie zgłasza.
Spojrzał na Ewę, przechylając głowę tak mocno, że okulary zsunęły mu się na czubek nosa.
— Naprawdę? — zdziwiła się.
Profesor wyciągnął z teczki swoje markowe pióro i obok każdej „fajki”, czytelnie przypisał konkretne imię i nazwisko.
— Rozumiem, do czego są pani potrzebne, ale... dlaczego inni nie pytają?
— Nie wiem panie profesorze.
Uśmiechnęła się z wdzięcznością.
— Bardzo panu dziękuję. Ogromnie mi pan pomógł.
Profesor skinął głową.
— Powodzenia.
Idąc w stronę domu, pomyślała, że historia bywa przewrotna. Ona sama każdego dnia ratowała od zapomnienia nazwiska obcych ludzi, podczas gdy ktoś uparcie próbował wymazać ją z pamięci własnego zespołu. Tym razem jednak ta myśl nie zabolała. Liczyło się tylko to, że wykonała swoją pracę dobrze.
Wreszcie projekt digitalizacji dobiegł końca i nadszedł czas podsumowania pracy całego zespołu.
Drzwi jej pokoju uchyliły się gwałtownie.
— Szef kazał wszystkim przyjść.
Ewa uniosła wzrok znad dokumentów.
— Wszystkim?
— Wszystkim.
Z wielką niechęcią zatrzymała się o pół kroku za progiem gabinetu. Wszyscy już tam byli. Nikt nie siedział.
W pokoju panowała taka cisza, że Ewie aż dźwięczało w uszach.
Jasiek siedział za biurkiem z kartką w dłoni. Twarz miał nienaturalnie czerwoną. Patrzył na zespół w milczeniu.
— Waldek! Gdy zobaczyłem twoje wyniki, to mi ręce opadły!
Jasiek trzęsącymi się rękami uderzył w blat biurka.
Ku swojemu zdziwieniu zauważyła, że gniewnym wzrokiem omiótł wszystkich... oprócz niej.
— Ja?! — oburzył się głośno, stojąc, wyprężony jak struna z piersią wysuniętą do przodu.
— To niemożliwe. Jeszcze raz przelicz wyniki, ja napisałem dobrze.
— Czy ty masz pojęcie, jak działa liczenie komputerowe? — To nie ja sobie wymyśliłem. Tak wyliczył komputer — warknął.
Po pokoju przebiegło nerwowe poruszenie. Jedni spuścili wzrok, inni zacisnęli pięści, ktoś nerwowo przełknął ślinę.
— A ty Zosieńko? Tylko 50%! — wrzasnął już bez opamiętania, wymachując kartką z wynikami.
Zosia z wdziękiem zamrugała rzęsami i ułożyła usta w serduszko.
— Ja? Naprawdę? To niemożliwe — zaćwierkała swym wdzięcznym głosikiem, poprawiając mankiet swojej ślicznej bluzeczki.
Ewa omal się nie uśmiechnęła.
Szef zacisnął usta. Przez chwilę wyglądał, jakby próbował się opanować. Bezskutecznie.
— Wszyscy jesteście kompromitacją!
— Nie wszyscy, Ewa napisała najwięcej. I bezbłędnie. Tylko ona nieczytelne podpisy rozszyfrowała — dodał już ciszej.
Nie poczuła satysfakcji. Odruchowo spuściła wzrok. Czuła tylko nieprzyjemny ciężar. Wiedziała już, że właśnie przestała być niewidzialna.
Na twarzach zgromadzonych w pokoju Ewa dostrzegła niedowierzanie i lodowate spojrzenia, jakby była winna ich upokorzenia. Waldek zacisnął usta. Zosia przestała się uśmiechać.
Zapadła cisza.
Wszyscy zaczęli wychodzić, potrącając stojącą w progu Ewę.
— Teraz sobie nas upatrzył! Z żoną się pokłócił i gdzieś musi się wyładować.
Jeszcze tego samego dnia, do pokoju Ewy weszła niemal bezszelestnie pani sprzątająca.
— Ale u was wrze. Co się stało? — zapytała z zaciekawieniem.
— Długo, by opowiadać...
W korytarzu, co chwilę głośno trzaskały drzwi. Słychać było nerwowe rozmowy.
— U was dziś aż strach wchodzić. Kierownik polecił mi pani przekazać tę małą paczkę.
— Dziękuję pani — odpowiedziała zdziwiona.
Kobieta spoglądała na Ewę wyczekująco, lecz nie doczekawszy się wyjaśnień, wyszła.
Bez pośpiechu otworzyła paczkę, a tam zadźwięczały wszystkie klucze do drzwi wejściowych.
— Łaskawca — pomyślała.
Nie był to jednak koniec niespodzianek.
Podczas podpisywania się na liście obecności, usłyszała głos kadrowej.
— Pani Ewo, proszę nie wychodzić. Zapraszamy do biura.
— Proszę tu podpisać — podsunęła jej dokument.
— To dla mnie? Aż tyle? — zaskoczona Ewa spojrzała na urzędniczkę.
— Tak. Ma pani podwyżkę i najwyższą możliwą premię — powiedziała uroczystym tonem.
Jeszcze długo nie mogła oderwać wzroku od podpisanego dokumentu.
Wróciła do biura oszołomiona. Pieniądze nie potrafiły wymazać pamięci.
Na korytarzu, gdy mijała szefa, usłyszała:
— Ewa, organizuję nowy zespół do pracy na zlecenie. Można na tym dobrze zarobić. Wybieram najlepszych. — Zapraszam do nowego zespołu.
Ewa spojrzała na niego obojętnie. Nie odpowiedziała. Poszła dalej.
Niedługo potem wydarzyło się coś, czego zupełnie się nie spodziewała.
Kiedy szef przyszedł z kwiatami, by ją przeprosić, powiedziała:
— Kwiaty przyjmuję. Ale proszę zachować ode mnie metr odległości.
ROZDZIAŁ XIV
Po latach napięcia postanowiła wyjechać nad Bałtyk, żeby choć na chwilę odpocząć. Przyjęła zaproszenie kuzyna Adama, milicjanta z Sopotu. Ogród kuzyna przywitał ją ciężkim zapachem róż i azalii. Powietrze było nieruchome. A gdzieś dalej, pod tym wszystkim, pulsowała obecność morza — chłodna i słona. Mimo zmęczenia niemal od razu pobiegła na plażę. Trójmiasto wciągało ją powoli. Był zapach smażonych ryb, wilgotne powietrze starych uliczek i ogrody Sopotu, w których czas zdawał się zapadać w sen. Siadywała w kawiarni „Alga” i patrzyła. Ludzie byli jak opowieści — wystarczyło słuchać fragmentów, by dopowiadać resztę. Śmiali się, kłócili, milczeli obok siebie. Patrzyła na nich jak na kadry ze światłocieniami. Oczami wyobraźni robiła im zdjęcia. Ona pozostawała na granicy tego świata. Niewidzialna, ale obecna.
Idąc ulicą Monte Cassino, natknęła się na plakaty zapowiadające wystawę w Krakowie, zatytułowaną „Venus”. Jej myśli natychmiast wróciły do Krzysztofa i jego propozycji. Obiecała sobie, że po powrocie do domu zainteresuje się tym tematem.
Gdy zbliżał się czas powrotu, coraz częściej widziała kuzyna nerwowo dyskutującego z kimś przez telefon.
Gdy pakowała walizki, głos Adama wyrwał ją z zamyślenia.
— Zapraszam cię na pożegnalną kolację.
— Tak po prostu?
Zawahał się.
— Przy okazji wyświadczysz mi drobną przysługę. Niczego od ciebie nie chcę. Po prostu bądź przy mnie.
— Serio?
— Gdzie?
— Niespodzianka.
Na łóżku czekały rzeczy, które wyglądały, jakby należały do kogoś innego. Sukienka, buty na obcasie, kapelusik, kosmetyki. Czuła się jak Kopciuszek. Kiedy się ubrała, zobaczyła w lustrze, że jej dziewczęce ciało nagle przestało być przezroczyste. Po raz pierwszy zobaczyła w nim kobiecość. Dotknęła odbicia opuszkami palców, sprawdzała, czy naprawdę patrzy na siebie. Zakręciła piruet i roześmiała się sama do siebie.
— Ewa… wyglądasz rewelacyjnie — powiedział Adam cicho.
Zatrzymał ją przed drzwiami.
— Jedna prośba. Nie oddalaj się ode mnie bardziej niż na kilka kroków. Gdybym na chwilę zniknął, zostań przy stoliku. I nie rozmawiaj z nikim.
Spojrzała na niego zdziwiona.
— To jakiś żart?
— Nie. Po prostu mi zaufaj.
Lokal uderzył ją natychmiast — światło, zapachy i głosy napierały na nią ze wszystkich stron. Zatrzymała się w pół kroku. Zadygotała. Głosy i spojrzenia mężczyzn zaczęły ją osaczać. Nie wiedziała, gdzie podziać ręce. Odwróciła wzrok, ale to nic nie zmieniło. Jeden z nich uniósł w jej stronę plik banknotów. Gest był szybki, pewny. Na początku nie zrozumiała, co widzi. Dopiero po sekundzie gardło ścisnęło się nagle. Miała wrażenie obcości własnego ciała. Coś ostro uszczypnęło ją w ramię. Podskoczyła i odwróciła się gwałtownie. Tuż za nią stały dwie kobiety o mocno umalowanych twarzach.
— Zgubiłaś adres? — syknęła jedna z nich.
Druga zmierzyła Ewę od stóp do głów.
— Tutaj już nie ma dla ciebie miejsca.
Ewa cofnęła się o krok. Nie rozumiała, o czym mówią. Adam nagle zesztywniał. Spojrzał ponad jej ramieniem.
— Zostań tutaj. Zaraz wracam.
Nie czekał na odpowiedź.
Podszedł do kobiet i powiedział coś cicho. Jedna wzruszyła ramionami, druga wskazała Ewę. Adam mówił spokojnie, ale stanowczo. Po chwili kobiety odeszły kilka kroków, rzucając Ewie pogardliwe spojrzenia. Dopiero wtedy rozejrzał się dyskretnie po sali, jakby kogoś szukał. Skinął ledwie dostrzegalnie głową w stronę mężczyzny siedzącego przy barze i ruszył między stoliki. Po chwili zniknął w tłumie.
Ewa została sama. Czas nagle przestał płynąć. Wrócił, ale nadal nie mogła rozluźnić zaciśniętych dłoni.
— To „mewki”. Pomyślały, że przyszłaś odbierać im klientów.
— Adam... muszę wyjść.
Jej głos drżał.
— Nie wytrzymam tutaj.
Spojrzał na nią przepraszająco i skinął głową.
— Dobrze. Jedziemy.
W samochodzie czuła w ustach gorzki smak.
Adam długo siedział w milczeniu.
— Powinienem ci powiedzieć wcześniej.
Ewa podniosła wzrok.
— Nie zaprosiłem cię tylko na kolację. Prowadziliśmy tam obserwację. Samotny od razu zwróciłbym uwagę. Z kobietą u boku wyglądałem jak każdy inny gość.
— Więc byłam przynętą?
— Nie. Alibi. Mężczyzna z elegancką kobietą nie zwraca uwagi. Samotny milicjant już tak.
— A te kobiety...
— "Mewki". Kiedy zaczęła się akcja, pomyślały, że jesteś jedną z nich. Dlatego weszły na ciebie.
— Myślałem tylko o zatrzymaniu tamtego człowieka. Nie przewidziałem, co przeżyjesz. — Wyjeżdżasz jutro. Nikt cię tu nie zna. Powinienem był przewidzieć, że to dla ciebie będzie czymś zupełnie innym niż dla mnie. Ja widziałem sytuację. Ty znalazłaś się w środku.
Ktoś pożyczył jej na ten jeden wieczór cudzą twarz i kazał uwierzyć, że naprawdę do niej należy.
ROZDZIAŁ XV
Zima nie chciała ustąpić miejsca wiośnie. Od sopockiego wyjazdu minęło zaledwie kilka miesięcy. Tak jak postanowiła w Sopocie, udała się do czytelni biblioteki, by odszukać informacje o wystawie „Venus”. Odnalazła czasopisma z fotografiami Krzysztofa. Sięgnęła po katalog jego prac. Z kart patrzyły profesjonalne modelki, piękne i pewne siebie. Własne odbicie w lustrze wydawało się przy nich kruche. Dopiero po chwili dostrzegła, jak wiele tej doskonałości należało do światła i kadru. Przypomniała sobie słowa Krzysztofa „Jesteś kimś, kogo nie muszę wymyślać.” Po raz kolejny wyjęła z szuflady fotografię zrobioną w Jamie Michalika. Tym razem nie szukała już własnego odbicia. Analizowała światło, kadr i kompozycję.
Pewnego dnia Ewa otrzymała list od Krzysztofa w niebieskiej kopercie, w którym napisał między innymi:
„Pamiętasz nasze rozmowy i twoje pełne obaw wahania? Chcę cię zapewnić, że projekt „Venus” nie ma nic wspólnego z prowokacją, a ty jak mało kto wyczuwasz kadry. Ile razy mam ci to powtarzać?”
Ewa na moment zadumała się. Niebieska koperta. Ten sam kolor.
To wspomnienie pociągnęło za sobą inne.
Wśród koleżanek wyglądała na znacznie młodszą, więc często zostawała z boku, bardziej przy książkach niż w zabawie. Czytała dużo — wszystko, co wpadało jej w ręce: fantastykę, wiersze, trochę filozofii, a czasem teksty francuskich piosenek drukowane w gazetach, których sens dopowiadała sobie sama. W domu nadal była „Ewunią”. Miała czternaście lat, ale nikt nie mówił o niej inaczej.
Polonistka
patrzyła na nią z rezerwą. Taka cicha, delikatna, niepozorna.
Zdarzało się, że przy wypracowaniach pytała:
— Kto ci
pomagał w domu?
Ewa spuszczała wzrok. Nikt jej nie wierzył, że pisze sama. Dlatego wysłanie pracy na konkurs było dla niej czymś więcej niż szkolnym zadaniem. Chciała tylko, żeby ktoś wreszcie zobaczył, że potrafi.
Dwa tygodnie później przyszedł list. Niebieska koperta z pieczątką redakcji. Pierwszy list w życiu zaadresowany do niej samej.
List odebrała ciocia Emma.
— Do ciebie? — zdziwiła się, obracając kopertę w palcach. — Co to za list?
— To z konkursu… — powiedziała Ewa cicho.
Emma
zmrużyła oczy.
— Z jakiego konkursu?
— Wysyłałam opowiadanie.
Ciotka
westchnęła.
— Dziecko, skąd ty w ogóle takie rzeczy bierzesz
do głowy.
Cofnęła się z listem do kuchni.
— Ciociu, to do mnie — Ewa zrobiła krok za nią. — Proszę, oddaj.
— Spokojnie, spokojnie — odpowiedziała ciotka. — Zaraz zobaczymy, co to za sprawa.
W jej głosie nie było złości, raczej przekonanie, że trzeba sprawę wyjaśnić i nie robić zamieszania.
Ewa stała bez ruchu.
— Oddaj mi… — powtórzyła ciszej.
Emma już nie słuchała. Otworzyła kopertę przy stole.
— No proszę… — mruknęła. — Rzeczywiście coś przysłali.
Ewa poczuła, jak robi jej się gorąco.
— Mogę zobaczyć?
— Poczekaj, zaraz przeczytamy razem — odparła ciotka.
Ewa cofnęła się o krok.
— To moje…
Emma
spojrzała na nią uważniej.
— Nie denerwuj się tak. Siadaj.
W głosie miała ton, który nie dopuszczał sprzeciwu.
Dziewczynka nie usiadła.
Ciotka schowała list do szuflady.
— Żeby się nie zapodział — powiedziała spokojnie. — Wieczorem go obejrzymy.
Ewa nie odpowiedziała. Wyszła do pokoju i zamknęła drzwi. Przez chwilę stała nieruchomo, nie wiedziała, co powinna zrobić dalej.
Z kuchni dochodziły zwykłe domowe dźwięki: szklanki, woda, kroki. Rozmowy cioci z wujkiem.
— Ewa! Na obiad! — zawołała ciotka. — Rosół stygnie.
Nie odpowiedziała.
Dopiero po chwili Emma zajrzała do pokoju.
— Co ty się tak zamykasz? Chodź, zjesz coś.
Dziewczynka podniosła się powoli. W gardle miała sucho.
Przy stole siedziała bez apetytu. Ciotka pokiwała głową.
— Trzeba jeść. Jesteś taka drobna, że wiatr cię porwie.
Spróbowała kilku łyżek rosołu, ale zaraz odsunęła talerz.
— No widzisz — westchnęła Emma. — Znowu nic.
— Trzeba będzie cię dokarmić.
Wstała, podeszła do niej i bez pytania zaplotła jej włosy w dwa warkoczyki, przewiązując je kokardkami.
— Taka jesteś chuda… trzeba o ciebie dbać — powiedziała. — Nie można tak zostawiać jedzenia, bo się człowiek osłabi.
Ewa siedziała nieruchomo.
Wieczorem jeszcze kilka razy wracała pod drzwi pokoju ciotki.
— Proszę… oddaj list — mówiła cicho.
— Daj spokój, dziecko — odpowiadała Emma zza drzwi. — Nie rób z tego histerii.
Nigdy więcej nie zobaczyła niebieskiej koperty.
Przesunęła palcami po niebieskiej kopercie od Krzysztofa. Tym razem nikt jej nie zabrał, mogła przeczytać każde słowo. Pierwszą niebieską kopertę ktoś otworzył za nią. Tę otworzyła sama.
Zamknęła list i przez dłuższą chwilę siedziała bez ruchu. Przypomniała sobie tamtą dziewczynkę stojącą pod drzwiami pokoju ciotki z prośbą o oddanie niebieskiej koperty. Nie pamiętała wtedy złości. Bardziej pamiętała bezradność. Tamten list nie był jedyną rzeczą, którą jej odebrano. Przez lata inni decydowali, co wolno jej czytać, kiedy ma jeść, jak ma wyglądać i kiedy może być samodzielna. Tak długo traktowano ją jak dziecko, że sama przestała pytać, czy ma prawo dorosnąć.
Zrozumiała, że przed obiektywem nie musi być biernym przedmiotem. Może współtworzyć zdjęcie.
Wieczorem Ewa słuchała swojej ulubionej audycji radiowej red. Anny Pilskiej, gdy rozległ się dzwonek telefonu.
— Cześć — rozpoznała niepewny głos Krzysztofa.
— Minął już chyba rok, odkąd ostatni raz dzwoniłeś. Słyszałam, że o „Venus” zrobiło się głośno.
Toczyły się często zaciekłe dyskusje dotyczące kontrowersyjnej wystawy. Widziała nagłówki gazet pełne zachwytu jak i oburzenia.
— Tak. Nabrała takiego rozpędu, że jest szansa na kolejną edycję. Dzwonię właśnie w tej sprawie — powiedział niezdecydowanym głosem.
Zgasiła radio i usiadła bliżej aparatu telefonicznego.
— Czy twoja decyzja uczestniczenia w tym projekcie jest nadal aktualna? — zapytał.
Tym razem nie odłożyła słuchawki, żeby zyskać na czasie. Przypomniała sobie aforyzm Leca: „Purytanie powinni nosić dwa listki figowe na oczach”.
— Kiedy zaczynamy sesje zdjęciowe?
Na drugim końcu linii zapadła cisza.
— Myślałem, że będziesz się wahać — powiedział w końcu Krzysztof. — Przez cały czas.
Ewa nie odpowiedziała od razu.
— Nie — powiedziała spokojnie. — Już nie.
W słuchawce słychać było tylko jego oddech.
ROZDZIAŁ XVI
Przygotowanie ostatniej edycji „Venus” trwało niemal rok. Przez ostatnie miesiące łapała się na tym, że nie patrzy już na świat — tylko go kadruje.
Wiosną, pół roku później, zjawiła się w studiu Krzysztofa.
Dopiero gdy zamknęły się za nią drzwi, uświadomiła sobie, że naprawdę tu przyjechała. Przestrzeń bardziej przypominała mieszkanie niż atelier — nie było w niej nic, co od razu wskazywałoby, gdzie zaczyna się praca. Kiedy Ewa zgadzała się na udział w projekcie, wszystko wydawało jej się odległe i niemal abstrakcyjne. Dopiero tutaj wszystko wydało się realne. Po wspólnym obiedzie, zwiedzaniu obszernego studia i długich rozmowach za oknami zapadł zmierzch. Ewa była zmęczona, a Krzysztof krzątał się wokół niej, dopytując o drobiazgi. W jednym z pokojów przygotował dla niej miejsce do spania. Tego wieczoru została sama. Fotografik wrócił do swojego mieszkania, do rodziny.
Czuła swoje ciało jak ciężar. Po kąpieli owinęła się szczelnie kołdrą. Leżała długo, nasłuchując ciszy. Przez chwilę wsłuchiwała się w tykanie zegara, czekając na kolejną bezsenną noc. Tym razem jednak sen przyszedł niemal natychmiast.
— Pobudka! Już po dziesiątej. — usłyszała przez sen wesoły głos Krzysztofa.
Gdy się rozbudziła i usiadła, zobaczyła przed sobą tacę ze śniadaniem.
— Co za pyszności!
— Musiałem jakoś uczcić twoją decyzję. Nie sądziłem, że się zgodzisz.
Z przyjemnością sięgnęła po grzanki, świeże rogale i kawę. Krzysztof, nic nie mówiąc, siedział naprzeciwko i jej się po prostu przyglądał.
— Już mierzysz we mnie światłomierzem? — zażartowała.
— Prawie — odparł.
Kiedy szła do łazienki, usłyszała uśmiechnięty głos fotografa.
— Czujesz, jak tu ciepło? — zapytał. — Wszystko jest już przygotowane.
Po chwili wróciła boso, jeszcze z wilgotnymi włosami po kąpieli. Trzymała w dłoni narzucony cienki szlafrok. Tym razem przed obiektywem nie miał stanąć muzealny przedmiot, lecz ona sama. Rozejrzała się wokół. W studiu było tak cicho, że słyszała własny oddech. Szła ostrożnie, na palcach, trochę skulona. Weszła na podest między lampami. Przez sekundę miała wrażenie, że jest tu zupełnie sama. Zacisnęła dłonie na pasku szlafroka. Mrużąc oczy dostrzegła fotel otoczony lekkimi tiulami. Usiadła wygodnie. Gdy poprawiała włosy szlafrok osunął się obok. Nie podniosła go. Było ciepło i miękko. Oparła się głębiej o fotel. Palce same odnalazły rąbek tiulu i zaczęła powoli wachlować nim twarz, gdy usłyszała kliknięcie aparatu i radosny głos Krzysztofa.
— Nie zamierzałem jeszcze robić zdjęcia — powiedział. — Ale kiedy uniosłaś tiul, zobaczyłem gotowy kadr. Odruchowo nacisnąłem spust.
Pierwszym odruchem Ewy było sięgnięcie po szlafrok. Ostatecznie jednak tego nie zrobiła. Odwróciła głowę w stronę aparatu.
— Odbitka wyjdzie z polaroida. Za minutę, może dwie, ją zobaczymy — powiedział z napięciem.
Oboje wstrzymali oddech i czekali.
— Spójrz, jak światłocień idealnie podkreśla linię bioder i delikatną fakturę skóry, a ruch ręki z tiulem sprawia, że twarz niemal znika w półprzezroczystej warstwie materiału! — wykrzyknął podekscytowany.
— O mój Boże... — szepnęła.
Kąciki jego ust uniosły się powoli.
— I po co były te wszystkie tygodnie, lata niepewności i bicia się z myślami? Zbyt dużo nerwów cię to kosztowało.
— Wiesz, dlaczego tak długo się bałam?
— Dlaczego?
— Bo przez całe życie miałam wrażenie, że inni ludzie wiedzą lepiej ode mnie, kim jestem.
By rozładować nagłą nostalgię Krzysztof zapytał:
— Jakiej
muzyki lubisz słuchać?
— Słuchasz Charles’a Aznavoura?
—
O! Nie mam jego płyt, ale zdobędę. Mam za to muzykę klasyczną.
Może być?
— Może.
W tym momencie w studiu rozległy się romantyczne kompozycje Chopina.
Patrząc na zdjęcie z polaroida, Ewa zanurzyła się w fotelu i dźwiękach muzyki. Dopiero po słowach Krzysztofa uświadomiła sobie, że od dwóch godzin szlafrok leży obok fotela.
— Dzisiaj nie mieliśmy próbnych zdjęć. Sprowokowałem cię, żebyś oswoiła się z miejscem pracy. — Przy okazji okazało się, jak świetnie dajesz sobie radę przed obiektywem.
Dzień zwieńczyli obiadem w luksusowej restauracji. Po południu Krzysztof musiał już wracać do swoich obowiązków. Obiecał synowi wycieczkę rowerową. Tymczasem Ewa wróciła do pustego mieszkania-studia. Rozglądając się po obszernej kuchni, pełnej zapasów jedzenia, znowu zupełnie zapomniała, że przyjechała tu jako modelka.
Kiedy została sama, wróciła do atelier. Narzuciła na ramiona transparentny tiul i przez chwilę obserwowała w lustrze, jak światło rzeźbi jej sylwetkę. Nie szukała już siebie. Szukała kadru.
Wreszcie nadszedł moment, by rozpocząć sesję zdjęciową. W studiu wszystko było już gotowe. Weszła między reflektory i nie mogła powstrzymać uśmiechu. Stanęła obok fotela otoczonego tiulami i zawieszonymi fantazyjnymi kapeluszami. Zamiast wstydu czuła w sobie przedziwne, czyste rozbawienie, pozbawione kokieterii.
Krzysztof podniósł światłomierz. Przez chwilę patrzył nie na nią, lecz na wskazania światłomierza. Jej obecność musiała stać się częścią całej kompozycji.
— Odwróć głowę za ten kremowy tiul i uchwyć go — szepnął fotografik w transie tworzenia.
Gdy uniosła rękę, blask obnażył delikatną linię ramienia i dziewczęce piersi. Ostry promień reflektora przeciął przestrzeń, a Ewa intuicyjnie cofnęła się o krok, pozwalając, by światłocień otulił jej ciało. Światło zatrzymało się na linii bioder, wydobywając z cienia delikatny rysunek sylwetki. Krzysztof na moment zapomniał o ustawieniach – nie patrzył już na układ cieni, lecz na jej eteryczną kobiecość.
— Nie ruszaj się!
Jego krzyk sprawił, że w żyłach Ewy mocniej zabiła krew. Widziała, jak krąży między reflektorami, całkowicie pochłonięty powstającym obrazem.
— To niesamowite! — zawołał. — Idziemy za ciosem, obracaj się, ruszaj, zakładaj kapelusze!
Ewa zatraciła się w tej grze, fantazyjnie dobierając kapelusze. Śledząc snopy światła z reflektorów, przybierała pozy, które według niej wyglądały najlepiej. Co jakiś czas zamierała w bezruchu, dając Krzysztofowi czas na korektę ustawień. Każdy głośny naciąg filmu i każde kolejne kliknięcie migawki były dowodem na to, że kadr się udaje. Gdy film się skończył, Krzysztof odetchnął głęboko i odłożył aparat na stół.
— Masz to, Ewa — głos jeszcze lekko mu drżał. — To, co zrobiłaś ze światłem przy tym kremowym tiulu… miałem rację. Ty to po prostu czujesz całym ciałem.
Ewa uśmiechnęła się.
— Ja tylko obserwowałam, gdzie kończy się cień — odpowiedziała, patrząc na aparat, w którym na filmie kryły się jej zdjęcia.
Byli tak pochłonięci powstającymi zdjęciami, że zapomnieli o muzyce. Krzysztof, wychodząc ze studia, włączył płytę. Dopiero wtedy Ewa usłyszała głos Charles’a Aznavoura, który sprawił, że ramiona opadły. Powieki zrobiły się ciężkie. Wtulona w miękką kanapę spojrzała na szlafrok leżący obok kanapy. Było jej to obojętne. Przypomniała sobie pierwszy polaroid. To pierwszy mój obraz, którego nie chciałam poprawiać — pomyślała. Zasnęła.
ROZDZIAŁ XVII
Przez półsen wyczuła przyspieszony oddech Krzysztofa. Nie otwierała oczu. Po chwili ostrożnie położył ją na łóżku. Długo jej się przyglądał, po czym przykrył ją kołdrą. W drzwiach zatrzymał się, zgasił światło i wyszedł.
Ewa obudziła się. Leżała bez ruchu, wsłuchując się w ciszę poranka. Gdy usiadła, zaczęły w jej głowie pojawiać się odpryski wspomnień. Silne ramiona Krzysztofa, jego oddech i… nic. Wieczorem zasnęła na kanapie, a teraz jest w łóżku, naga, przykryta kołdrą.
Spojrzała na łóżko, potem na drzwi. Jak to możliwe? Krzysztof ją tu przeniósł? Zacisnęła szczęki. Zaufanie, które budowała przez tyle miesięcy, nagle wydało jej się kruche. Jeszcze nie wiedziała, co o tym myśleć. Ciało się spięło. Usiadła gwałtownie. Kołdra zsunęła się z ramion. Czekała na jego powrót, gotowa zażądać wyjaśnień.
Gdy tylko Krzysztof stanął w progu z dwoma kubkami kawy, Ewa krzyknęła:
— Mogłeś mnie obudzić! — nerwowo zacisnęła pasek szlafroka. — Nie miałeś prawa mnie przenosić.
— Ewa, ja… — zaczął, ale pod jej chłodnym spojrzeniem stracił pewność siebie.
Odstawił powoli kubki na stół, chcąc zyskać na czasie.
— Wyglądałaś na potwornie zmęczoną. Spałaś tak głęboko, że…
— Uznałeś, że możesz zrobić z moim ciałem, co chcesz? — przerwała mu ostro.
— Nie, na Boga, Ewa, nawet tak nie myśl! — uniósł ręce. — Przecież wiesz, kim dla mnie jesteś i jak bardzo cię szanuję. Chodziło tylko o twój komfort. Kanapa jest niewygodna, rano wszystko by cię bolało. Chciałem po prostu, żebyś się wyspała w normalnym łóżku. Tylko tyle.
— To nie był twój problem — rzuciła gniewnie.
— Masz rację — powiedział cicho. — Przepraszam. Granica była jasna, a ja ją przekroczyłem, nawet jeśli myślałem, że robię coś dobrego. Powinienem był cię obudzić.
Poluzowała uścisk paska i już spokojniej powiedziała:
— Doceniam to, co mówisz. I wierzę, że miałeś dobre intencje. Ale na przyszłość: moje ciało, nawet uśpione, należy do mnie. Ja decyduję, gdzie spędzam noc.
— Zrozumiałem. To się więcej nie powtórzy — skinął głową w stronę stojących na stole kubków kawy. — Możemy wypić razem kawę na zgodę, czy wolisz, żebym zostawił cię samą?
— Wolę zostać sama.
Przez kilka godzin wędrowała starymi uliczkami miasta. Weszła do parku. Choć ziąb ostrym powietrzem zatrzymywał oddech, usiadła na ławce. Bezmyślnie wodziła oczami po kolorowym dywanie zeschłych liści i po ludziach uciekających przed wiatrem. Wiatr poderwał garść liści. Przez chwilę wirowały nad alejką, po czym opadły z powrotem na ziemię. Patrzyła za nimi, aż z każdym głębszym oddechem zimne powietrze powoli gasiło w niej gniew.
Nie gniew na Krzysztofa był najtrudniejszy. Najtrudniejszy nie był gniew na Krzysztofa. Najtrudniejsze było poczucie, że jej reakcja jest starsza niż ta chwila.
ROZDZIAŁ XVIII
Żmudna praca w ciemni, przy wywoływaniu filmów w odpowiednich odczynnikach chemicznych i powiększalnikach, należała już do Krzysztofa i laborantów. Ewa czekała w kawiarni, otulona zapachem mielonych ziaren. Siedziała zgarbiona nad nietkniętą kawą, miętosząc w palcach papierową serwetkę. Przełykała ślinę, gapiąc się tępo w okno.
Wreszcie weszła do ogromnej sali, gdzie na dużym stole i podłodze leżało kilkadziesiąt fotografii. Stykówki odłożyli na bok. Interesowały ich pojedyncze, powiększone odbitki. Od ponad godziny krążyli między rozłożonymi fotografiami. Atmosfera gęstniała.
— Spójrz na ten kadr, Ewa. Jest idealny — Krzysztof postukał palcem w duże zdjęcie. — Światło na twoim ramieniu, ten głęboki cień na ścianie… To jest zdjęcie, które musi iść na wystawę. Wyglądasz tu jak rzeźba.
Jej wzrok uparcie wracał do mniejszego formatu leżącego na skraju stołu.
— To ja jestem sztuką! To moje ciało. A ty widzisz tylko linie i kąty. — Ewa uderzyła w blat, aż wywołane zdjęcia podskoczyły.
Krzysztof podniósł odbitkę i jeszcze raz przyjrzał się jej uważnie. Chciał jeszcze raz upewnić się, że widzi to, co zobaczył podczas wywoływania.
— Ale ja właśnie tak je widzę. Linie, kształty, światło. Nie po to, żeby odebrać ci ciało, tylko żeby pokazać coś, czego sama w nim nie widzisz.
Zamilkł, trochę spłoszony.
Ewa zastygła w bezruchu. Potem przysiadła na stole, po czym energicznym ruchem rozrzuciła cały stos zdjęć na podłogę i z goryczą powiedziała:
— Byłam przekonana, że wybierając mnie na modelkę, szukasz czegoś bardziej nieuchwytnego. Czegoś, czego nie da się opisać słowami. Co odbiera się tylko emocjami.
— To po co była cała moja spontaniczność podczas tych sesji? Skoro ty i tak szukałeś tylko abstrakcji.
Ewa rozsiadła się na stole. Skrzyżowała nogi po turecku, chcąc pokazać, że nigdzie się nie ruszy.
— Spójrz na to! — i z rozmachem posunęła mu pod oczy trzymane w ręku zdjęcie.
Krzysztof podrapał się za uchem z niepewną miną. Zobaczył delikatność ruchu ręką i miękką linię ramienia. Spośród tiulów wyłaniała się delikatność jej piersi, a reszta była spowita w srebrzystej poświacie odbitej od faktury materiału. Tu nie było geometrii…
— Tutaj twoja delikatność sprawiła, że ciało niemal ucieka z kadru, stając się czystą poezją — Krzysztof nie odrywał wzroku od fotografii.
— Teraz mówisz, że to poezja! — Ewa zeskoczyła ze stołu, celowo przydeptując odbitkę z najbardziej geometrycznym ujęciem swojego ciała.
Krzysztof drgnął słysząc suchy trzask łamanego papieru fotograficznego. Krzyknął:
— Przydeptałaś akurat najlepsze ujęcie. Ono bezapelacyjnie musi znaleźć się na wystawie. Przyjrzyj się mu jeszcze raz!
Ewa demonstracyjnie niemal położyła się na podłodze i z bliska zaczęła oglądać fotografię. Wstała, oddaliła się i zamarła.
Przez dłuższą chwilę nic nie mówiła. Najpierw oglądała fotografię z bliska. Potem odsunęła ją na wyciągnięcie ręki. Jeszcze raz spojrzała z kilku kroków. Jakby próbowała zobaczyć nie siebie, lecz obraz.
— Już wiem... — powiedziała cicho. — Wcześniej widziałam tylko porozcinane ciało. Ramię. Pierś. Cień. Wydawało mi się, że mnie rozebrałeś na kawałki. Podniosła fotografię bliżej światła.
— Ale... nie. To nie są kawałki. — Dziwne... Kiedy patrzę dłużej, przestaję widzieć osobno ramię i pierś. Wszystko zaczyna się składać.
Krzysztof odpowiedział cicho:
— Tak właśnie to widziałem. — Nie chciałem fotografować ciała. Chciałem sfotografować moment, w którym przestajesz być modelką, a stajesz się obrazem. Tylko bałem się, że zobaczę to tylko ja.
Ewa, kiwnęła głową.
— Teraz też to widzę. I chyba pierwszy raz nie patrzę na siebie, tylko na fotografię.
Jeszcze przez godzinę w milczeniu oglądała fotografie leżące na podłodze. Zmęczonym wzrokiem rozejrzała się po sali. W rogu piętrzyły się stosy papieru fotograficznego.
— Tam leżą odpady złych ujęć, prześwietleń, wszelkiego rodzaju błędy fotograficzne. Teraz oglądamy zdjęcia po selekcji, te najlepsze — wytłumaczył Krzysztof.
Podeszła bliżej.
— O rety! Ale tego dużo. W sumie tych dobrych do wystawy zostało niewiele. — rzekła, chwytając się za głowę.
— Teraz widzisz, jakie jest ryzyko, ale taki jest urok mojej pracy. Do końca nie jestem pewien, czy zdjęcie będzie udane. Potem z tych udanych znów wybierasz te, które nadają się na wystawę. I muszę jeszcze z tobą stoczyć walkę. — dodał z uśmiechem.
Ewa przysiadła na stołku, rozglądając się z niedowierzaniem.
— Dlatego czeka nas jeszcze jedna krótka sesja zdjęciowa. — usłyszała zapracowany głos Krzysztofa.
Zbyt zmęczeni, umówili się na spotkanie w studiu następnego dnia.
Świeżo po kąpieli usadowiła się w znajomym miejscu, otoczona rekwizytami. Przyjmowała prawie te same układy ciała, idąc intuicyjnie za smugami cienia. Wszystko działo się niemal tak samo jak podczas pierwszej sesji. Tym razem nie zapomnieli o muzyce. Popłynęły dźwięki mazurków Chopina.
Kiedy przykładał światłomierz, jego dłoń przesunęła się po jej biodrze. Zatrzymała się odrobinę niżej i dłużej, niż było to konieczne.
Znieruchomiała. Powietrze ugrzęzło jej w gardle. Nie wiedziała, czy cofnąć biodro, czy zostać bez ruchu. Ciało odpowiedziało dreszczem i falą ciepła, których zupełnie się nie spodziewała. Nie z powodu jego dłoni, lecz własnej reakcji. Zacisnęła palce. Nie chciała, żeby zauważył choćby cień tego, co właśnie wydarzyło się w niej.
Czy to był przypadek? A może gest trwał trochę dłużej, niż wymagała tego praca? Nie potrafiła rozstrzygnąć.
Nie sam dotyk okazał się najtrudniejszy, lecz to, co obudził. Po raz pierwszy pomyślała, że być może patrzy na nią nie tylko jak na współpracownicę, modelkę czy część kadru, lecz jak na kobietę. Odruchowo odwróciła wzrok. Po chwili znów spojrzała na niego.
— Światło jest w porządku, nie ruszaj się, możemy naświetlać klatkę — powiedział.
Wszystko toczyło się zwykłym rytmem, a w głowie Ewy aż huczało od domysłów: czy był to przypadek, czy celowy dotyk...
Usiłowała jeszcze raz ustawić dłoń na tiulu. Krzysztof mówił o świetle, o przysłonie, o kolejnej klatce, ale słowa docierały do niej jak zza szyby. Czuła własny, szybki oddech, i ciepło w miejscu, którego przed chwilą dotknęła jego dłoń. Spróbowała zrobić krok. Jeszcze raz uniosła rękę, lecz ruch urwał się w połowie. Chciała wyjść, ale zaplątana między tiulami straciła równowagę. Upadła na kolana. Ból przeszył je natychmiast. Krzysztof zareagował natychmiast. Pomógł jej wstać. Wsparta na jego ramieniu, kulejąc przeszła na kanapę. Klęknął przy niej tak szybko, że przewrócił stojący obok taboret. Ostrożnie dotknął jej kolana.
Dopiero po chwili okrył Ewę szlafrokiem, który zsunął się jej z ramion. Nawet tego nie zauważyła. Bardziej bała się własnej reakcji niż jego dotyku.
Spojrzała na Krzysztofa. W jego oczach zobaczyła troskę. I coś jeszcze.
Nagle usłyszała jego cichy głos:
— Zrozumiałem coś, czego jako fotograf wcale nie powinienem zrozumieć.
— Co?
— Że coraz trudniej oddzielić we mnie zachwyt nad obrazem od zachwytu nad kobietą, która go współtworzy.
