Ewa
porządkowała dokumenty, gdy ciszę przerwał dźwięk telefonu.
—
Proszę przyjść do mnie, pani Ewo — usłyszała spokojny głos
dyrektora.
Odłożyła papiery i, zaskoczona niespodziewanym
wezwaniem, ruszyła korytarzem. Kiedy
weszła do gabinetu, jej uwagę od razu przyciągnął mężczyzna
siedzący w fotelu. Miał szczupłą, ascetyczną twarz, opaloną i
wysuszoną słońcem. Patrzył na nią z dyskretną ciekawością.
— Przedstawiam pani naszego gościa — powiedział dyrektor. — Fotograf i artysta. Zamierza stworzyć album poświęcony muzealnym artefaktom. Proszę wprowadzić go w zbiory i współpracować przy projekcie.
Nieznajomy
wstał i uścisnął jej dłoń.
— Krzysztof — przedstawił
się z lekkim uśmiechem. — Mam nadzieję, że będzie nam się
dobrze współpracowało.
Spotkali się później w kawiarni, by omówić szczegóły projektu. Za oknem powoli zapadał jesienny zmierzch. W środku pachniało kawą i cynamonem. Ktoś przy sąsiednim stoliku stukał łyżeczką o porcelanę, a zaparowane szyby zasnuwał wieczorny chłód.
— Dyrektor wspominał, że album ma być czymś więcej niż zwykłym katalogiem? — zaczęła Ewa, mieszając herbatę. — Chce pan pokazać historię eksponatów?
— Tak, historię… i coś jeszcze. Chciałem ocalić pamięć o ludziach, którzy ich używali.
Ewa odłożyła łyżeczkę. Po raz pierwszy naprawdę zainteresowało ją to, co mówił. Dotąd traktowała muzealne zbiory jak obiekty wymagające opisu, konserwacji i archiwizacji. Słowa Krzysztofa zabrzmiały inaczej — jak opowieść o żywych świadkach minionych czasów.
— To dość niezwykłe podejście — zauważyła.
— Być może. Właśnie dlatego przyjąłem to zlecenie.
Nie był pierwszym badaczem, który pojawił się w muzeum. Wcześniej przewijali się historycy, reporterzy i dokumentaliści. Większość traktowała archiwum jak zbiór dowodów. Krzysztof mówił o nim tak, jakby przeszłość wciąż była obecna.
Już następnego dnia rozpoczęli intensywną pracę.
Krzysztof fotografował z pewnością siebie doświadczonego artysty. Poruszał się z zaskakującą zwinnością, bezbłędnie omijając gęstwinę kabli, przestawiał kable, ustawiając ciężkie reflektory i Nikona zamocowanego na masywnym statywie. Każdy jego ruch był precyzyjny, szybki i całkowicie pozbawiony chaosu. Ewa w milczeniu podziwiała tę rzadką mieszaninę cierpliwości i determinacji.
Na stole leżał pierścień. Za każdym razem, gdy Krzysztof zmieniał ustawienie lamp, kamień odpowiadał innym odcieniem czerwieni, jakby sprawdzał cierpliwość fotografa. Każde wyzwolenie migawki było świadomą decyzją, ale też ryzykiem, brakiem natychmiastowej pewności, co do efektu.
Dla artysty wyzwaniem było sprawić, by pierścień na fotografii stał się czymś więcej niż tylko eksponatem. Na jego czole pojawiły się kropelki potu. Wciąż poprawiał ustawienia sprzętu. Przykładał światłomierz do eksponatu, zerkając w obiektyw. Gdy przesunął lampę o kilka centymetrów, kamień rozbłysnął głęboką czerwienią. Jeden precyzyjny ruch palca zakończył półgodzinne oczekiwanie.
Następnego dnia Krzysztof przyszedł zmęczony z lekkim przeziębieniem i pracował wolniej. Bezustannie dźwigając sprzęt, modyfikował jego konfigurację. Między statywem i plątaniną kabli leżała stara, bogato zdobiona księga, której złocenia odbijały światło reflektorów. Nieustannie zmieniał ustawienia światłomierza, ale efekt go nie zadowalał. Każda kolejna korekta wydawała się zbędna. Dość. Ta księga była ważniejsza niż fotograficzny perfekcjonizm fotografika. Ewa podeszła do okna i otworzyła je. Do sali wpadły popołudniowe promienie słońca. Osiadły na woluminie miękkim połyskiem. Ustawiła księgę pod lekkim kątem, ostrożnie rozchyliła karty i przesunęła jeden z reflektorów.
— Jeszcze nie tak — mruknęła.
Odruchowo spojrzała przez obiektyw. Efekt sam ją zaskoczył. Księga „ożyła”. Skóra oprawy nabrała głębi, złocenia przestały razić, a pożółkły papier zyskał ciepło, jakby nosił w sobie ślad ludzkich dłoni.
— Sprawdź — zwróciła się do niego.
Przez chwilę stał nieruchomo, potem podszedł, wycierając dłonie o sweter. Nachylił się nad aparatem i milczał przez dłuższą chwilę.
— Jak
ty to zrobiłaś? — spytał.
Jeszcze raz sprawdził parametry,
jakby szukał błędu, który według zasad powinien tam być. Na
jego skroni napięła się żyła. Odwrócił wzrok od matówki i
wyszedł, by ochłonąć.
— Następnym razem trzymajmy się
moich wytycznych. Przypadkowe przebłyski rzadko się powtarzają —
powiedział szorstko, nie patrząc jej w oczy.
— Wiem, że zależy ci na jakości zdjęć, ale weź pod uwagę ochronę cennych eksponatów. — odparła Ewa, ściągając białe rękawiczki. — One mają ograniczoną tolerancję na światło i temperaturę.
Słysząc jej uwagi przymknął na chwilę oczy. Walczył z pulsującym bólem głowy.
— Ewo, wiem, co robię, nawet jeśli dzisiaj, gdy idzie mi to opornie. — odparł.
Przez tydzień Krzysztof leżał w hotelowym łóżku, lecząc przeziębienie. Ewa wspomagała go czosnkiem w miodzie.
Po porządnej kuracji, tym razem tematem sesji fotograficznej była architektura. Gdy zapadł zmierzch, Ewa zauważyła, że Krzysztof jednak coraz częściej szuka jej spojrzenia, pytając bez słów, gdzie ustawić aparat. Słońce wisiało nisko nad horyzontem.
— Krzysztof — za chwilę promień przejdzie przez tę szczelinę w murze i wydobędzie fakturę kamienia!
Fotograf natychmiast, bez pytań ustawił statyw. W takich momentach nie było miejsca na dyskusję. Liczyła się tylko złota godzina, ten krótki niepowtarzalny fragment dnia, którego nie dałoby się odtworzyć w ciemni. Gdy skontrolował obraz w wizjerze, jego ruchy stały się jeszcze bardziej precyzyjne. W fotografii analogowej każdy błąd oznaczał bezpowrotną utratę chwili.
— Oby po wywołaniu w ciemni było to samo, co widzę teraz — pomyślał i nacisnął spust migawki.
Za zgodą dyrekcji weszli do magazynu zbiorów, gdzie fotografik poszukiwał artefaktów, które mogłyby stać się inspiracją do kolejnych zdjęć. Pochylali się nad zabezpieczonymi gablotami.
— Krzysztof, ta filiżanka to cud rękodzieła — wyszeptała Ewa.
Uniósł brwi. Naczynie natychmiast trafiło przed obiektyw.
Jednak gdy po dłuższej chwili fotograf wciąż nie był zadowolony z efektów, Ewa podeszła bez słowa. Przestawiła porcelanę tak, że miękki półcień wydobył z niej lekkość mgły.
Z niepokojem czekała na jego reakcję. Krzysztof podszedł powoli, nachylił się nad aparatem i z głośnym świstem wypuścił powietrze.
Wychodząc, odwrócił się i skupił wzrok na Ewie. Dopiero teraz zauważył, że na jej delikatnej, niemal eterycznej sylwetce światło układało wprost idealnie.
Gdy prace nad albumem nabrały tempa, wyjechali do Krakowa. W powietrzu czuć było nadchodzącą zimę. Krajobraz był szary i przygnębiający. Szosa wznosiła się stromo w górę, kiedy Ewa nagle krzyknęła:
— Krzysztof, zatrzymaj się! — Szybko, rozstaw aparat!
Bez przekonania zjechał na pobocze i zaczął rozkładać sprzęt.
— Dobrze, że zmieniłem film w Nikonie. Przewidziałem takie okoliczności. — mruknął pod nosem.
I wtedy ołowiane chmury rozsunęły się na moment. Ostre promienie słońca zalały okolice, a mokry asfalt zabłysnął niczym lustro.
W Krakowie zatrzymali się w Jamie Michalika. Urok wnętrza spowodował, że wchodzili prawie na palcach. Blask sączył się przez barwne secesyjne witraże, rzucając refleksy na ciężkie, pluszowe meble i rzeźbione fotele. Usiedli pod lustrem oprawionym w masywne, ciemne drewno. W powietrzu unosił się jedynie cichy szmer rozmów, natychmiast tłumiony przez miękkie obicia kanap. Nie wiedzieć czemu, Ewa i Krzysztof rozmawiali szeptem.
Zamówili tylko kawę i ciastko. Nie mogli nasycić się klimatem wnętrza. Nic więc dziwnego, że Krzysztof za sprawą swojego Nikona spróbował zatrzymać go na fotografiach.
Kiedy omiatał spojrzeniem detale, odkrył, jak promień z witraża w sposób niezwykły rzeźbi twarz Ewy. Szybko uniósł aparat i bez namysłu wyzwolił migawkę. Po raz pierwszy pomyślał, że fotografuje coś więcej niż tylko wnętrze kawiarni. Nagle przemknęło mu przez głowę, że to właśnie jej sylwetka mogłaby unieść projekt, który od miesięcy nosił w sobie.
Weszli do ciemni. Jedynym źródłem światła była czerwona żarówka. W kuwecie wypełnionej ostro pachnącymi odczynnikami powoli wyjawiał się obraz. Najpierw zarys oprawy, potem ciemniejsze plamy złocień złocenia, wreszcie miękki blask na krawędzi księgi. Ewa patrzyła na to w milczeniu.
Krzysztof stał obok, z rękami w kieszeniach fartucha.
— Coś nie tak? — spytała cicho.
— Właśnie pierwszy raz jest dobrze.
Do ciemni zajrzał laborant.
— Kto ustawił światło?
Krzysztof wskazał Ewę.
— Ma pani oko.
— Ja? — zdziwiła się. — To zasługa przyrody.
Ewa uśmiechnęła się lekko.
— Ty naciskałeś migawkę.
— To nie aparat robi zdjęcia.
W pewnej chwili Ewa poczuła na sobie wzrok Krzysztofa, który ją zaniepokoił.
— Zrobiłem ci kilka zdjęć w Jamie Michalika — wyjaśnił cicho. I uświadomiłem sobie, że wcale nie trzeba cię „ustawiać”. Zauważyłem, że patrzę już nie na wnętrze, tylko na ciebie w tym wnętrzu.
Nie wiedziała, czy to był komplement, czy jedynie chłodna opinia fachowca.
Następnym etapem współpracy była selekcja wywołanych i wysuszonych odbitek. Choć nie należało to do jej obowiązków, na wyraźną prośbę Krzysztofa została.
Kucając, wspólnie wybierali te najlepsze spośród dziesiątek fotografii rozłożonych na podłodze. Stąpali między nimi ostrożnie. Te zdjęcia przypominały historię ludzi, którzy kiedyś żyli. W pewnym momencie Krzysztof zatrzymał się nad jednym kadrem — tym z mokrej szosy i utkwił wzrok na Ewie z wyrazem uznania.
— Wiesz, że większość najlepszych ujęć powstała po twoich poprawkach?
Ewa wzruszyła ramionami.
— Po prostu miałeś szczęście.
Przygoda Ewy z fotografikiem dobiegła końca. W ramach podziękowania zaprosił ją do najlepszego lokalu w okolicy. Choć dla niej ten moment był ważny, nie wystroiła się przesadnie. Siedziała naprzeciwko niego, w milczeniu obracając w palcach filiżankę. Krzysztof również milczał wyraźnie szukając odpowiednich słów na rozpoczęcie rozmowy.
— Pamiętasz, jak mówiłem, że to, co robimy, nie kończy się na dokumentacji? — zaczął w końcu.
Ewa spojrzała na niego uważnie, ale nie odpowiedziała.
— W środowisku krąży taki pomysł… wystawa. Cykl zdjęć. Kobieta w centrum kadru. — zawahał się. — Roboczo nazywają to „Venus”.
Na moment zamilkł. W lokalu ktoś przesunął krzesło, porcelana cicho stuknęła o blat.
— To nie jest prosty temat — kontynuował ciszej. — Wiesz, jak na to patrzą w komisjach, w instytucjach. Od razu robi się nerwowo.
Ewa uniosła wzrok.
— I co mnie to obchodzi? — zapytała spokojnie.
Uśmiechnął się niepewnie.
— Właśnie o to chodzi, że mnie obchodzi. Bo szukam kogoś, kto nie będzie tylko… pozował. Kogoś, kto rozumie, co się dzieje z obrazem, kiedy zmienia się światło.
Zawahał się na moment.
— Przy większości ludzi aparat trzeba prowadzić. Przy tobie nie muszę.
Ewa odłożyła filiżankę.
— Rozpoznaje to?
— Tak — skinął głową. — Bo to, co robiłaś przy zdjęciach… to nie była przypadkowa pomoc. Ty widzisz kadr zanim on w ogóle powstanie.
Oboje zamilkli.
— I dlatego… — dodał po chwili, już ciszej — pomyślałem, że mogłabyś stanąć przed aparatem. W tym projekcie.
Ewa nie odpowiedziała od razu.
— Przed aparatem — powtórzyła w końcu. — W „Venus”.
— Tak.
— I to się tak nazywa oficjalnie?
Krzysztof wzruszył ramionami.
— Oficjalnie różnie to będzie nazwane. „Studium”, „cykl”… wiesz, jak to bywa. „Venus” to raczej robocza nazwa.
Ewa odchyliła się na krześle.
— A ja mam tam być kim?
Krzysztof zmierzył ją długim spojrzeniem.
— Kimś, kogo nie muszę wymyślać.
Po chwili dodał.
— I dlatego pytam ciebie, a nie kogoś innego.
Ewa nie całkiem rozumiejąc o co chodzi z jej rolą w tym przedsięwzięciu.
— Jeśli mam stanąć przed obiektywem aparatu, to w jakim charakterze? — dodała.
Potarł nerwowo dłonią podbródek.
— Mają to być akty kobiece, a ty, ty... moją modelką.
Po tej informacji Ewa z niedowierzaniem spojrzała na Krzysztofa. Przez chwilę siedziała bez ruchu, a głosy w lokalu się nagle stały się nienaturalnie wyraziste. Chciała sięgnąć po filiżankę, lecz jej dłoń zadrżała; naczynie chwiejnie potoczyło się po blacie. Kawa rozlała się po obrusie i spłynęła na spódnicę. Zerwała się gwałtownie z krzesła i ruszyła w stronę łazienki, by jak najszybciej zaprać brązowe plamy. Gdy stanęła przed lustrem zobaczyła drobną, bardziej dziewczęcą niż kobiecą sylwetkę. Poczuła przejmujący dyskomfort i natychmiast odwróciła oczy.
— Jak na tę chwilę muszę... muszę przemyśleć twoją propozycję. — odpowiedziała po powrocie z łazienki.
Krzysztof nie odrywał od niej wzroku tak, jak patrzy się na kadr.
— I? — zapytał cicho.
Ewa nie usiadła od razu. Oparła dłoń o oparcie krzesła.
— To, co powiedziałeś… o „Venus” — zaczęła spokojnie. — To nie jest dla mnie tylko projekt. Krzysztof lekko skinął głową, nie chcąc jej przerywać nawet spojrzeniem.
— Wiem.
— Nie, nie wiesz — poprawiła go stanowczo. — Bo ty myślisz w kadrze. A ja przez chwilę zobaczyłam siebie poza nim.
Ewa odsunęła krzesło i usiadła.
— Nie mówię „nie” — dodała po chwili. — Ale tylko pod warunkami, które sama rozumiem i w każdej chwili będę miała możliwość powiedzieć: stop.
Poprawiła się na krześle ze świadomością, że nie jest naiwną marzycielką, ani niewdzięczną córką, ani kimś, kogo trzeba pilnować. Tym razem nikt nie ma prawa decydować za nią. Jeśli zdecyduje się stanąć przed obiektywem, zrobi wyłącznie dlatego, że sama tego chce.
Zima tego roku nie chciała ustąpić miejsca wiośnie. Z początku była przekonana, że odmówi. Potem kilka razy przyłapała się na tym, że wraca myślami do rozmowy z Krzysztofem. Czasem wyjmowała z szuflady fotografię z Jamy Michalika i próbowała zrozumieć, dlaczego patrzy na nią dłużej niż na wszystkie inne zdjęcia. Najbardziej niepokoiło ją to, że nie czuła oburzenia. Przeciwnie — ciekawość nie chciała ustąpić. Zaczęła rozumieć, że propozycja Krzysztofa nie była zwykłym zaproszeniem do pozowania. Dotyczyła także tego, co sama odkryła podczas wspólnej pracy. Bywały wieczory, gdy wyobrażała sobie światła studia fotograficznego i własne zdjęcia, których jeszcze nie było. Zaraz potem ogarniał ją wstyd i zamykała ten temat na wiele dni. Z biegiem czasu jej wyobrażenia o projekcie zaczęły się zmieniać. Coraz rzadziej myślała o nagości, a coraz częściej o fotografii. O świetle, kadrze i o tym, jak wiele razy sama wpływała na powstające obrazy. Doszła do wniosku, że jeśli stanie przed obiektywem, nie będzie biernym przedmiotem fotografowania. Nadal będzie uczestniczyć w tworzeniu zdjęcia.
Ewa słuchała wieczorem swej ulubionej audycji radiowej, gdy rozległ się dzwonek telefonu.
— Cześć — rozpoznała niepewny głos Krzysztofa.
— Dawno nie dzwoniłeś. Słyszałam, że o „Venus” zrobiło się głośno.
Słyszała urywki rozmów dotyczących kontrowersyjnej wystawy i widziała nagłówki gazet, ale nigdy nie zagłębiała się w szczegóły.
— Tak. Nabrała takiego rozpędu, że jest szansa na kolejną edycję. Dzwonię właśnie w tej sprawie — powiedział niezdecydowanym głosem.
Zgasiła radio i usiadła bliżej aparatu telefonicznego.
— Czy twoja decyzja uczestniczenia w tym projekcie jest nadal aktualna?
Ewa przypomniała sobie aforyzm Leca: „Purytanie powinni nosić dwa listki figowe na oczach”. Po raz pierwszy od wielu miesięcy jej wątpliwości wydały jej się coraz słabsze.
— Kiedy zaczynamy sesje zdjęciowe?
Na drugim końcu kabla telefonicznego zapadła długa cisza.
— Powiem szczerze, że jestem zaskoczony. Wciąż byłem ciebie niepewny.
Początek wiosny sprzyjał pozytywnemu nastrojowi Ewy. W studiu Krzysztofa zjawiła się skoro świt z mieszaniną odwagi i wstydu. Przestrzeń ta bardziej przypominała mieszkanie niż atelier z kablami, lampami — sprzętem, który od razu wskazywałby, gdzie zaczyna się praca. Kiedy Ewa zgadzała się na udział w projekcie, wszystko wydawało się odległe i niemal abstrakcyjne. Dopiero tutaj, rozglądając się wokół, poczuła, że jej decyzja nabiera realnych kształtów. Po wspólnym obiedzie, zwiedzaniu obszernego studia i długich rozmowach szybko zapadł zmierzch. Ewa była zmęczona, a Krzysztof krzątał się wokół niej, dopytując o drobiazgi. W jednym z pokojów przygotował dla niej miejsce do spania. Tego wieczoru została sama. Fotograf wrócił do swojego mieszkania, do rodziny.
Ewa czuła swoje ciało jakby ważyło tonę. Po kąpieli owinęła się szczelnie kołdrą i natychmiast zasnęła, starając się nie myśleć o tym, że już następnego dnia stanie przed obiektywem.
— Pobudka! Już po dziesiątej. — usłyszała przez sen wesoły głos Krzysztofa.
Gdy się rozbudziła i usiadła, zobaczyła przed sobą tacę ze śniadaniem.
— Co za pyszności! I różyczka w wazoniku? — krzyknęła.
— Musiałem jakoś uczcić twoją decyzję. Nie sądziłem, że się zgodzisz. — Staram się jak mogę.
Nie mogła się oprzeć łakociom. Schrupała grzanki, ze smakiem pochłonęła świeże rogale i wypiła pyszną kawę. Krzysztof, nic nie mówiąc, siedział naprzeciwko i jej się po prostu przyglądał.
— Już mierzysz we mnie światłomierzem? — zażartowała.
— Prawie — odparł.
Kiedy szła do łazienki usłyszała uśmiechnięty głos fotografika.
— Czujesz, jak tu ciepło? — Wszystko jest już przygotowane.
Po chwili wróciła boso, jeszcze z wilgotnymi włosami po kąpieli, trzymając w dłoni narzucony cienki szlafrok. Serce przyspieszyło — choć jeszcze nie wiedziała, czy to skrępowanie, czy ciekawość. Tym razem przed obiektywem nie miał stanąć muzealny przedmiot, lecz ona sama. Rozejrzała się wokół: w powietrzu czuło się skupienie i coś trudnego do nazwania. Szła ostrożnie, na palcach, trochę skulona. Weszła na podest między lampami. Przez sekundę miała wrażenie, że jest tu zupełnie sama. Nagle wróciły wszystkie wątpliwości, które towarzyszyły jej przez ostatnie miesiące. Zacisnęła dłonie na pasku szlafroka. Potem przypomniała sobie księgę, filiżankę i mokrą szosę. Wtedy także ufała obrazowi bardziej niż własnym obawom. Mrużąc oczy dostrzegła fotel otoczony lekkimi tiulami. Usiadła wygodnie. Gdy poprawiała włosy szlafrok osunął się obok. Nie podniosła go. Było ciepło i miękko, rozluźniła się. Chwyciła rąbek tiulu, by się nim powachlować, gdy usłyszała kliknięcie aparatu i radosny głos Krzysztofa.
— Nie zamierzałem jeszcze robić zdjęcia — powiedział. — Ale kiedy uniosłaś ten tiul, zobaczyłem gotowy kadr. Odruchowo nacisnąłem spust.
Pierwszym odruchem zaskoczonej Ewy było sięgnięcie po szlafrok, aby się zasłonić ale ostatecznie tego nie zrobiła. Odwróciła głowę w stronę aparatu. Zaskoczyło ją, że Krzysztof zareagował dokładnie tak jak przy księdze, filiżance czy mokrej szosie. Zobaczył coś, co i ona wówczas widziała. Przez moment próbowała zgadnąć, co dostrzegł tym razem.
Za chwilę odbitka wyjdzie z polaroida. Zobaczymy ją za minutę może dwie. — powiedział z napięciem.
Oboje wstrzymali oddech i czekali.
— Spójrz jak światło idealnie podkreśla linię bioder, a ruch ręki i tiul sprawia, że twoja twarz jest półprzeźroczysta. — wykrzyknął podekscytowany.
Ewa długo wpatrywała się w niewielki kwadrat papieru. Patrzyła na siebie bez wstydu, bo ujęcie było po prostu piękne.
— O mój Boże, czy to naprawdę ja? — szepnęła.
Od wczoraj studio przestało być dla niej wyłącznie miejscem pracy. Przypominało raczej przytulne mieszkanie niż surowe atelier. Po dniu pełnym intensywnych wrażeń, chwilami zupełnie zapominała, że przyjechała tu jako modelka. Dlatego kliknięcie migawki nie zabrzmiało jak wtargnięcie do jej intymnego świata. Po raz pierwszy nabrała przekonania, że naprawdę bez lęku może stanąć po drugiej stronie obiektywu.
Próbna sesja nadal trwała. Krzysztof testował światło, szukał dopiero początku właściwego kadru.
— Jakiej muzyki lubisz słuchać? — zapytał nagle
— Masz Arethe Franklin, bądź Charles'a Aznavoura?
— O! — wykrzyknął Krzysztof. — Nie mam, ale zdobędę. — Mam muzykę klasyczną — Może być?
W tym momencie w studiu rozległy się romantyczne kompozycje Chopina.
Mając przed oczami próbne zdjęcie, Ewa zanurzyła się w fotelu i dźwiękach muzyki.
Krótka, próbna sesja zdjęciowa dobiegła końca, a udany dzień zwieńczyli obiadem w luksusowej restauracji. Ewa czuła się znakomicie w swej niebieskiej sukience. Po południu Krzysztof musiał już wracać do swoich obowiązków. Obiecał synowi wycieczkę rowerową. Tymczasem Ewa wróciła do pustego mieszkania studia. Rozglądając się po obszernej kuchni, obficie wyposażonej w zapasy jedzenia, znowu zupełnie zapomniała, że przyjechała tu jako modelka. CDN
