Tekst poprawiany, układany strukturalnie i dopisywane kolejne rozdziały
„Bezsenność”
PROLOG
Pogrzeb 98-letniej Marii był skromny. Ksiądz. Dwie kuzynki. Kilku znajomych. Ziemia była twarda od pierwszych przymrozków. Ewa stała nad grobem bez łez. Czuła ziąb w stopach. Nie czuła smutku ani ulgi. Tylko pustkę — cięższą niż żałoba. Grudki ziemi uderzały o trumnę głuchym, nierównym dźwiękiem.
Wieczorem
znów nie mogła zasnąć.
Usiadła w fotelu. Zaczęły wracać
obrazy.
Najpierw
jeden.
Potem następny.
I kolejny.
Ewa
znowu była tam. We śnie. Ogromna sala. Białe światło.
I
ktoś jeszcze.
Leżał na łóżku. Szamotał się, walczył z czymś niewidzialnym. Ewa próbowała podejść bliżej. Nie mogła. Natrafiała na opór, powietrze zamieniło się w szkło. Mężczyzna poruszał ustami. Dźwięk docierał jak spod wody.
I wtedy zobaczyła jego twarz wyraźnie. Nie znała jej.
Po
chwili krzyknęła:
— Tata…?!
Mężczyzna
otworzył oczy. Spojrzał na nią.
— Córeczko… pamiętaj.
Światło drgnęło. I wszystko urwało się nagle.
Ewa obudziła się z krzykiem. Serce waliło tak mocno, że nie mogła złapać rytmu oddechu.
Wszystko było na swoim miejscu. Ściany, okno, łóżko. Tylko ona nie była pewna, gdzie jest.
Pokój był zwyczajny. Stół, okno, cisza.
Nagle poczuła ciężar przeżytych lat. Oddychała szybko. Przyłożyła dłoń do klatki piersiowej, próbując uspokoić serce. Bez skutku. Bezsenność wracała od lat. Leżała nieruchomo. Ciało nie chciało jej słuchać. Tykanie starego zegara nie przynosiło ulgi.
Zamknęła
oczy.
Nie zasnęła
CZĘŚĆ I
ROZDZIAŁ I
Ewa miała dziesięć lat, gdy po drugiej stronie ulicy zauważyły niewielki salon fryzjerski. Maria skinęła głową w jego stronę.
— Chodźmy.
W środku pachniało lakierem do włosów i mokrym ręcznikiem. Maria usiadła w fotelu. Ewa zajęła miejsce obok, przyglądając się odbiciom w lustrach. Na ułamek sekundy zobaczyła tam ogromną srebrzystą salę. Przeszył ją strach, zatrzepotała powiekami... i w lustrach wszystko powróciło na swoje miejsce.
Fryzjerka — energiczna, gadatliwa kobieta — zaczęła mówić, jeszcze zanim sięgnęła po nożyczki.
— Proszę pani, co tu się ostatnio wydarzyło… — zaczęła, ściszając głos — Wypadek. Byłam tam. Widziałam wszystko.
W salonie zrobiło się ciszej.
— Straszny wypadek — zaczęła. — Kobieta w zaawansowanej ciąży zginęła na miejscu.
Na chwilę zamilkła.
— A potem, proszę sobie wyobrazić… jeden z mężczyzn, który brał w tym udział, zmarł w szpitalu.
Westchnęła ciężko.
— Zostawił żonę w ciąży.
Znów westchnęła.
— Niewyobrażalny dramat, naprawdę.
Ewa spojrzała na matkę.
Na twarzy Marii pojawiło się coś pomiędzy napięciem a smutkiem. Przez chwilę milczała.
Potem odezwała się spokojnie:
— To ja byłam tą kobietą w ciąży.
Fryzjerka zamarła.
— A to — dodała, lekko wskazując na Ewę — moja córka. Urodziła się po jego śmierci.
W salonie zapadła cisza.
Nikt się nie odezwał.
Wszystko zaczęło się od jednego czerwcowego poranka w Gdyni, osiem lat po II wojnie światowej.
Władysław pomagał ciężarnej wsiąść do przepełnionego autobusu. Ludzie zwisali ze stopni, uczepieni siebie. Autobus szarpnął. Koło wpadło w śliską koleinę. Kobieta wypadła na jezdnię. Uderzyła w drzewo. Zginęła na miejscu. Kilka osób wpadło pod koła autobusu.
Cisza.
Potem krzyk.
Władysław trafił do szpitala z rozległym krwotokiem wewnętrznym. Operacja się udała. Tak stwierdzili lekarze. Szwy jeszcze trzymały.
Podczas transportu na prześwietlenie winda nagle stanęła. Wystarczyło jedno szarpnięcie.
Szwy puściły. Władysław trzymając się za brzuch, jęczał z bólu. Tym razem lekarze wiedzieli: nie zdążą.
Granica
między snem a jawą rozmyła się. Sen przynosił wytchnienie —
bez bólu. Czuł obecność czegoś jasnego, cichego, bliskiego. Miał
wrażenie, że nad nim krążą ptaki. A może… aniołowie.
Powietrze pachniało krochmalem i żywicą — jak lasy jego
dzieciństwa. W snach widział miejsca, których nie znał:
tropikalne wyspy tonące w mlecznej mgle, złote sale, echo własnego
imienia. Zawsze wracał do jednego obrazu. Do ogromnej, zamkowej sali
wypełnionej srebrzystym światłem. Pośrodku stała szklana
kołyska. Leżała w niej dziewczynka.
Krucha. Spokojna.
Opowiadał o niej siostrom zakonnym. O drobnych dłoniach. O ustach, które poruszały się, mówiąc coś, czego nie dało się usłyszeć. Słuchały go uważnie. Dla żony Marii były to majaczenia umierającego człowieka.
Na dwa dni przed śmiercią zobaczył ją znowu.
Była starsza. Jej oczy wciąż miały w sobie życie.
— Tato… przyjdę. Na Boże Narodzenie.
— Ewunia… — wyszeptał
Obraz zgasł.
Boże Narodzenie zbliżało się nieubłaganie. Maria nie potrafiła zostać na wybrzeżu. Pół roku wcześniej pochowała tam męża.
Wyjechała do siostry Emmy.
Czuła się dobrze, lecz bała się porodu.
Nazajutrz
obudziła się z dziwną lekkością.
Po śniadaniu przyszły
skurcze.
— Za wcześnie — wyszeptała.
Akuszerka spojrzała na nią spokojnie.
— Dziecko wie, kiedy przyjść.
W domu zrobiło się zamieszanie. Potem nagle wszystko ucichło.
I wtedy rozległ się płacz.
Czysty. Mocny.
— Córeczka — powiedziała akuszerka. — Jak będzie miała na imię?
Maria zawahała się.
— Ewa.
Nikt nie połączył tego z jego słowami. Tylko Stanisława, stojąc w progu, wiedziała.
ROZDZIAŁ II
W latach osiemdziesiątych Ewa mieszkała z mamą Marią w maleńkim mieszkaniu. Mama – wierząca, praktykująca. Ewa – od początku z jakąś wrodzoną niechęcią do religii, której nawet Maria nie potrafiła w niej przełamać. Kolęda dla Ewy była teatrzykiem, szopką dla dorosłych. Zawsze dziwił ją blask w oczach mamy, gdy ksiądz miał stanąć w progu.
Szczególnie zapamiętała jedną zimę. Na stole leżał wykrochmalony obrus, prasowany godzinę, żeby nie został ani jeden ślad zagięcia. Kryształowe naczynie z wodą, dwa świeczniki, krzyż. Tym razem ciekawił ją nowy proboszcz – poprzedni nagle zniknął.
Najpierw zjawili się kolędnicy. Zachrypniętym głosem odśpiewali kolędę i głośnym tupotem butów wybiegli z klatki schodowej. A potem w drzwiach pojawił się on. Najpierw brzuch, potem reszta. Czerwony, spocony, ciężki. Wymamrotał modlitwę, pokropił mieszkanie wodą z kranu – Maria nie zdążyła zdobyć święconej – i z hukiem usiadł na krześle, które niebezpiecznie zaskrzypiało.
Maria siedziała naprzeciwko, spięta, niemal na baczność.
Z
eleganckiej torby wyjął dokumenty.
— Jesteś grzesznicą. Masz
kochanka. Kobieta wierząca tak nie postępuje.
Spojrzał na Ewę i warknął:
— A ty jesteś grzesznym bękartem!
Jego słowa spadały na Marię jak bicze. Ewa widziała, jak kurczy się z każdym okrzykiem, coraz mniejsza, jakby próbowała zniknąć. Chciała coś powiedzieć, krzyknąć, stanąć przed nią jak tarcza, ale zagłuszał ją swoim moralnym gromem.
Wreszcie Ewa zebrała się na odwagę.
— Moja Mama jest wdową! – wrzasnęła, cała drżąc tak, że usłyszeli sąsiedzi. Zapadła długa cisza.
Ksiądz zamarł. Poderwał się gwałtownie, krzesło pisnęło, a on zachwiał się, jakby nagle zabrakło mu gruntu pod nogami. Zerknął jeszcze raz w dokumenty, zamrugał, sapnął i mruknął pod nosem:
— To pomyłka. Nie ten adres.
I wyszedł.
Zostawił za sobą zapach kadzidła i cień śmieszności.
Maria pozostała praktykującą katoliczką. Ewa do dziś pamięta tamto „to pomyłka” – jakby całe życie potrafiło czasem pomylić adres.
ROZDZIAŁ III
Miała trzynaście lat.
Czytała
wszystko — fantastykę, poezję, filozofię, teksty francuskich
piosenek.
Świat w jej głowie był większy niż ten, w którym
żyła.
Polonistka patrzyła na nią podejrzliwie.
— Przyznaj się. Kto ci pisze wypracowania?
To bolało bardziej niż zła ocena.
Dlatego wysłanie opowiadania na konkurs było czymś więcej niż próbą. Było dowodem. Dla niej samej.
Dwa tygodnie później przyszedł list. Niebieska koperta. Pieczątka redakcji. Pierwszy list zaadresowany do niej.
Odebrała go ciocia Emma.
— Ty? Wypracowanie na konkurs? Nie żartuj.
— Znowu coś wymyśliłaś?
— Kto ci to załatwił?
Ewa podeszła bliżej.
— To nie pomyłka. Proszę mi go oddać.
Wyciągnęła rękę.
Emma cofnęła ją gwałtownie.
— Jakie listy? Jakie konkursy?
Ewa patrzyła na kopertę z nadzieją.
— Oddaj mi, ciociu, to do mnie! — krzyknęła tak głośno, że aż sama się przestraszyła.
Zobaczyła tylko obojętność w oczach cioci, a potem jej plecy oddalające się razem z listem.
Przez
długi czas domagała się zwrotu listu. Bez skutku.
Odwróciła
się i bez słowa poszła do pokoju. Zamknęła drzwi. Płakała
cicho, potem coraz głośniej. Łzy wsiąkały w poduszkę.
— Ewa! Na obiad! Rosół stygnie!
Nie odpowiedziała.
Dopiero kiedy Emma stanęła nad nią, podniosła się. Ból głowy. Ścisk w żołądku. Nie zdążyła dojść do stołu. Zwymiotowała.
— Co za dziewuszysko… — rzuciła ciszej, z niesmakiem. — Rosół stygnie.
Ewa usiadła. Patrzyła na talerz. Nie była w stanie przełknąć ani łyżki.
Przez kilka nocy patrzyła w sufit. Czuła zmęczenie, odrętwienie. Chodziła jak we śnie. W końcu zasnęła.
A list… już nigdy do niej nie wrócił.
Następnego wieczoru wracała z babcią Stanisławą do mieszkania.
Na
każdym półpiętrze babcia zatrzymywała się, łapiąc oddech.
—
Dziecko… jak mi ciebie żal.
Ewa nie odpowiadała.
Szła dalej.
ROZDZIAŁ IV
Ewie przed oczami powracało wspomnienie jednego z wyjazdów nad morze. Miała już piętnaście lat. Tam, na brzegu, gdzie wiatr rozwiewał włosy i słowa, dla jej rodziców skończyła się wojna. Kolejne wakacje przyniosły radość z przyjazdu wujka Mietka.
— Ewa, pakuj się. Zabieram cię do siebie.
Serce zatrzepotało z radości. Morze. Szum fal. Trójmiasto.
— Mietek,
czyś ty oszalał?! Przecież ta smarkula się tam pogubi! Upilnujesz
ją?
— Nie widzisz, jak ona wygląda? To jeszcze dziecko! —
upierała się ciocia Emma.
Mama Maria milczała. Jej spojrzenie mówiło to samo.
Ciało Ewy zdawało się nie nadążać za czasem. Drobne, niepewne, wciąż się wahało, czy naprawdę chce dorosnąć. Inne dziewczyny już wiedziały — jak chodzić, jak patrzeć, jak być widzianymi. Ona umiała tylko znikać.
Spojrzała na wujka — nieśmiało, ale z uporem.
Wujek nie zmienił zdania.
Jechali nocą. Stukot kół pociągu miał moc usypiającą.
Ogród Mietka przywitał ją ciężkim zapachem róż i azalii. Powietrze było gęste. A gdzieś dalej, pod tym wszystkim, pulsowała obecność morza — chłodna i słona.
Pomimo zmęczenia, pobiegła na plażę.
Tam od razu poczuła, że nie musi się tłumaczyć ze swojego istnienia. Morze nie zadawało pytań. Przyjmowało wszystko takim, jakie było.
Stała boso, kiedy fale obmywały jej stopy, powracając w równym rytmie, jak oddech. Przez chwilę miała wrażenie, że stoi w miejscu, w którym zaczynają się i kończą czyjeś ślady — dawniej jej rodziców, teraz jej własne...
W oddali dostrzegła sylwetkę mężczyzny. Rozmywał się w świetle i mgle, należał bardziej do pejzażu niż do świata ludzi. Nie poczuła strachu. Raczej coś na kształt ciekawości.
Trójmiasto wciągało ją powoli. Zapach smażonych ryb, wilgotne powietrze starych uliczek, ogrody Sopotu, w których czas zdawał się zapadać w sen.
Siadywała w kawiarni „Alga” i patrzyła. Ludzie byli jak opowieści — wystarczyło słuchać fragmentów, by dopowiadać resztę. Śmiali się, kłócili, milczeli obok siebie.
Ona pozostawała na granicy tego świata. Niewidzialna, ale obecna.
Kiedy przyszło pakować się do powrotu, poczuła coś na kształt straty — choć przecież niczego tu w Trójmieście naprawdę nie posiadała.
— Zapraszam cię na pożegnalną kolację — powiedział kuzyn Adam, przystojny milicjant.
Jego głos wyrwał ją z zamyślenia.
— Serio?
— Gdzie?
— Niespodzianka.
Na łóżku czekały rzeczy, które wyglądały, jakby należały do kogoś innego. Sukienka, buty na obcasie, kapelusik, kosmetyki.
Czuła się jak Kopciuszek.
Kiedy się ubrała, ciało nagle przestało być przezroczyste. Zyskało w niewytłumaczalny sposób kształt kobiecości.
Gdy spojrzała w lustro, przez chwilę miała wrażenie, że patrzy na kogoś, kto ją obserwuje. Za postacią srebrzysta zamkowa sala. Zdumiona cofnęła się o krok, zamrugała. Obraz zniknął, ale nie potrafiła pozbyć się wrażenia, że coś właśnie ją rozpoznało. Jeszcze chwilę patrzyła na swoje odbicie, jakby należało do kogoś innego. W lustrze zobaczyła śliczną dziewczynę. Z zachwytu zakręciła piruet.
— Ewa… wyglądasz rewelacyjnie — powiedział Adam cicho.
Lokal uderzył ją natychmiast — światłem, zapachem, dźwiękiem. Wszystko było zbyt intensywne. Ciała, głosy, spojrzenia. Nic nie było obojętne.
Mężczyźni z różnych stron świata patrzyli na nią w sposób, który przenikał przez ubranie, przez skórę. Jeden z nich pokazał jej plik banknotów. Gest był szybki, pewny. Nie zrozumiała od razu. Ale ciało zrozumiało pierwsze — napięciem, które ścisnęło jej gardło.
Uszczypnięcie było nagłe, bolesne.
Odwróciła się gwałtownie. Śmiech. Czyjś szept.
Adam rozglądając się z niepokojem, zniknął.
Została sama w czymś, czego nie potrafiła zrozumieć. Kiedy wrócił, jego obecność nie przyniosła ulgi.
— To tylko „mewki”. Weszłaś w ich rewir.
— Adam… wychodzę. Nie wytrzymam. Gdzie my jesteśmy?
Spojrzał na nią przepraszająco.
W samochodzie czuła w ustach gorzki smak.
W domu Adam długo milczał. W końcu powiedział:
— Widziałem
twoje przerażenie. Tak wygląda moja praca, Ewa.
Dopiero wtedy
zrozumiała, że była elementem cudzej gry.
Nie Kopciuszkiem.
ROZDZIAŁ V
Krzyki niosły się po klatce schodowej tak regularnie, że sąsiedzi przestali już reagować.
— Ty
ku…rwo!
— H…j ci w d…pę!
Po pierwszych dwóch wrzaskach wszyscy wiedzieli, kto dziś daje koncert.
Ewa mieszkała na trzecim piętrze bloku z wielkiej płyty z lat osiemdziesiątych. Na parterze znajdowało się mieszkanie, które w całym budynku miało status… legendy.
Drzwi wejściowe przypominały wejście do sali balowej w zamku — ciężkie, ze złoconą klamką, która przyciągała wzrok każdego przechodnia. Trudno było przejść obok nich obojętnie. Czasem Ewa miała wrażenie, że wchodzi do innego świata. Szybko jednak wracała do rzeczywistości — zza „pałacowych wrót” wychylała się młoda dziewczyna, obwieszona srebrną biżuterią tak hojnie, że gdyby miała jeszcze jeden palec, i on dostałby pierścionek.
Matka
i córka mieszkały tam od zawsze.
I nikt nie potrafił
powiedzieć, gdzie kończyła się codzienność, a zaczynał
spektakl.
W oczach obu kobiet sąsiedzi byli zbiorowiskiem „po…rąbanych wariatów” — co zresztą komunikowały regularnie, wszystkich mieszkańców bloku. Tematy sporów były zaskakująco przyziemne: zaginione obrusy ze strychu, poszewki, a raz nawet gumowa miednica.
Pewnego dnia w tym układzie pojawił się mężczyzna. Zaskoczenie było tak duże, że niektórzy uznali go za pomyłkę. Jednak nie. Zamieszkał na kilka lat.
Gdy mężczyzna zniknął z mieszkania zaczęły dobiegać odgłosy płaczu dziecka. Wszyscy liczyli, że może ono będzie inne. Nic z tego. Malec wyrósł na wierną kontynuację rodzinnej tradycji — pod drzwiami każdego lokatora zostawiał „pamiątki” w formie płynnej lub stałej, a z czasem dorzucił do tego inwektywy, płynnie łącząc słownictwo matki i babki.
W
bloku zaczęły krążyć pytania, skąd kobiety mają pieniądze na
styl życia wyraźnie przekraczający lokalne możliwości. Plotka,
dotąd szeptana, wreszcie wybrzmiała głośno:
„stara jeździ
po dużych miastach i żebrze”.
Ewa nie przywiązywała do niej większej wagi — aż do dnia, kiedy w Krakowie, na ulicy Floriańskiej, zobaczyła znajomą postać.
Zgarbiona sylwetka, potargana chusta, twarz zmęczona, z wyrazem cierpienia. W drżącej dłoni plastikowy kubek na datki. Ewa zatrzymała się. Kobieta uniosła wzrok. Przez ułamek sekundy spojrzenia się spotkały. Potem żebraczka splunęła w jej stronę i rzuciła wiązankę, która na moment zatrzymała ruch ulicy. Przechodnie odwracali głowy, udając, że nic nie słyszą.
Kilka dni później Ewa zobaczyła ją ponownie — tym razem bez teatralnej charakteryzacji. Stała przy kasie dworcowej i sprawnie liczyła bilon. Bileterka, z rutynową obojętnością, zamieniała monety na banknoty.
Kwota sięgała około pięciuset złotych dziennie.
Niektórzy w bloku pracowali tydzień, żeby tyle zarobić. Następnego dnia ktoś umył klatkę schodową.
ROZDZIAŁ VI
Ewa mając lat 24 zdała trudny egzamin na przewodnika muzealnego. Dla wielu było to zaskoczenie. Niektórzy nie wierzyli, że jej się uda.
Wezwana do grupy, szła lekko, z niejasnym przeczuciem, że coś się zaraz wydarzy. Zobaczyła go, zanim podeszła bliżej.
Wyróżniał się — nie tylko urodą. Jasne, lekko kręcone włosy opadały mu na czoło, jakby zapominał je odgarniać. Było w nim coś jednocześnie swobodnego i uważnego. Stał spokojnie, jakby nie do końca należał do reszty grupy.
Poczuła znajome ukłucie. Niepokój. Déjà vu?
Mówiła jak zawsze — spokojnie, bez zbędnych dat i muzealnego patosu. Wolała opowiadać o ludziach ukrytych za przedmiotami. O dłoniach, które kiedyś je trzymały. O myślach, które im towarzyszyły. O tym, co zostaje, kiedy człowiek znika.
W połowie zdania urwała.
Jego usta poruszyły się ledwie zauważalnie. Dokończył jej zdanie bezgłośnie — o ułamek sekundy wcześniej.
Zawahała się. Po chwili mówiła dalej. Czuła jego wzrok. Nie odwracał go, nawet kiedy milczała.
Kiedy grupa się rozproszyła, nie odszedł. Stał jeszcze chwilę, jakby na coś czekał.
Podszedł.
— Zapraszam panią na kawę — powiedział, obracając w palcach bilet wstępu. — Włodzimierz. Włodek.
— Ewa.
Uścisnęli dłonie. Jego była ciepła. Puls wyraźny, szybki. Nie cofnął ręki od razu. Puścił ją dopiero, gdy sama lekko drgnęła.
Nie brakowało turystów, którzy składali jej podobne propozycje. Ten był inny. Spokojniejszy.
Zawahała się przez ułamek sekundy. Skinęła głową.
W kawiarni panował półmrok. Pachniało kawą i wilgotnym drewnem stolików. Powietrze było ciężkie, lekko senne.
Zanim usiadła, odsunął jej krzesło. Usiadła niezgrabnie, trochę zmieszana, nieprzyzwyczajona do takich gestów.
— Zamówimy coś?
Skinęła głową.
Kawa była gorzka. Fusy powoli osiadały na dnie.
— Prawdziwa — powiedział. — Nie udaje niczego.
Spojrzała na niego uważniej.
— W-Z?
Uniósł brwi.
— Poważnie?
Kącik jego ust drgnął.
— Nie ryzykuję przy pierwszym spotkaniu.
Na chwilę zamilkł.
Długo patrzył ponad jej ramieniem.
Ewa odwróciła się. Za jej plecami nikogo nie było. A jednak przez moment miała wrażenie, że ktoś tam stał. Kiedy znów na niego spojrzała, nadal patrzył w tamto miejsce.
— Co tam jest? — zapytała.
Drgnął.
— Nic… — odpowiedział szybko. — Pomyliło mi się.
Z głośnika, trochę za głośno, popłynęło „Mniej niż zero”.
— Znasz?
— Wszyscy znają.
— Ale nie wszyscy słuchają.
Zamilkli na chwilę.
— Co cię tak zainteresowało? — zapytała ciszej.
Włodek spojrzał na nią uważnie, jakby dobierał słowa.
— Na początku każdy trochę gra — powiedział w końcu. — Ty nie.
Nie odpowiedziała od razu. Zarumieniła się lekko.
— Skąd możesz to wiedzieć?
Uśmiechnął się.
— Widziałem cię wcześniej.
— Gdzie?
Nie odpowiedział od razu.
— Nie pamiętam gdzie — powiedział w końcu. — Ale pamiętam ciebie. To zdanie zawisło między nimi. Ewa poczuła lekki niepokój.
— Pomyślałem, że… moglibyśmy mieć sobie coś do powiedzenia — dodał ciszej.
Zza okna wpadł chłodny podmuch wiatru i przewrócił stojak z gazetami. Schylili się jednocześnie. Ich dłonie zetknęły się na moment.
Włodek nie cofnął ręki od razu. Czekał. Ewa znieruchomiała. Czuła ciepło jego skóry.
W kawiarni zrobiło się gwarno, ale słyszeli tylko siebie.
— A ty? Jakiej muzyki słuchasz?
— Różnej.
— Jakiej „różnej”?
Zawahała się.
— Francuska piosenka… poezja śpiewana. Juliette Gréco. Charles Aznavour. Bułat Okudżawa.
Włodek uśmiechnął się lekko.
— Lubię ten klimat.
— Lubię poezję… — dodała ciszej. — Czasem coś zapisuję.
— Pokażesz mi kiedyś?
Zawahała się.
Nie była pewna, czy powinna.
— Może.
Nagle z zamkniętych dotąd szkatułek pamięci zaczęły wydobywać się słowa. Ostrożnie, potem coraz szybciej. Był pierwszym, który słuchał jej uważnie. Pierwszym, któremu powiedziała tak wiele.
Na pożegnanie ujął jej dłoń.
— Jesteś… delikatna, Ewo — powiedział ciszej.
Zadrżała.
— Wypijemy jeszcze niejedną kawę. Jestem ciekawy twojej poezji.
— Tak… do następnego razu.
Patrzył na nią chwilę dłużej. Czy próbował zapamiętać coś więcej niż jej twarz?
To spojrzenie ją zaniepokoiło. Odprowadziła go wzrokiem. Srebrny Volkswagen zniknął za zakrętem. Stała jeszcze chwilę, nieruchomo.
Miała wrażenie, że już kiedyś z nim rozmawiała.
I że wtedy też nie wiedziała, kim dla niej będzie.
ROZDZIAŁ VII
W latach osiemdziesiątych modne były „prażone” — spotkania na ogródkach działkowych. Wieczór był ciepły, ciężki od zapachu kwiatów i dymu. Powietrze drżało od śmiechu i bełkotu podchmielonych mężczyzn.
Ewa czuła urok chwili, gdy nagle usłyszała skrzeczący głos cioci Emmy:
— Nie pozwolę ci spotykać się z tym gagatkiem!
Ewa rozejrzała się. Kilka metrów dalej prezes ogródków unosił kieliszek.
— Na zdrowie, piękna panienko!
Zrozumiała, że mówi do niej. Uśmiechnęła się lekko.
— Dziękuję.
— Co to ma znaczyć?! — głos Emmy przeciął powietrze. — Nie będziesz się z nim zadawać!
Ludzie jeszcze śpiewali, ktoś fałszował refren. Impreza powoli dogasała.
Wracali przez pola. Księżyc rozlewał się mlecznym światłem, trawa pachniała jesienią. Ewa szła trochę z tyłu. Zrywała po drodze kwiaty, z których powstał pokaźny bukiet.
Parcie na pęcherz narastało szybko i boleśnie. Przy drodze nie było gdzie się zatrzymać. Dopiero przy blokach zobaczyła ciemniejsze zarośla. Przyspieszyła. Ulga przyszła natychmiast. Kiedy wyszła, zobaczyła ciocię.
Stała nieruchomo. Twarz miała wykrzywioną gniewem.
— Nie wrócisz dziś do mieszkania — powiedziała. — Pójdziesz ze mną.
— Dlaczego?
— Umówiłaś się z tym fagasem. Nie splamisz dobrego imienia rodziny.
Absurd sytuacji rozbawił ją tak bardzo, że wybuchła śmiechem. Śmiała się, dopóki nie poczuła ostrego bólu. Ciocia uderzyła ją w twarz. Zakręciło się jej w głowie. Pobiegła. Nie wiedziała dokąd. Biegła między ludźmi, coraz szybciej, jakby mogła zgubić ten głos, który wciąż był za nią.
— Zatrzymaj się!
Emma złapała ją za ubranie. Ewa wysunęła się i wyrwała. Oddech rwał się w gardle. Serce biło nierówno. Obraz falował przed oczami.
Schody. Drzwi. Czyjeś twarze.
— Ewa, co się dzieje…?
Nie odpowiedziała, ruszyła dalej. Ciocia była za nią.
— Nie rób wstydu rodzinie!
Słowa przestawały mieć znaczenie. Zostawał tylko dźwięk. I ciało, które nie nadążało. Nogi zrobiły się ciężkie. Ręce drżały.
Zatrzymała się.
I wtedy pomyślała:
przecież mam ponad trzydzieści lat.
Ta świadomość zabolała.
Powrót do mieszkania pamiętała jak przez mgłę. Taksówka, autobus, czyjeś głosy. Obudziła się późno, w ubraniu, z koszmarnym bólem głowy. We śnie usiłowała uciec przed czymś, co ściskało jej głowę jak w imadle. Na podłodze leżały zwiędłe polne kwiaty. Dopiero ich widok przypomniał, że koszmar nie skończył się wraz ze snem. Zlana potem i zmęczeniem weszła do wanny, by zmyć wstyd i upokorzenie. Próbowała rozpuścić myśli w ciszy wody, pozwolić im odpłynąć. Wtedy usłyszała zgrzyt klucza w zamku. Do mieszkania weszła mama Maria, zmierzając wprost do kuchni. Bez słowa rozłożyła zakupy i przystąpiła do gotowania obiadu. Spokój Ewy rozpłynął się jak bańka mydlana. Pomyślała, jak dobrze, że zabroniła Włodzimierzowi odwiedzać ją w mieszkaniu. Nie zniosłaby, gdyby zobaczył ją rozdygotaną i upokorzoną swoją bezradnością. Ewa, zmęczona, otulona w ręcznik stanęła w progu kuchni, powiedziała cicho:
— Dlaczego weszłaś do mojego mieszkania bez zapowiedzi?
— O co ci chodzi? – odpowiedziała Maria.
— Nie byłoby ci wstyd zastać mnie z mężczyzną w łóżku?
— Jezus Maria!!! Znowu masz jakieś pretensje! Przecież zrobiłam ci zakupy, za chwilę będziesz miała obiad! — krzyczała matka. — Nie każdy ma tak dobrze jak ty!
— Nie chcę twojego obiadu! Zostaw mnie w spokoju!
— Taka jest twoja wdzięczność? Co z ciebie za córka? Jestem dla ciebie nikim?! — rozpłakała się głośno.
Ewa stała w progu, próbując uspokoić matkę, choć sama była na granicy wytrzymałości. Całą noc patrzyła w sufit, znużona brakiem snu. W pracy pachniało kawą i papierem. Na biurku piętrzyły się teksty do korekty. Litery skakały Ewie przed oczami. Po raz trzeci czytała ten sam akapit i nadal nie rozumiała jego sensu. Z utęsknieniem czekała na noc, by nie myśleć i nie czuć odrętwienia.
Kiedy w końcu przyłożyła głowę do poduszki, sen nie przyszedł. Nie przyszedł także przez następne noce.
ROZDZIAŁ VIII
Jedynym
wytchnieniem dla Ewy były częste, długie rozmowy telefoniczne z
Włodkiem.
Był czerwiec. Sama
myśl, że może dzwoni właśnie on, sprawiała, że trudno jej było
usiedzieć w miejscu.
Na klatce schodowej usłyszała dzwonek telefonu. Zamarła na moment i ruszyła biegiem. Drżącymi rękami przeszukiwała torbę. Kluczy nie było. Zdawało jej się, że dzwonek rozbrzmiewa coraz głośniej. Nerwowo wysypała zawartość torby. Monety, długopisy i drobiazgi potoczyły się po schodach korytarza. Nie zwracała na to uwagi. Chwyciła tylko klucze. Zamek w końcu puścił.
Ewa wpadła do mieszkania i chwyciła słuchawkę tak gwałtownie, że telefon na ścianie się zakołysał.
— Wreszcie jesteś — odezwała się zniecierpliwiona matka.
Ewa
westchnęła.
— Jestem.
— Przyjdź na obiad. Ugotowałam ogórkową.
Ton Marii nie dopuszczał sprzeciwu.
— Jadłam w pracy — odpowiedziała Ewa, opierając się ramieniem o ścianę.
Zapadła cisza.
— Mówiłam ci, żebyś nic nie jadła! — głos matki zadrżał. — Staram się, żeby wszystko było świeże…
Zamknęła oczy. Jeszcze chwila rozmowy i matka zacznie wyrzuty od początku. Myślała tylko o spotkaniu z Włodkiem w Krakowie. Planowali włóczyć się po kawiarniach, aż znajdą tę najlepszą. Wyobrażała sobie zapach świeżo mielonej kawy, brzęk filiżanek i ciepło letniego popołudnia.
Nareszcie zadzwonił.
— Ewuś,
bądź gotowa pojutrze. Wyruszamy!
Mówił szybko, niemal jednym
tchem. Usłyszała w jego głosie uśmiech.
Od
razu pojawił się problem — co na siebie włożyć. Mały pokoik
Ewy zniknął pod warstwą letnich sukienek. Leżały na łóżku,
krześle i oparciu fotela. Obróciła się przed lustrem drugi i
trzeci raz.
W lustrze widziała dziewczynę o zbyt dziecięcej
twarzy.
Dwa dni później stała w umówionym miejscu, przy wylocie drogi. Samochody przejeżdżały obok, wzbijając w powietrze kurz nagrzanego asfaltu. Z daleka zobaczyła srebrną Jettę. Natychmiast ją rozpoznała.
Włodek
wysiadł z auta. Zagwizdał z zachwytu na widok Ewy i wykonał
znajomy gest, zapraszając ją do środka.
Na moment przestała
zwracać uwagę na uliczny hałas.
Ruszyli do Krakowa. Upał narastał z każdą minutą. Ewa z ulgą wysiadła z rozgrzanego auta.
Miasto przywitało ich gołębiami i letnim hałasem. Zatrzymali się u stóp Wawelu, po czym ruszyli ulicą Kanoniczną. Śmiali się, co chwilę wpadając na siebie w tłumie. Na rynku wtopili się w tłum, który otaczał mima — „Białą Damę”.
Ewa przecisnęła się bliżej. Przyglądała się kredowo białej twarzy i powolnym gestom artystki. Nagle tłum za jej plecami wybuchnął śmiechem. Zdezorientowana odwróciła się — mim przedrzeźniał jej ruchy.
Rozległy się brawa. Włodek patrzył na nią rozbawiony, a ona odruchowo oparła się o jego ramię.
— Jest
piękna pogoda. Proponuję kawę w ogródku — zagadnął Włodek.
—
Czytasz w moich myślach. Zbyt gorąco, żeby urządzać maraton po
kawiarniach — ucieszyła się Ewa.
Klucząc pomiędzy zaułkami, trafili do kawiarni Camelot i usiedli w cieniu zaułka św. Tomasza. Ogródek otaczały stare mury oplecione bluszczem. Właśnie takie miejsca lubili najbardziej.
Ponieważ było tłoczno, Włodek posadził Ewę na kolanach. Zamówili lody truskawkowe. Zabawiając się, podsunął jej łyżeczkę do ust, ale na ułamek sekundy zawahał się, patrząc, czy nie odsunie głowy. Tłum przewalał się między stolikami. Starsze małżeństwo turystów tak mocno ją potrąciło, że o mało nie spadła z jego kolan.
— Ale ma pan śliczną córeczkę — powiedziała kobieta, głaszcząc ją po ramieniu w przepraszającym geście.
Włodek uśmiechnął się, ale przez chwilę w jego spojrzeniu pojawiło się zawahanie. Ewa zamilkła, jakby na moment odpłynęła od gwaru kawiarni.
Po chwili zeszła z jego kolan, a on ją podtrzymał.
Roześmiali się jeszcze raz, ale po chwili uciekli z dusznego tłumu na spokojniejsze uliczki.
— Czy
wiesz, że jako pracownik muzeum mam prawo za darmo wejść do
dowolnego muzeum nie tylko w tym mieście i to z osobą towarzyszącą?
— powiedziała z dumą Ewa.
— Dawno nie byłem na Wawelu.
Naprawdę mnie wpuszczą? — odparł z niedowierzaniem Włodek.
Kamienne mury zamku przyniosły ulgę po upale ulic. Echo kroków odbijało się od sklepień, mieszało z cichym szmerem przewodników i skrzypieniem starych podłóg.
Strażniczka
rzuciła jej krótkie spojrzenie, po czym uśmiechnęła się
pobłażliwie.
— Legitymację poproszę… i rodzica albo
opiekuna — mruknęła zmęczonym głosem.
Włodek nie mógł powstrzymać śmiechu. Ewa przewróciła oczami i wyciągnęła dokument potwierdzający jej pracę w siostrzanym muzeum.
Kobieta
zarumieniła się mocno.
— Przepraszam… bardzo młodo pani
wygląda.
Ruszyli
dalej, Włodek nachylił się do niej.
— Mogę dalej udawać
twojego opiekuna?
Szturchnęła
go łokciem, ale śmiała się pod nosem.
— Widzisz? Mówiłam,
że nas wpuszczą — wyprostowała się z dumą.
Przechodzili powoli przez królewskie komnaty. Ciężkie arrasy tłumiły światło i dźwięki. Złocenia migotały w półmroku, a powietrze pachniało drewnem i kurzem.
— A
tutaj podobno straszy — szepnęła teatralnie przy wejściu do
węższego korytarza.
— Jeśli wyskoczy duch królowej, chowam
się za tobą.
— Dziękuję za odwagę.
Włodek prawie nie patrzył na eksponaty. Bardziej obserwował sposób, w jaki mówiła — jak ożywiały jej się oczy, kiedy wskazywała detale stropów albo stare włoskie meble. Jak odruchowo ściszała głos w pustych salach.
W jednej z komnat zatrzymali się przy wysokim oknie. W migotliwym świetle Ewie przez sekundę zdawało się, że stoi w ogromnej srebrzystej sali. Miała irracjonalne wrażenie, że już kiedyś tu była. Zacisnęła palce na framudze okna.
— Dobrze
się czujesz? — zapytał z troską Włodek.
— Wszystko w
porządku — odpowiedziała, ocierając pot z czoła.
Na zewnątrz miasto falowało w gorącym powietrzu. Gdzieś ponad dachami odezwał się dzwon Zygmunta.
Gdy wyszli, skierowali się w stronę przystanku, ale szybko porzucili ten plan. Zamiast tego ruszyli pieszo, aż trafili do Lasu Wolskiego. Tam zrobiło się ciszej i chłodniej. W dali było słychać głos kukułki. Spojrzeli na siebie z mieszaniną lęku i ekscytacji, wiedząc, że to ich pierwszy taki moment.
— Boisz się? — zapytał, zbliżając swoją twarz do jej twarzy.
— Ja… ja nigdy wcześniej tego nie robiłam — wyszeptała, unikając jego spojrzenia.
Odgarniając do tyłu jej bujne, długie włosy. delikatnie pocałował Ewę w czoło. Ten moment przegonił jej wszelkie obawy.
Czas zwolnił. Otaczał ich zapach mchu i igliwia. Leżąc na trawie, ich spojrzenia były coraz śmielsze. Przy każdym dotyku Ewa drżała, a on na moment zatrzymywał się. Kiedy wyczuł jej odprężenie, pocałunki były coraz dłuższe i bardziej namiętne. Serce Ewy gwałtownie zaczęło bić. Wyostrzyły się wszystkie zmysły. Toczyła w sobie walkę pomiędzy lękiem a pożądaniem. Nagle jej zmysły doznały takiego uczucia, którego nigdy nie odczuła.
— O czym teraz myślisz — zapytał z obawą.
Ewa odetchnęła głęboko, a na jej twarzy malował się już tylko spokój i odprężenie.
— Bardzo się cieszę, że to dzieje się tutaj i z tobą.
Leżeli rozpaleni w igliwiu oddychając nierówno. W półmroku lasu Włodek patrzył na nią długo, nie odrywając wzroku w zachwycie. Czas przestał mieć znaczenie. Po raz pierwszy przestraszyła go myśl, że mogłoby jej kiedyś zabraknąć.
Dopiero po dłuższej chwili zauważyli, że dzień zaczyna gasnąć. Było jej tak gorąco, że narzuciła na siebie tylko zwiewną sukienkę.
Wrócili do miasta wieczorem. Kraków był już spokojniejszy, rozgrzany dzień ustępował miejsca chłodniejszemu powietrzu. Ewa zasnęła w drodze. Włodek wziął ją na ręce.
— Chyba trochę przesadziłeś z tym „spokojnym spacerem” — mruknęła sennie.
— To ty zrobiłaś z tego wyprawę — odpowiedział z uśmiechem.
Oparła głowę o jego ramię i zasnęła. Szli przez miasto w ciszy, mijając ogródki pełne rozmów i śmiechu.
Była dla niego bliską, zmęczoną osobą, którą trzeba bezpiecznie odprowadzić do domu.
ROZDZIAŁ IX
Ewa porządkowała dokumenty, gdy ciszę przerwał dźwięk telefonu.
— Proszę przyjść do mnie, pani Ewo — usłyszała spokojny głos dyrektora.
Odłożyła papiery i, zaintrygowana niespodziewanym wezwaniem, ruszyła korytarzem.
Kiedy weszła do gabinetu, jej uwagę od razu przyciągnął siedzący w fotelu mężczyzna. Miał szczupłą, ascetyczną twarz, opaloną i wysuszoną słońcem. Patrzył na nią z dyskretną ciekawością.
— Przedstawiam pani naszego gościa — powiedział dyrektor. — To fotografik i artysta. Zamierza stworzyć album poświęcony muzealnym artefaktom. Proszę pomóc mu we wszystkim, czego będzie potrzebował podczas pracy.
Nieznajomy podniósł się powoli z fotela. Uścisnął dłoń Ewy ciepło i pewnie.
— Krzysztof — przedstawił się z lekkim uśmiechem. — Mam nadzieję, że będzie nam się dobrze współpracowało.
Ewa i Krzysztof usiedli w pobliskiej kafejce, by omówić szczegóły projektu. Za oknem powoli zapadał jesienny zmierzch. W środku pachniało kawą i cynamonem. Ktoś przy sąsiednim stoliku stukał łyżeczką o porcelanę, a zaparowane szyby powoli zasnuwał wieczorny chłód.
— Dyrektor wspominał, że album ma być czymś więcej niż zwykłym katalogiem? — zaczęła Ewa, mieszając herbatę. — Chce pan pokazać historię eksponatów?
— Tak, historię… i coś jeszcze. Chciałem ocalić pamięć o ludziach, którzy ich używali.
Ewa spojrzała na niego z zaciekawieniem. Dotąd traktowała muzealne zbiory jak obiekty wymagające opisu, konserwacji i miejsca w archiwum. Słowa Krzysztofa zabrzmiały inaczej, jak opowieść o żywych świadkach minionych czasów.
— To dość niezwykłe podejście — zauważyła.
— Być może. Właśnie dlatego przyjąłem to zlecenie.
Nie był pierwszym badaczem, który pojawił się w muzeum. Wcześniej przewijali się historycy, reporterzy, dokumentaliści. Większość traktowała archiwum jak zbiór dowodów. Krzysztof mówił o nim tak, jakby przeszłość nadal była tam obecna.
Do pracy przystąpili już następnego dnia. Między statywami i plątaniną kabli leżała stara, bogato zdobiona księga, której złocenia odbijały blask reflektorów. Krzysztof co chwilę zmieniał ustawienia aparatu, ale efekt wciąż go nie zadowalał.
Ewa przez chwilę obserwowała jego zmagania. Gdy otworzyła okno, do sali wsunęło się zimne, popołudniowe światło. Osiadło na księdze miękkim połyskiem. Ustawiła księgę pod lekkim kątem, ostrożnie rozchyliła karty i przesunęła jeden z reflektorów.
— Jeszcze nie tak — mruknęła do siebie.
Odruchowo spojrzała przez obiektyw. Efekt sam ją zaskoczył. Księga ożyła. Skóra oprawy nabrała głębi, złocenia przestały razić, a pożółkły papier nabrał ciepła, jakby ukrywał w sobie dotyk ludzkich dłoni.
— Krzysztof… teraz zobacz.
Przez moment stał nieruchomo, potem podszedł, wycierając dłonie o sweter. Nachylił się nad aparatem. Przez chwilę nic nie mówił. Ewa obserwowała jego twarz. Zniecierpliwienie zniknęło.
— Jak ty to zrobiłaś? — spytał cicho.
Następnym etapem była plenerowa sesja architektury.
Gdy zapadł zmierzch, Ewa zauważyła, że Krzysztof coraz częściej pytał ją spojrzeniem, gdzie ustawić aparat. Bez namysłu spojrzała na zachodzące słońce.
— Krzysztof — spójrz, za chwilę promień słońca przejdzie przez tę szczelinę w murze i światło wydobędzie jego fakturę.
Fotografik błyskawicznie ustawił aparat we wskazanym przez Ewę miejscu. Gdy spojrzał w obiektyw, zamilkł. Przez chwilę nie potrafił oderwać wzroku.
— Oby po wywołaniu w ciemni było to samo, co widzę w tej chwili — pomyślał z nadzieją.
Za zgodą dyrekcji weszli do magazynu zbiorów, gdzie Krzysztof okiem znawcy poszukiwał atrakcyjnych artefaktów. Pochylali się nad zabezpieczonymi gablotami.
— Krzysztof, ta filiżanka to cud rękodzieła — Ewa wyszeptała niepewnie.
Na widok filiżanki uniósł brwi. Filiżanka trafiła przed obiektyw aparatu.
Ewa
ponownie zauważyła zmagania Krzysztofa. Wciąż miał niezadowoloną
minę przy ustawianiu sprzętu. Nie mogąc ustać w miejscu, bez
pytania podeszła do filiżanki i ustawiła ją tak, że reflektor
wydobył z porcelany lekkość mgły. Czekała na jego reakcję.
Zbliżył się
powoli, jakby spodziewał się kolejnego nieudanego ujęcia. Nachylił
się nad aparatem. Powoli wypuścił powietrze. Dopiero teraz
zobaczył filiżankę naprawdę.
Przez chwilę słyszała tylko
jego oddech.
Po intensywnej współpracy Ewa i Krzysztof postanowili pojechać do Krakowa. Czuć już było nadchodzącą zimę. Krajobraz był szary i przygnębiający. Gdy jechali szosą wznoszącą się w górę, Ewa patrzyła w niebo i nagle krzyknęła:
— Krzysztof, natychmiast zatrzymaj się na poboczu!
— Szybko, rozstaw aparat! — kontynuowała Ewa.
Krzysztof nawet nie pytał. Zatrzymał samochód i natychmiast sięgnął po aparat.
I wtedy ciemne chmury rozsunęły się na moment, przepuszczając ostre promienie słońca, które rozświetliły cały ponury krajobraz, a mokra szosa rozbłysła niczym lustro. Stali przy mokrej szosie, patrząc, jak gaśnie światło.
Po zakończeniu sesji zamknęli się w ciemni pachnącej odczynnikami. Jedynym światłem była czerwona żarówka wisząca nad stołem.
W kuwecie powoli pojawiał się obraz. Najpierw cień oprawy. Potem złocenia. Wreszcie miękki rozbłysk na krawędzi księgi.
Ewa patrzyła w milczeniu.
Krzysztof stał obok niej nieruchomo, z rękami wsuniętymi do kieszeni fartucha.
— Coś nie tak? — spytała cicho.
Spojrzał na nią.
— Właśnie pierwszy raz jest dobrze.
Do ciemni zajrzał laborant.
— Kto ustawiał światło?
Krzysztof skinął głową w stronę Ewy.
Laborant spojrzał na odbitkę, potem na nią.
— Ma pani oko.
— Ja? — zdziwiła się Ewa. — To zasługa przyrody.
Następnym etapem współpracy była selekcja wywołanych zdjęć. Ewa nie musiała już w tym uczestniczyć. Na wyraźną prośbę Krzysztofa pozostała przy dalszym tworzeniu albumu.
Na
podłodze leżały dziesiątki fotografii.
Krzysztof zatrzymał
się nad jednym ze zdjęć mokrej szosy i spojrzał na Ewę inaczej
niż dotąd.
Stąpali ostrożnie między fotografiami, jakby poruszali się po cudzych wspomnieniach.
— Wiesz, że większość najlepszych ujęć powstała po twoich poprawkach?
Ewa uśmiechnęła się tylko lekko.
ROZDZIAŁ X
Tego dnia oprowadzała dwie wyjątkowo trudne grupy. Kiedy żegnała ostatnich turystów, na jej twarzy został już tylko uśmiech służbowy.
Do swojego maleńkiego mieszkania dotarła niemal bezwiednie. Lubiła je za to, że było blisko pracy, że można było wrócić, zanim zmęczenie zdążyło się w niej na dobre rozgościć.
Szła powoli, jakby każda klatka schodowa była o jedno piętro wyższa. Zamknęła drzwi i przez chwilę stała w ciszy. Język miała suchy. Ciało domagało się wody. Najchętniej od razu weszłaby do wanny i zniknęła pod powierzchnią. Opadła na fotel. Wsunęła stopy do miski z chłodną wodą. Chłód rozlewał się powoli, centymetr po centymetrze, przynosząc ulgę. Zamknęła oczy. Na moment świat przestał istnieć.
Telefon zadzwonił nagle.
Drgnęła i poderwała się gwałtownie. Stopa ześlizgnęła się z mokrej podłogi. Ułamek sekundy i boleśnie przewróciła się na plecy. Leżąc tak, patrzyła w sufit. Słuchawka kołysała się na kablu, stukając o ścianę.
Przez chwilę nie mogła złapać oddechu.
— Słucham… — wydyszała w końcu.
— Dlaczego tak dyszysz? — zapytał Włodek. — Co się stało?
— Nic… Poślizgnęłam się. Leżę na podłodze.
Krótka cisza.
— Dzwonię z budki telefonicznej na rogu. Zaraz będę.
Odłożyła słuchawkę i oparła głowę o chłodną podłogę.
Jakie licho go teraz do mnie niesie…
I jeszcze przez chwilę — zanim zdążyła to ocenić — poczuła ulgę, że w ogóle zadzwonił.
Przyszedł szybciej, niż się spodziewała.
Będąc jeszcze w progu spojrzał na nią z troską.
— Wyglądasz… źle.
Odwróciła wzrok i poprawiła rękaw sukienki.
— Miałam ciężki dzień.
Podszedł bliżej, ale nie od razu ją dotknął. Dopiero kiedy nie cofnęła się, przyciągnął ją do siebie. Oparła głowę na jego ramieniu.
— Mam ochotę na kąpiel — powiedziała ciszej. — Z olejkami.
— Brzmi dobrze.
W łazience zrobiło się ciepło, parno. Woda szumiała jednostajnie, uspokajająco.
Na chwilę wszystko zwolniło.
I wtedy —
w przedpokoju trzasnęły drzwi.
Ewa zesztywniała.
— Ewa? — rozległ się z kuchni głos Marii. — Kupiłam pomidory, zrobię zupę!
Włodek zdumiony nie od razu się odezwał.
Spojrzał w stronę korytarza. Potem na Ewę.
— Twoja matka ma klucze? — zapytał cicho.
Ewa nie odpowiedziała od razu.
— Myślałam, że wyjechała…
Włodek, stojąc jeszcze w łazience, zapytał z niedowierzaniem:
— Czy ona tak zawsze…?
— No… widzisz — odpowiedziała Ewa i odruchowo zasłoniła twarz dłońmi.
Poczuła ucisk w żołądku. Jak zawsze, kiedy matka była blisko.
— Ale ty próbujesz coś z tym zrobić? — zapytał szeptem Włodek
— Kiedy się jej sprzeciwiam, wpada w histerię… zawsze wychodzę na tę złą…
— To nie jest normalne — powiedział.
— Wiem.
W pośpiechu wsunęła mu do rąk kartkę.
— Przeczytaj.
Włodek spojrzał na nią jeszcze raz, jakby chciał coś powiedzieć, ale pozostał w łazience.
Nie zamknął drzwi od razu.
Dopiero potem rozłożył kartkę. Czytał wolno.
Niezrozumiana,
nie umiała w porę zrozumieć
Niewidziana,
nie nauczyła się w porę widzieć.
Niedopuszczona
—
walkę o siebie
nazwano złem.
Teraz
czuję
mniej
niż nic
w przestrzeni,
która oplata mnie latami
jak
pajęcza sieć.
Zadrżał i zacisnął powieki.
Z kuchni dobiegł szczęk garnków.
Ewa stanęła w progu.
— Dziecko, jak ty wyglądasz! — zawołała Maria. — Blada jak ściana. Zaraz zjesz zupę, to ci przejdzie.
Włodek wyszedł z łazienki powoli.
Spojrzał na Ewę a potem na Marię.
— Mamo… — zaczęła Ewa.
— Co znowu? — Maria nawet nie odwróciła się od garnków.
Ewa wzięła głęboki oddech.
— To jest moje mieszkanie.
Maria zerknęła na nią, jakby nie dosłyszała.
— Co?
Cisza zrobiła się ciężka.
— Jak długo jeszcze będziesz tu wchodzić bez pytania?
Maria odłożyła łyżkę.
— O czym ty mówisz?
Ewa nie cofnęła się.
— O tym, że traktujesz moje mieszkanie, jakby było twoje.
Włodek stał kilka kroków dalej.
— Przesadzasz — powiedziała Maria.
Ewa poczuła, jak grunt pod nią się rozsuwa.
Kuchnia była jasna, przesycona zapachem gotującej się zupy. Maria mieszała w garnku spokojnie, rytmicznie, jakby nic się nie wydarzyło.
Włodek podszedł do stołu. Nie usiadał.
Ewa siedziała pomiędzy nimi — rozdarta między światami, do których nie należała.
— Nic o panu nie wiem — powiedziała Maria oschle, nie odwracając się.
— Ewa rzadko przyprowadza kogoś do domu.
— To nie znaczy, że moja obecność tutaj jest niewskazana? — powiedział z wymuszoną uprzejmością Włodek.
— To nie był planowany moment.
Maria uśmiechnęła się krótko, bez ciepła.
— Z Ewą wiele rzeczy nie jest planowanych.
Odłożyła łyżkę.
Odwróciła się w końcu.
— Ona ma tendencję do… nagłych upadków.
Włodek nie odpowiedział od razu.
— Upadków?
— Tak to można nazwać — powiedziała spokojnie Maria. — Ewa sama nie wie czego chce.
Ewa nerwowo poruszyła się na krześle.
Włodek spojrzał na nią.
— Nie mam takiego wrażenia — powiedział.
Maria uniosła brwi.
— Jak długo pan zna Ewę?
— To prawda, krótko — przyznał. — Ale mam oczy.
Zapadła cisza. Nieprzyjemna, ale uprzejma.
Maria wróciła do garnka.
— Ewa nie radzi sobie w życiu.
— A kto decyduje, co to znaczy „radzić sobie”? — zapytał spokojnie Włodek.
Maria
uśmiechnęła się lekko.
— Życie.
— Czyli: pani?
Spojrzała
na niego dłużej.
— Ja jestem jej matką.
— Wiem.
— I wiem też, co dla niej dobre.
Włodek
skinął głową.
— To ciekawe. Bo Ewa nie wygląda na kogoś,
kto jest zagubiony w życiu.
Maria zesztywniała minimalnie.
— Ona mieszka sama. Pracuje. Funkcjonuje.
— Funkcjonuje — powtórzył cicho Włodek.
— Pan sugeruje, że ja jej szkodzę?
— Nie. Ja tego nie wiem.
— Ewa
często dramatyzuje — powiedziała Maria.
— Prawda, kochanie?
Ewa milczała.
— Widzę to, czego pani nie dostrzega — powiedział Włodek.
— Słucham?
— Mówi pani o Ewie tak, jakby była opisem. A nie osobą.
Cisza.
— Ewa ma trzydzieści lat — dodał po chwili.
— A jakie to ma znaczenie?
Zwrócił się do Ewy i szepnął.
— Jest takie miejsce, gdzie ludzie dochodzą do siebie.
Spojrzał na nią uważnie.
— Mogłabyś tam odpocząć.
Kiedy Ewa podniosła głowę, zobaczył w jej oczach nadzieję.
ROZDZIAŁ XI
Po wojnie w latach pięćdziesiątych Władysław próbował zagłuszyć wspomnienia frontu nad Bałtykiem. Trójmiasto, roztańczone i głośne, dawało mu to, czego potrzebował najbardziej – ruch, muzykę, zapomnienie.
Na potańcówkach w rytmie boogie-woogie szalał do utraty tchu, jakby w tańcu mógł wytrząsnąć z ciała echo wybuchów i krzyków. Jego uroda i młodzieńcza energia szybko przyciągały spojrzenia dziewcząt, ale żadnej z nich nie zapamiętywał na dłużej. Twarze zlewały się w jedną, a śmiech gasł, gdy tylko milkła muzyka.
Najczęściej była przy nim Zosia – czarnowłosa, pewna siebie. Śmiała się głośno, patrzyła na niego tak, jakby był jedynym mężczyzną na sali. On odwzajemniał uśmiech, ale nie umiał już patrzeć w ten sposób. Coś w nim zostało na froncie.
Muzyka przyspieszała, parkiet drżał. Władysław śmiał się, choć jeszcze chwilę wcześniej w jego głowie dudnił huk artylerii. Teraz wszystko ginęło w dźwiękach pianina i saksofonu.
— Jeszcze
jeden taniec — rzucił, ocierając pot z czoła. — Dopiero się
rozgrzałem.
— Uważaj, Władek, bo nie dotrzymasz mi kroku —
odpowiedziała zaczepnie, splatając palce z jego dłonią.
Zakreślili szybki obrót. Śmiech Zosi był lekki – i było w nim coś, co koiło niepokój czający się w nim od lat. Po raz pierwszy od zakończenia wojny poczuł, że oddycha pełną piersią. Gdy muzyka na moment ucichła, zauważył, że obrazy frontu przestały wracać. Została tylko noc, światła sali i ciepło kobiecej dłoni.
Zatrzymali się bliżej siebie.
Pocałował ją pierwszy. Najpierw krótko, niepewnie. Potem mocniej. Jej dłonie natychmiast znalazły się na jego karku. Przyciągnęła go do siebie, jakby bała się, że zaraz zniknie. Muzyka wróciła, ale dla nich już nie istniała. Świat zawęził się do przyspieszonych oddechów i ciepła ciał.
Szybkie pocałunki przerodziły się w zachłanną gonitwę rąk. Otrzeźwieli dopiero wtedy, gdy dotarło do nich, że nie są sami.
Rozgrzana emocjami Zosia pociągnęła go z powrotem na parkiet. Był na granicy wyczerpania; pot zalewał mu twarz, a świat wokół rozmywał się w plamach światła. Ostatkiem sił starał się zachować pozory męskiej siły.
W końcu organizm powiedział dość. Wybiegł na zewnątrz, łapiąc powietrze jak tonący. Zaniepokojona Zosia pobiegła za nim i niemal siłą wepchnęła go do nadjeżdżającej taksówki. Władysław nie protestował.
W skromnym mieszkaniu Zosi zasnął natychmiast, bez snów. Ona jeszcze długo leżała obok, patrząc w sufit, jakby próbowała zatrzymać tę noc tylko dla siebie.
Nad ranem, w półśnie, poczuł pod palcami ciepło kobiecego ciała. Obudziło się w nim pożądanie – nagłe, gwałtowne, pozbawione czułości. Jakby chciał coś w sobie zagłuszyć. Pochłaniał Zosię z siłą, której się po sobie nie spodziewał, a ona odpowiadała równie intensywnie.
Władysław obudził się rześki. Obok leżała rozanielona Zosia. Patrzyła na niego tak, jakby był spełnieniem wszystkich jej marzeń.
Wkrótce stali się parą, która każdego wieczoru brylowała na parkietach.
Wiadomość o ciąży spadła na Władysława jak grom z jasnego nieba. Z przerażeniem uświadomił sobie, że nie kocha Zosi. Nigdy nie widział w niej towarzyszki życia. On pragnął już tylko spokoju – cichego, zwyczajnego, bez krzyku i nagłych zwrotów. Takiego, którego nie musiałby zagłuszać.
Znalazł
się w psychicznym potrzasku. Chcąc być uczciwym, powiedział
chłodno:
— Zosiu, nigdy nie obiecywałem ci małżeństwa.
Pomogę w wychowaniu dziecka, ale… niczego więcej nie potrafię
dać.
Nie przewidział jej reakcji. Zosia rozpłakała się, krzycząc, że ją oszukał. W napadzie rozpaczy chwyciła wazon i cisnęła nim w jego stronę. Chwilę później osunęła się bezwładnie na podłogę.
Do szpitala trafiła nieprzytomna. Lekarze stwierdzili silny wstrząs psychiczny i poronienie.
Władysław siedział na korytarzu, wpatrując się w podłogę. Czuł coś, czego nie potrafił nazwać – ulgę, że decyzja została za niego podjęta, i jednocześnie stratę. Nie dziecka, lecz wyobrażenia o sobie jako o człowieku przyzwoitym. I tej ulgi wstydził się najbardziej.
ROZDZIAŁ XII
Okupacja w Polsce zbierała okrutne żniwo. Ranek był rześki. Maria leżała w wysokiej trawie, wdychając zapach wilgotnej ziemi. Źdźbła muskały jej skórę. Na równinie kwitły maki i chabry. Maria patrzyła łapczywie, jakby chciała zapamiętać wszystko.
Serce biło jej niespokojnie. Wbiła palce w ziemię do bólu. Nagle zerwała się z miejsca. Jakby coś ją pchnęło. Pobiegła w dół, a jej jasne włosy rozbłysły w słońcu.
Kiedy dotarła na równinę, nogi drżały jej z wysiłku. Kurz piekł w oczy, popłynęły łzy, lecz nie zwalniała. Wtedy je zobaczyła — niemieckie samochody stojące na podwórzu. Ciemne, obce sylwetki.
Przed domem stała jej rodzina. Stali w szeregu pod pobielaną ścianą. Maria dołączyła do nich bez słowa. Uniosła ręce. Serce zamarło. Nie czuła nic.
Ciszę przeciął zgrzyt odbezpieczanej broni.
Strzały jednak nie padły.
Nastała cisza — najdłuższa, jaką znało krótkie życie Marii. Potem rozległy się słowa, które zrozumiał tylko Franciszek, jej ojciec:
— Franz,
jeśli ich zabijemy, nie będzie już takich pierogów.
— Masz
rację.
Śmiech był krótki. Suchy.
Niemcy podeszli do Franciszka. Kolbami zmasakrowali mu twarz i nogi.
Kobiety nie krzyczały. Drżały im ręce. Nikt nie mówił. Tylko ogień trzaskał pod blachą.
Franciszek długo dochodził do siebie. Wieś ocalała.
Po wojnie Maria wyjechała do Sopot, gdzie mieszkał wraz rodziną jej brat Mieczysław.
Nad morzem wszystko było inne: zamiast zapachu spalenizny i wilgotnej ziemi — sól, wiatr i piasek; zamiast ciszy — gwar portowych ulic i krzyk mew. Miasto pulsowało młodością, jakby jego mieszkańcy w kilka chwil chcieli nadrobić radość odebraną przez wojnę.
A jednak Maria pozostawała tu obca. W tłumie roześmianych dziewcząt czuła się przezroczysta.
Najlepiej czuła się na pustej plaży. Ślady jej stóp szybko znikały pod wodą — i ten widok przynosił ulgę, jakby morze zabierało część jej wspomnień.
Choć miała w sobie naturalne piękno — jasne włosy, smukłą sylwetkę, delikatność ruchów — nie wierzyła w nie. W lustrze widziała wychudzoną dziewczynę o oczach pełnych strachu. Gdy na plaży dostrzegała przystojnego mężczyznę, serce zaczynało bić jej szybciej. Bała się, że zobaczy w niej tylko prostą dziewczynę ze wsi. A kiedy próbował się zbliżyć — odwracała się i odchodziła.
ROZDZIAŁ XIII
Po dramatycznym rozstaniu z Zosią Władysław coraz częściej wymykał się na dziką plażę. Wiosenny wiatr niósł zapach rozgrzanego piasku i pierwszych kwiatów. Szukał tam ukojenia, lecz poczucie samotności nie opuszczało go ani na chwilę.
Pewnego dnia zobaczył w oddali smukłą sylwetkę dziewczyny. Stała nieruchomo, z rozwianymi włosami. Nie mógł oderwać od niej wzroku. Była jak zjawisko, otoczona światłem. Pomyślał o Wenus – i tak ją nazwał.
Na co dzień pracował w drukarni jako zecer. Składał pojedyncze litery w całe zdania, z których powstawały kolejne tomy „Chłopów”. Najbliższym z jego przyjaciół był Mietek – żonaty, ojciec dwojga dzieci. Władysław zazdrościł mu tej zwyczajnej pełni życia.
Dlatego tak bardzo cenił niedzielne obiady u Mietka. Czekał na nie cały tydzień – dla jedzenia i dla ciepła domu. Po obiedzie bawił się z dziećmi w ogrodzie, a one nie chciały wypuścić „wujka Władka” aż do zmierzchu.
Od
pewnego czasu zwierzał się Mietkowi:
— Znalazłem dziewczynę
nad morzem. Piękna jak Wenus. Ale kiedy próbuję podejść –
ucieka. Co mam zrobić?
Mietek roześmiał się serdecznie.
— Ty, który masz powodzenie u tylu kobiet, nagle nie wiesz, co począć?
Dwie kolejne próby spotkania zakończyły się fiaskiem. Po ostatniej dziewczyna przestała pojawiać się na plaży.
Nadeszła kolejna niedziela – ciepła, jasna, pachnąca wiosną. W ogrodzie młode liście mieniły się w słońcu świeżą zielenią.
Przy stole siedziała młoda dziewczyna, blada i sztywna, o oczach tak wystraszonych, że Władysław poczuł niepokój. Nie była urodziwa w sposób, do którego przywykł, lecz obudziła w nim coś zupełnie nowego – czułość i chęć ochrony.
— Władku, poznaj moją siostrę Marysię. Przyjechała z rodzinnej wioski — powiedział Mietek.
Skinął głową, zaskoczony. Marysia spuściła wzrok, jakby chciała zniknąć. Nerwowo ściskała serwetkę w drobnych dłoniach.
Zapach rosołu mieszał się z aromatem świeżych ziół, które wpadały przez uchylone okno.
Podszedł do niej, ujął jej dłoń i złożył na niej lekki pocałunek. Marysia uniosła się niepewnie i nagle osunęła się bezwładnie w jego ramiona.
Delikatnie przeniósł ją na tapczan, układając tak, by mogła swobodnie oddychać.
W pokoju zapanował chaos. Pytania, szepty, przestraszone głosy dzieci. Władysław cofnął się, czując się nagle obcy, nieomal winny.
Mietek podszedł do Władysława aby go uspokoić:
— Zrozum ją — powiedział cicho. — Miasto ją przeraża. Jest u nas dopiero od tygodnia.
Od tej pory każda niedziela była dla niego okazją, by zamienić z nią kilka słów, podać talerz, pomóc w kuchni. Czasem mijali się w ogrodzie, gdy trawa była jeszcze wilgotna od rosy.
W końcu nadszedł dzień, w którym Władysław zdobył się na odwagę. Zaprosił Marysię do centrum Sopotu.
— Może… kawiarnia w Grand Hotelu? — rzucił półżartem, przekonany, że usłyszy niepewne „może innym razem”.
Ku jego zaskoczeniu Marysia skinęła głową.
Nie miała wielu okazji, by stroić się „na wielkie wyjście”. W powojennej Polsce zaczęły krążyć paczki z amerykańskiej organizacji UNRRA — pełne żywności, koców, ale także ubrań, o jakich wiejskie dziewczyny mogły jedynie marzyć.
Jedna z takich paczek, wypełniona sukienkami, kapeluszami, halkami, rękawiczkami z delikatnej koronki i butami na obcasie trafiła do Marysi.
Gdy przymierzała kolejne stroje, słońce przesączało się przez firankę, muskając tkaniny jasnymi plamami światła. Każda sukienka wyglądała tak, jakby została uszyta specjalnie dla niej. Szczególnie jedna sprawiła, że Marysia długo stała przed lustrem, niemal nie rozpoznając własnego odbicia. Materiał delikatnie podkreślał wąską talię, a niewielki kapelusz z woalką dodawał jej elegancji, o jakiej dotąd nie śmiała marzyć. Te ubrania nie tylko ją zdobiły — pozwalały jej na chwilę uwierzyć, że może być kimś więcej niż nieśmiałą dziewczyną z wiejskiego podwórza.
W dniu spotkania wiosenny Sopot pachniał bzem i morzem. Nad promenadą krążyły mewy. Władysław czekał przed Grand Hotelem z bukietem polnych kwiatów zerwanych o świcie. Palce drżały mu lekko. I wtedy ją zobaczył.
Wenus.
Szła powoli, z naturalną gracją. Kapelusz rzucał cień na jej twarz. Przechodnie na jej widok zwalniali kroku, jakby i oni chcieli nasycić wzrok tym widokiem. Władysław wpadł w popłoch i nawet pomyślał o ucieczce.
Kobieta minęła go obojętnie i weszła do wnętrza hotelu. Zatrzymała go jednak obietnica dana Marysi. Z bijącym sercem wszedł do kawiarni.
W środku pachniało kawą i świeżymi wypiekami. Rozglądał się nerwowo, ściskając bukiet — aż w końcu dostrzegł znajomą sylwetkę. Zatrzymał się.
Wenus… Nie.
Serce uderzyło mu mocniej. Jego Wenus miała twarz Marysi. Cofnął się o krok, jakby obraz przed nim potrzebował dystansu, żeby stać się prawdziwy.
Podszedł niepewnie. Zdumiony, jąkając się zapytał:
— Marysiu… to ty?
Uniosła wzrok i zobaczył w jej oczach coś, czego wcześniej w nich nie było: spokój. Jasność. Odbicie morza i plaży.
CZĘŚĆ II
ROZDZIAŁ I
— Ewa ma trzydzieści lat — powiedział Włodek spokojnie.
— A jakie to ma znaczenie?
Kiedy Ewa podniosła głowę, zobaczył w jej oczach nadzieję.
Maria wróciła do garnka. Łyżka uderzała o ścianki rytmicznie. Zupa pachniała intensywnie. Zapach wypełniał kuchnię, wdzierał się do gardła. Ewa odsunęła talerz.
— Znowu nie jesz? — rzuciła Maria.
— Nie jestem głodna.
— Nigdy nie jesteś.
Cisza wróciła tym razem gęstsza.
Ewa wstała.
— Przepraszam — powiedziała, choć nie wiedziała za co.
Wyszła, by pożegnać Włodka. Zamknęła drzwi.
Usiadła na łóżku. Ręce drżały lekko. Oddychała płytko, jak po biegu. Za ścianą dźwięki kuchni trwały dalej. Łyżka. Garnek. Kroki. Zamknęła oczy. Zapadł zmrok. Maria jeszcze krzątała się w kuchni, jakby dzień nie miał końca.
Tej nocy Ewa znowu nie zasnęła.
Leżała nieruchomo. Ciało było ciężkie, jakby należało do kogoś innego. Myśli kotłowały, rozpływały się. Cisza nie była spokojem. Nad ranem wstała. Nie była w stanie pójść do pracy.
Telefon zadzwonił dokładnie w tej chwili, kiedy sięgnęła po kubek. Zatrzymała się. Drugi sygnał.
Podniosła słuchawkę.
— Ewuś…
Jego głos był spokojny.
— Nie spałaś — powiedział, zanim zdążyła odpowiedzieć.
Nie zaprzeczyła.
Po chwili w słuchawce usłyszała:
— Jest takie miejsce — przypomniał. — Gdzie ludzie dochodzą do siebie.
Zamknęła oczy.
Nie zapytała gdzie.
— Zabierz mnie — powiedziała.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Dobrze — odpowiedział.
Szybko spakowała walizkę. Wyjechali wcześnie.
Miasto zostało za nimi szybciej, niż się spodziewała. Bloki ustąpiły miejsca polom. Pola — lasom.
Ewa patrzyła przez okno. Krajobraz przesuwał się powoli, ale miała wrażenie, że to nie on się zmienia, tylko coś w niej.
Droga stawała się coraz węższa. Zakręty ostrzejsze. Drzewa bliższe.
Światło zaczęło gasnąć, choć był środek dnia.
— Daleko jeszcze? — zapytała.
Włodek uśmiechnął się lekko.
— Już niedługo.
Nie dopytała.
Z każdym kilometrem cisza w samochodzie gęstniała. Minęli ostatnie zabudowania.
Droga skręciła w wąską aleję. Drzewa zamknęły się nad nimi jak sklepienie. Opony zaszeleściły na żwirze.
Ewa poczuła coś znajomego. Nie wspomnienie.
Raczej rozpoznanie.
— Włodek…
Nie odpowiedział od razu.
— Byłam tu kiedyś?
Spojrzał na nią krótko. Potem znów na drogę.
— Możliwe — powiedział. — Niektórzy tak mają.
Jego głos był spokojny.
Droga lekko opadła. Zakręt. Drugi.
I nagle — zobaczyła go. Zamek. Nie wyłonił się z krajobrazu.
Raczej… był.
Strzeliste wieże wbijały się w niebo, ale ich krawędzie drgały lekko, jakby nie do końca należały do tego świata. Mury porastały pnącza ciężkie, gęste, nienaturalnie żywe. Światło osiadało na kamieniu i nie rozpraszało mroku. Podkreślało go.
— To niemożliwe… — wyszeptała.
Włodek nie odpowiedział.
Zatrzymali się. Silnik zgasł. Zapadła cisza. Wysiedli. Powietrze było ciężkie. Pachniało wilgocią, azaliami i czymś słodkim.
Ewa wzięła płytszy oddech.
— Czujesz to?
— Tak tu jest — powiedział.
Ruszyli w stronę wejścia.
ROZDZIAŁ II
Kamienna ścieżka uginała się lekko pod stopami. Jakby ziemia nie była do końca twarda.
Gdzieś w oddali słychać było wodę. Szemrała, choć nie było widać strumienia.
Im bliżej podchodzili, tym silniejsze było wrażenie, że zamek… patrzy.
Ewa zwolniła.
— Włodek…
— Co?
— Mam wrażenie, że już tu byłam.
Zatrzymał się.
Spojrzał na nią uważnie.
— Możliwe — powtórzył. Nie zapytała, co to znaczy. Bała się odpowiedzi.
Ogród był przytłaczający. Azalie tworzyły plamy koloru tak nasycone, że aż bolały oczy. Alejki wiły się między krzewami i srebrzystymi strumykami, które pojawiały się i znikały.
Szli
prosto.
A jednak co chwilę wracali w to samo miejsce.
Mały, łukowaty most. Za każdym razem wyglądał odrobinę inaczej.
— Byliśmy tu już… — zaczęła.
— Może tylko ci się wydaje — przerwał tajemniczo.
Znaleźli się na wyspie. Usiedli na mostku.
Woda była idealnie gładka. Nienaturalnie spokojna. Odbijała ogród. Ewa nachyliła się.
Na ułamek sekundy zobaczyła w tafli nie siebie.
Salę.
Białe
światło.
Kamienne ściany.
Zatrzymała oddech. Drgnęła i cofnęła się gwałtownie.
— Coś się stało? — zapytał Włodek.
— Nie… nic.
Patrzył na nią chwilę.
— Zobaczyłaś ją... — powiedział cicho.
Zamarła.
— Co?
— Nic.
Ale jej głos zadrżał. Serce biło szybciej. Włodek objął ją ramieniem.
— Oddychaj wolniej — powiedział cicho.
— Nie mogę…
— Możesz. Tu zawsze jest tak na początku.
Patrzyła na wodę. Teraz widziała już tylko swoją twarz. Zwyczajną. Spokojną. I obcą. Ale wiedziała, że to, co zobaczyła wcześniej, nie było złudzeniem. Oparła głowę na jego ramieniu. Ciepło jego ciała było realne — jedyna rzecz, której mogła się uchwycić. Reszta zaczynała się rozmywać. Krawędzie świata miękły. Kolory traciły ostrość. Zapach ogrodu gęstniał i oplatał ją powoli, jak żywa mgła. Oddychało się coraz trudniej. Powieki same jej opadały. Jeszcze próbowała się skupić. Na wodzie. Na dłoni Włodka. Na własnym oddechu.
Na czymś pewnym.
— Ewuś… jesteś tutaj?
Głos przeciął przestrzeń. W pierwszej chwili nie wiedziała, skąd dochodzi. Otworzyła oczy szerzej. Świat wyostrzył się gwałtownie.
Ale coś zostało.
Cichy
ślad pod powiekami.
Echo.
ROZDZIAŁ III
Ewa
i Włodek odwrócili się w stronę zamku.
Wysokie okna zdawały
się śledzić ich wejście.
Ewa zwolniła. Włodek co chwilę zerkał przez ramię, aż w końcu chwycił ją za rękę. Gdy weszli do holu, w pierwszej sekundzie Ewę oślepił blask światła wpadający z okien. Zadrżała na widok przytłaczającego sklepienia i masywnego, kamiennego kominka.
Spokojny
głos recepcjonistki przywołał ją do rzeczywistości:
– Dzień
dobry, Włodku, apartament jest już gotowy.
– Dzień dobry.
Dziękuję – odpowiedział radośnie, z nutą tajemnicy.
Chwycił Ewę za ramiona i przytulił, chcąc ją uspokoić.
Wchodzili w coraz ciemniejsze korytarze. Pod stopami skrzypiały drewniane schody. Mijali sale, gdzie promienie słońca tworzyły na posadce złote plamy. W korytarzach rzeźbione twarze ludzi i potworów zdawały się śledzić każdy ich krok.
Ewa
przełknęła ślinę i ścisnęła mocniej dłoń Włodka. Jego
palce były ciepłe i pewne jakby nie czuł, jej drżącej dłoni w
jego dłoni.
– Spokojnie – szepnął tylko. – To miejsce
lubi robić wrażenie na początku.
Korytarze wiły się bez końca, a każdy zakręt wyglądał tak, jakby prowadził do innego świata.
Nagle
Ewa zatrzymała się.
– Słyszysz to? – zapytała cicho.
Włodek również przystanął. Przez chwilę zostali tylko ich oddechy i skrzypienie starego drewna w oddali. A potem… coś jeszcze. Ledwie uchwytne, jak szept.
– Tu wszystko ma swój głos – odpowiedział z lekkim lękiem.
Gdy dotarli do drewnianych drzwi otworzył je i, rycerskim ukłonem zaprosił Ewę do komnaty.
W środku była cisza, która zdawała się tłumić nawet oddech. Wielkie łóżko pod baldachimem, ciężkie zasłony i kominek, w którym ogień palił się sam z siebie, mimo że nie było widać nikogo, kto mógłby go rozpalić.
Ewa
zrobiła krok do środka, potem drugi. Nagle poczuła drżenie —
podłoga czy jej własne nogi?
— Włodek… — zaczęła, ale
on już patrzył w stronę okna.
Za szybą nie było ogrodu. Tylko ciemność i pohukiwanie sowy.
Tekst dot. zamku-sanatorium, do wklejenia w odpowiednim momencie:
Ewa
znała ten głos lepiej niż niejedną twarz.
Przez lata
towarzyszył jej wieczorami — w ciszy pokoju, przy zapalonej
lampce, gdy radio stawało się jedynym oknem na świat. Był
spokojny, wyważony, z nutą ironii i ciepła.
Szczególnie zapamiętała audycję o losach dwóch poetek — Haliny Poświatowskiej i Sylvii Plath.
Dlatego gdy w zamkowym korytarzu usłyszała znajomą modulację zdań, najpierw pomyślała, że to złudzenie.
Zatrzymała
się.
Serce zabiło szybciej.
Nie było tu przecież radia. Nie o tej porze. Nie wśród kuracjuszy zmierzających na zajęcia.
A jednak.
— Gdzie mamy teraz iść? — zabrzmiało miękko zza uchylonych drzwi biblioteki.
Ewa poczuła dreszcz.
Ruszyła.
Przeszła przez salę lustrzaną i oranżerię pachnącą wilgocią. Dalej — krużgankami pełnymi rozmów i śmiechu, stukotu obcasów. Zajrzała do dużych, chłodnych sal, gdzie głosy odbijały się echem i wracały z różnych stron. Dopiero pielęgniarka rozwiała jej wątpliwości. Pomyślała, że w tłumie kuracjuszek łatwo zniknąć, rozpłynąć się w szumie rozmów. Czy znajdzie w sobie odwagę, żeby podejść, usiąść obok i powiedzieć coś, co zostanie zapamiętane?
Tej nocy długo nie mogła zasnąć.
Rankiem, jeszcze półprzytomna, schodziła ozdobnymi schodami do jadalni.
Gdy mijała uśmiechniętą blondynkę wchodzącą po schodach w górę, powiedziała odruchowo:
— Dzień
dobry.
— Dzień dobry — odpowiedziała nieznajoma.
Ewa stanęła jak wryta. To był ten głos.
Nieznajoma zrobiła jeszcze dwa kroki i nagle się zatrzymała. Odwróciły się jednocześnie — jak w w zwierciadlanym odbiciu. Przez chwilę patrzyły na siebie z niedowierzaniem.
Potem blondynka uśmiechnęła się pierwsza — i napięcie nagle puściło.
Obie roześmiały się jednocześnie.
— W ogrodzie jest miejsce — powiedziała cicho. — Chodź. Nikt nas tam nie znajdzie.
Schodziły razem do ogrodu, a poranne słońce powoli rozlewało się po zamkowych murach.
