poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Powieść "Bezsenność"

 



Tekst poprawiany, układany strukturalnie i dopisywane kolejne rozdziały


 Lipcowy poranek w Gdyni. Władysław pomagał ciężarnej wsiąść do przepełnionego autobusu. Ludzie zwisali ze stopni, uczepieni siebie nawzajem. Autobus szarpnął. Koło wpadło w rozmytą, śliską koleinę. Kobieta wypadła na jezdnię. Uderzyła w drzewo. Zginęła na miejscu. Kilka osób wpadło pod koła.

Cisza.

Potem krzyk.

Władysław trafił do szpitala z rozległym krwotokiem wewnętrznym. Operacja się udała. Tak mówili lekarze. Szwy jeszcze trzymały.

Podczas transportu na prześwietlenie winda nagle stanęła. Wystarczyło jedno szarpnięcie.

Szwy nie wytrzymały, krwotok wrócił. Władysław jęczał z bólu. Tym razem lekarze wiedzieli: nie zdążą. Granica między snem a jawą zaczęła się rozmywać. Sen przynosił wytchnienie — bez bólu. Czuł obecność czegoś jasnego, cichego, bliskiego. Miał wrażenie, że nad nim krążą ptaki. A może… aniołowie. Powietrze pachniało krochmalem i żywicą — jak lasy jego dzieciństwa. W snach widział miejsca, których nie znał: tropikalne wyspy, złote sale, echo własnego imienia. Ale zawsze wracał do jednego obrazu. Do ogromnej, zamkowej sali wypełnionej srebrzystym światłem. Pośrodku stała szklana kołyska. Leżała w niej dziewczynka.
Krucha. Spokojna.

Opowiadał o niej pielęgniarkom. O drobnych dłoniach. O ustach, które poruszały się, mówiąc coś, czego nie dało się usłyszeć. Słuchały go uważnie. Maria, jego żona, nie uwierzyła. Dla niej były to majaczenia umierającego człowieka.

Na dwa dni przed śmiercią zobaczył ją znowu.

Była starsza. Jej oczy wciąż miały w sobie życie.

Tato… przyjdę. Na Boże Narodzenie.

Z trudem wyszeptał.

Ewunia…

Obraz zgasł.

Obudził się zlany potem.

Do sali weszła Stanisława. Wysłuchała go w milczeniu. Nie zaprzeczyła ani jednemu słowu.

Boże Narodzenie zbliżało się.

Maria nie potrafiła zostać na wybrzeżu. Pół roku wcześniej pochowała tam męża. Wyjechała do siostry.

Czuła się dobrze. A jednak bała się porodu. Bała się, że będzie sama.

Nazajutrz obudziła się z dziwną lekkością.

Po śniadaniu przyszły skurcze.

Za wcześnie — wyszeptała.

Akuszerka spojrzała na nią spokojnie.

Dziecko wie, kiedy przyjść.

W domu zrobiło się zamieszanie. Potem nagle ucichło. I wtedy rozległ się płacz.

Czysty.

Mocny.

Córeczka — powiedziała akuszerka. — Jak będzie miała na imię?

Ewa — powiedziała Maria zmęczonym głosem.

Nikt nie połączył tego z jego słowami. Tylko Stanisława pochylając się nad małą Ewą.

Dziś Ewa odwiedza grób ojca. Patrzy na dwie daty wyryte w kamieniu.

Między nimi jest mało miejsca.

Wystarczająco, żeby zmieścić wszystko.

Czasem zamyka oczy. Wraca do zamku. Do sali ze srebrzystym światłem.

Do szklanej kołyski.

I wtedy słyszy głos:

Obiecałaś… córeczko.


Znowu Ewa w swoim śnie wciąż tam była. Ogromna sala. Białe światło.

I mężczyzna.

Leżał na łóżku. Szamotał się w pościeli, jakby walczył z czymś niewidzialnym. Ewa próbowała podejść bliżej. Nie mogła. Natrafiała na opór — powietrze zgęstniało. Mężczyzna poruszał ustami. Dźwięk docierał jak spod wody.

I wtedy zobaczyła jego twarz.

Nie znała jej. Jednak po chwili zdumiona krzyknęła:

Tata…?!

Mężczyzna otworzył oczy. Patrzył prosto na nią.

Córeczko… pamiętaj.

Światło drgnęło.

I wszystko się urwało.

Ewa obudziła się z krzykiem. Serce waliło tak mocno, że przez chwilę nie odróżniała snu od rzeczywistości.

Wszystko było na swoim miejscu. Ściany, okno, łóżko. Tylko ona nie była pewna, gdzie jest.

To nie był zwykły sen.
Nie zaczynał się teraz.

Trwał.

Pokój był zwyczajny. Ściany, stół, cisza.

Spadł na nią ciężar minionych lat. Oddychała szybko. Za szybko. Przyłożyła dłoń do klatki piersiowej, próbując uspokoić serce. Bez skutku.

Bezsenność zaczęła się dawno temu. Nie wiedziała wtedy, że już z nią zostanie. Leżała nieruchomo, jak sparaliżowana. Tykanie starego zegara nie przynosiło ulgi.

Cisza w pokoju nie była już spokojem. Gęstniała.

Zamknęła oczy. Nie zasnęła.

Pogrzeb Marii był skromny. Ksiądz. Dwie kuzynki. Kilku znajomych. Ziemia była twarda od pierwszych przymrozków. Ewa stała nad grobem bez łez. Czuła ziąb w stopach. Nie czuła smutku ani ulgi. Tylko pustkę — cięższą niż żałoba.

Grudki ziemi uderzały o trumnę głuchym, nierównym dźwiękiem.

Wieczorem znów nie mogła zasnąć.
Usiadła w fotelu.

Zaczęły wracać obrazy.

Najpierw jeden.
Potem następny. 


                          CZĘŚĆ I

 

 Historia Marii i Ewy

 ROZDZIAŁ I


 Ranek był rześki. Maria leżała w wysokiej trawie, wdychając zapach wilgotnej ziemi. Źdźbła muskały jej skórę jak zielone morze. Poniżej, na równinie, kwitły polne kwiaty: czerwone maki, błękitne chabry, żółte jaskry. Maria patrzyła łapczywie, jakby chciała zapamiętać wszystko.

Serce biło jej niespokojnie. Wbiła palce w ziemię do bólu. Nagle zerwała się z miejsca. Jakby coś ją pchnęło. Pobiegła w dół, a jej jasne włosy rozbłysły w słońcu.

Kiedy dotarła na równinę, nogi drżały jej z wysiłku. Kurz piekł w oczy, lecz nie zwalniała. Wtedy je zobaczyła — niemieckie samochody stojące na podwórzu. Ciemne, obce sylwetki.

Przed domem stała jej rodzina. Stali w szeregu pod pobielaną ścianą. Maria dołączyła do nich bez słowa. Uniosła ręce.

Serce zamarło. Nie czuła nic.

Ciszę przeciął zgrzyt odbezpieczanej broni.

Strzały jednak nie padły.

Nastała cisza — najdłuższa, jaką znało krótkie życie Marii. Potem rozległy się słowa, które zrozumiał tylko Franciszek, jej ojciec:

– Franz, wenn wir sie erschießen, wird es nie wieder solche Pierogi mit Fleisch geben.
– Stimmt. Ein Himmel im Mund.
– Und erinnerst du dich an den roten Borschtsch mit Uszka?
– Wie könnte ich nicht? Zum Niederknien gut.

Śmiech był krótki. Suchy.

Niemcy podeszli do Franciszka. Kolbami zmasakrowali mu twarz i nogi. Odeszli w poczuciu spełnionego obowiązku.

Kobiety nie krzyczały. Drżały im ręce. Nikt nie mówił. Tylko ogień trzaskał pod blachą.

Przez długie miesiące Franciszek leżał w milczeniu, znosząc ból z uporem. Wieś Marii ocalała — samotna wyspa pośród morza spalonych domostw. Okazało się, że narzędziami oporu stały się nieoczekiwanie garnki i rondle.

Wieczór zapadł gwałtownie. Maria siedziała na niskim stołku przy łóżku ojca. Franciszek, niegdyś silny gospodarz, teraz leżał bez ruchu. Twarz miał obrzękłą, nogi unieruchomione deskami. Oddychał płytko, lecz w oczach wciąż tliła się iskra uporu.

Maria przykładała lnianą chustę do jego rozpalonego czoła. Każdy ruch wykonywała powoli, jakby mógł sprowadzić Niemców. Z kuchni dobiegał stuk dłoni o stolnicę i brzęk garnków. Te zwyczajne dźwięki przypominały kroki żołnierzy — a jednak niosły życie.

Noc była ciężka. W powietrzu unosił się zapach dymu. Maria siedziała nieruchomo, czuwając przy ojcu, jakby wiedziała, że granica między życiem a śmiercią jest cienka jak nić i może pęknąć w każdej chwili.

 

 ROZDZIAŁ II

 Minęło dziesięć lat. Ewa i jej matka, Maria, spacerowały jedną ze ścieżek Trójmiasta. Maria nagle zatrzymała się.

Widzisz to drzewo? — powiedziała cicho. — Tu był wypadek. Tu zginął twój ojciec.

Ewa nie zrozumiała wtedy wagi tych słów. Miała zaledwie dziesięć lat.

Stały przez chwilę w milczeniu.

Po drugiej stronie ulicy zauważyły niewielki salon fryzjerski. Maria skinęła głową w jego stronę.

Chodźmy.

W środku pachniało lakierem do włosów i wilgotnymi ręcznikami.

Maria usiadła w fotelu. Ewa zajęła miejsce obok, przyglądając się odbiciom w lustrach. W sekundzie mgnienia okiem zobaczyła tam ogromną srebrzystą salę. Przeszył ja strach, zatrzepotała powiekami... i w lustrach wszystko powróciło na swoje miejsce.

Fryzjerka — energiczna, gadatliwa kobieta — zaczęła mówić, zanim jeszcze sięgnęła po nożyczki.

Proszę pani, co tu się ostatnio wydarzyło… — zaczęła, ściszając głos tylko odrobinę. — Wypadek. Straszny. Byłam tam. Widziałam wszystko.

W salonie zrobiło się ciszej.

Straszny wypadek — powtórzyła. — Kobieta w zaawansowanej ciąży zginęła na miejscu.

Na chwilę zamilkła.

A potem, proszę sobie wyobrazić… jeden z mężczyzn, który brał w tym udział, zmarł w szpitalu.

Westchnęła ciężko.

Zostawił żonę w ciąży. Niewyobrażalny dramat.

Westchnęła znowu. Ewa spojrzała na matkę. Na twarzy Marii pojawiło się napięcie zmieszane ze smutkiem. Przez chwilę milczała.

Potem odezwała się spokojnie:

To ja byłam tą kobietą w ciąży.

Fryzjerka zamarła.

A to — dodała, lekko wskazując na Ewę — moja córka. Urodziła się już po jego śmierci.

W salonie zapadła cisza.

Nikt się nie odezwał.


 ROZDZIAŁ III

 Ewie przed oczami powracało wspomnienie jednego z wyjazdów nad morze. Miała już 15 lat. Tam, na brzegu, gdzie wiatr rozwiewał włosy i słowa, dla jej rodziców skończyła się wojna. Kolejne wakacje przyniosły radość z przyjazdu wujka Mietka.

Ewa, pakuj się. Zabieram cię do siebie.

Serce uderzyło w niej nagle, jakby ktoś zapukał od środka. Morze. Szum fal. Trójmiasto.

Mietek, czyś ty oszalał?! Przecież ta smarkula się tam pogubi! Upilnujesz ją?
— Nie widzisz, jak ona wygląda? To jeszcze dziecko! — upierała się Emma.

Maria milczała. Jej spojrzenie mówiło to samo.

Ciało Ewy zdawało się nie nadążać za czasem. Drobne, niepewne, jakby wciąż się wahało, czy naprawdę chce dorosnąć. Inne dziewczyny już wiedziały — jak chodzić, jak patrzeć, jak być widzianymi. Ona umiała tylko znikać.

Spojrzała na wujka — nieśmiało, ale z uporem, którego sama się w sobie nie spodziewała. Jakby od tej jednej decyzji zależało coś więcej niż wakacje.

Nie zmienił zdania.

Po nocnej podróży pociągiem znalazła się w ogrodzie Mietka pełnym róż i azalii. Powietrze było ciężkie od zapachów. W oddali czuć było słony oddech morza.

Pomimo zmęczenia, pobiegła na plażę.

Tam od razu poczuła, że nie musi się tłumaczyć ze swojego istnienia. Morze nie zadawało pytań. Przyjmowało wszystko takim, jakie było.

Stała boso, kiedy fale obmywały jej stopy, powracając w równym rytmie, jak oddech. Przez chwilę miała wrażenie, że stoi w miejscu, w którym zaczynają się i kończą czyjeś ślady — może jej rodziców, może jej własne, jeszcze niewidoczne.

W oddali dostrzegła sylwetkę mężczyzny. Rozmywał się w świetle i mgle, jakby należał bardziej do pejzażu niż do świata ludzi. Nie poczuła strachu. Raczej coś na kształt ciekawości — cichej, bezbronnej.

Trójmiasto wciągało ją powoli. Zapach smażonych ryb, wilgotne powietrze starych uliczek, ogrody Sopotu, w których czas zdawał się zapadać w sen.

Siadywała w kawiarni „Alga” i patrzyła. Ludzie byli jak opowieści — wystarczyło słuchać fragmentów, by dopowiadać resztę. Śmiali się, kłócili, milczeli obok siebie.

Ona pozostawała na granicy tego świata. Niewidzialna, ale obecna. I może właśnie to dawało jej bezpieczeństwo.

Kiedy przyszło pakować się do powrotu, poczuła coś na kształt straty — choć przecież niczego tu naprawdę nie posiadała.

Zapraszam cię na pożegnalną kolację — powiedział kuzyn Adam - przystojny milicjant.

Jego głos wyrwał ją z zamyślenia.

Serio? Gdzie?
— Niespodzianka.

Na łóżku czekały rzeczy, które wyglądały, jakby należały do kogoś innego. Sukienka, buty na obcasie, kapelusik, kosmetyki.

Kiedy się ubrała, ciało nagle przestało być przezroczyste. Zyskało kształt, linię, ciężar.

Gdy Ewa spojrzała w lustro, w pierwszej chwili nie rozpoznała siebie.  Mocny makijaż, prowokacyjna suknia. To ją na moment przeraziło, potem jednak zrobiła piruet z zachwytu.

Ewa… wyglądasz rewelacyjnie — powiedział Adam cicho.

Lokal uderzył ją natychmiast — światłem, zapachem, dźwiękiem. Wszystko było zbyt intensywne. Ciała, głosy, spojrzenia... .

Mężczyźni patrzyli na nią w sposób, który przenikał przez ubranie, przez skórę, aż gdzieś głębiej, gdzie nie umiała już się wycofać.

Jeden z nich pokazał jej plik banknotów. Gest był szybki, pewny. Nie zrozumiała od razu. Ale ciało zrozumiało pierwsze — napięciem, które ścisnęło jej gardło.

Uszczypnięcie było nagłe, bolesne. Odwróciła się gwałtownie. Śmiech. Czyjś szept.

Adam zniknął.

Kiedy wrócił, jego obecność nie przyniosła ulgi.

To tylko „mewki”. Weszłaś w ich rewir.

Adam… wychodzę. Nie wytrzymam. Gdzie my jesteśmy?

Spojrzał na nią inaczej. Jakby wreszcie ją zobaczył — ale nie tak, jak chciała.

Widzisz jedną ze stron życia. Zapamiętaj ją.

W samochodzie czuła w ustach gorzki smak. W domu Adam długo milczał. W końcu powiedział:

— Przepraszam. Byłaś jedyną osobą, która mogła pomóc w schwytaniu podejrzanego. Dyskretnie go obserwowaliśmy. Jutro wyjeżdżasz. Będziesz bezpieczna. I zapomnisz o tym miejscu. Dopiero wtedy zrozumiała, że była elementem cudzej gry.

Nie Kopciuszkiem.

 Była rekwizytem — jak sukienka i buty, które jej zabrano.


 ROZDZIAŁ IV

 Ewa mieszkała z mamą Marią w maleńkim mieszkaniu. Mama – wierząca, praktykująca. Ewa – od początku z jakąś wrodzoną niechęcią do religii, której nawet Maria nie potrafiła w niej przełamać. Kolęda dla Ewy była teatrzykiem, szopką dla dorosłych. Zawsze dziwił ją blask w oczach mamy, gdy ksiądz miał stanąć w progu.

 Szczególnie zapamiętała jedną zimę. Na stole leżał wykrochmalony obrus, prasowany godzinę, żeby nie został ani jeden ślad zagięcia. Kryształowe naczynie z wodą, dwa świeczniki, krzyż. Tym razem ciekawił ją nowy proboszcz – poprzedni zniknął równie nagle, co nieodwołalnie.

Najpierw zjawili się kolędnicy. Zachrypniętym głosem odśpiewali kolędę i rozpłynęli się na klatce schodowej. A potem w drzwiach pojawił się on. Najpierw brzuch, potem reszta. Czerwony, spocony, ciężki. Wymamrotał modlitwę, pokropił mieszkanie wodą z kranu – święconej Maria nie zdążyła pożyczyć – i z hukiem usiadł na krześle, które niebezpiecznie zaskrzypiało pod jego ciężarem. Jego twarz przybrała wyraz zwiastujący burzę. Maria, spięta, niemal na baczność, siedziała naprzeciwko niego z pokorą i bojaźnią.

Z eleganckiej torby wyjął dokumenty i z powagą kata oświadczył, że ma dowody na „skandaliczne prowadzenie się” Marii. Na początku mówił łagodnie, ale po chwili już grzmiał:

Jesteś grzesznicą! Masz kochanka! Kobieta wierząca tak nie postępuje! Przychodzę, by przynieść ci zbawienie!

Spojrzał na Ewę i warknął:

A ty jesteś grzesznym bękartem!

Jego słowa spadały na Marię jak bicze. Ewa widziała, jak kurczy się z każdym okrzykiem, coraz mniejsza, jakby próbowała zniknąć. Chciała coś powiedzieć, krzyknąć, stanąć przed nią jak tarcza, ale zagłuszał ją swoim moralnym gromem.

Wreszcie Ewa zebrała się na odwagę.

- Moja Mama jest wdową! – cała drżąc wrzasnęła tak, że usłyszeli sąsiedzi szykujący się na powitanie niosącego zbawienie.

Zapadła cisza. Głucha, ciężka, długa.

Ksiądz zamarł. Poderwał się gwałtownie, krzesło pisnęło, a on zachwiał się, jakby nagle zabrakło mu gruntu pod nogami. Zerknął jeszcze raz w dokumenty, zamrugał, sapnął i mruknął pod nosem, wyraźnie, z bezsilną rozpaczą człowieka, który wie, że przegrał spektakl:

- To pomyłka. Nie ten adres.

I wyszedł.

Zostawił za sobą zapach kadzidła, wstyd i echo słów, które miały ranić na wieczność. A jednak nie zostało po nim nic poza ciszą i cieniem śmieszności.

Maria pozostała praktykującą katoliczką.

Ewa do dziś pamięta tamto „to pomyłka” – jakby całe życie potrafiło czasem pomylić adres.


ROZDZIAŁ VA

Miała szesnaście lat.

Czytała wszystko — fantastykę, poezję, filozofię, teksty francuskich piosenek.
Świat w jej głowie był większy niż ten, w którym żyła.

Polonistka patrzyła na nią podejrzliwie.

Przyznaj się. Kto ci pisze wypracowania?

To bolało bardziej niż zła ocena.

Dlatego wysłanie opowiadania na konkurs było czymś więcej niż próbą. Było dowodem. Dla niej samej.

Dwa tygodnie później przyszedł list. Niebieska koperta. Pieczątka redakcji. Pierwszy list zaadresowany do niej.

Odebrała go ciocia Emma.

No coś podobnego… — powiedziała, obracając kopertę w palcach. — Ewa dostała list urzędowy?

Ewa podeszła bliżej.

To nie pomyłka. Proszę mi go oddać.

Wyciągnęła rękę.

Emma cofnęła ją gwałtownie.

Jakie listy? Jakie konkursy?

Ewa patrzyła na kopertę.

Jeszcze chwilę.

Odwróciła się i bez słowa poszła do pokoju. Zamknęła drzwi. Płakała cicho. Potem w sposób niekontrolowany, głośny, rozpaczliwy — jakby ciało nie mogło go unieść.

Z oddali słyszała głos:

Ewa! Na obiad! Rosół stygnie!

Nie odpowiedziała.

Dopiero kiedy Emma stanęła nad nią, podniosła się.
Ból głowy. Ścisk w żołądku. Nie zdążyła dojść do stołu.

Zwymiotowała.

Co za dziewuszysko… — rzuciła ciszej, z niesmakiem. — Rosół stygnie.

Ewa usiadła. Patrzyła na talerz.

Nie była w stanie przełknąć ani łyżki.

Żryj — warknęła Emma. — Bo ci napluję.

W tej samej chwili żołądek zareagował.

Zwymiotowała prosto do talerza. Zapadła cisza.

Tamtej nocy nie spała. Kolejne były także bezsenne.

Czuła zmęczenie jak ciężar, który dzień po dniu przygniata ciało, rozmywa myśli. Chodziła jak we śnie. Jakby ktoś powoli wyciągał z niej życie.

A list… już nigdy do niej nie wrócił.

Wieczorem wracała z babcią Stanisławą do mieszkania.

Na każdym półpiętrze babcia zatrzymywała się, łapiąc oddech.
— Dziecko… jak mi ciebie żal.

Ewa nie odpowiadała.

Szła dalej.


 ROZDZIAŁ IV

 Wezwana do grupy, szła lekko, z niejasnym przeczuciem, że coś się zaraz wydarzy. Zobaczyła go, zanim podeszła bliżej.

Wyróżniał się — nie tylko urodą. Jasne, lekko kręcone włosy opadały mu na czoło, jakby zapominał je odgarniać. Było w nim coś młodzieńczego, ale i skupionego. Stał spokojnie, jakby nie do końca należał do reszty grupy.

Poczuła znajome ukłucie. Niepokój. A może rozpoznanie. Déjà vu.

Mówiła jak zawsze — spokojnie, bez zbędnych dat i muzealnego patosu. Wolała opowiadać o ludziach ukrytych za przedmiotami. O dłoniach, które kiedyś je trzymały. O myślach, które im towarzyszyły. O tym, co zostaje, kiedy człowiek znika. W połowie zdania urwała.

Jego usta poruszyły się minimalnie. Dokończył jej zdanie bezgłośnie — o ułamek chwili wcześniej. Zawahała się. Po chwili mówiła dalej.

Czuła jego wzrok. Nie odwracał go, nawet kiedy milczała.

Kiedy grupa się rozproszyła, nie odszedł. Stał jeszcze chwilę, jakby na coś czekał.

Podszedł.

Zapraszam panią na kawę — powiedział, obracając w palcach bilet wstępu.
— Włodzimierz. Włodek.

Ewa.

Uścisnęli dłonie. Jego dłoń była ciepła. Puls wyraźny, szybki. Przez moment nie cofnął ręki. Puścił ją dopiero, gdy sama lekko drgnęła.

Nie brakowało turystów, którzy składali jej podobne propozycje. Ten był inny. Spokojniejszy. Jakby nigdzie mu się nie spieszyło.

Zawahała się przez ułamek sekundy. Skinęła głową.

W kawiarni panował półmrok. Pachniało kawą i wilgotnym drewnem stolików. Powietrze było ciężkie. Trochę senne.

Zanim usiadła, odsunął jej krzesło. Usiadła niezgrabnie, lekko zmieszana, nie przyzwyczajona do takich gestów.

Zamówimy coś?

Skinęła głową.

Kawa była gorzka. Fusy powoli osiadały na dnie.

Prawdziwa — powiedział. — Niczego nie udaje.

Spojrzała na niego uważniej.

W-Z?

Uniósł brwi.

Poważnie?

Kącik jego ust drgnął.

Nie ryzykuję przy pierwszym spotkaniu.

Na moment zamilkł.

Długo spoglądał ponad jej ramieniem. Ewa odwróciła się. Za jej plecami nikogo nie było. Kiedy znów na niego spojrzała, nadal patrzył w tamto miejsce.

Co tam jest? — zapytała.

Drgnął.

Nic… — odpowiedział szybko. — Pomyliło mi się — powiedział niepewnie.

Z głośnika, trochę za głośno, popłynęło „Mniej niż zero”.

Znasz?

Wszyscy znają.

Ale nie wszyscy naprawdę słuchają.

Zamilkli na chwilę.

Co cię tak zainteresowało? — zapytała ciszej.

Włodek spojrzał na nią uważnie. Jakby dobierał słowa.

Ludzie rzadko są… naprawdę sobą przy pierwszym spotkaniu.

Na moment zamilkł i dodał.

Ty jesteś.

Nie odpowiedziała od razu. Zarumieniła się speszona.

Skąd możesz to wiedzieć?

Uśmiechnął się.

Widziałem cię wcześniej.

Zapadła cisza.

Gdzie?

Nie odpowiedział od razu.

Nie pamiętam — powiedział w końcu. — Ale pamiętam ciebie.

To zdanie zawisło między nimi.

Pomyślałem, że… moglibyśmy mieć sobie coś do powiedzenia — powiedział z dziwną nutką, która Ewę lekko zaniepokoiła.

Zza okna wpadł chłodny podmuch wiatru i przewrócił stojak z gazetami. Schylili się jednocześnie. Ich dłonie zetknęły się na moment.

Włodek nie cofnął ręki od razu, czekał. Ewa znieruchomiała. Czuła ciepło jego skóry.

W kawiarni zrobiło się gwarno, ale słyszeli tylko siebie.

Rozmowa potoczyła się dalej — spokojnie, jakby znali się od dawna.

A ty? Jakiej muzyki słuchasz?

Różnej.

Jakiej „różnej”?

Zawahała się.

Francuska piosenka… poezja śpiewana. Juliette Gréco. Aznavour. Okudżawa.

Włodek uśmiechnął się lekko.

Ja też. Lubię te klimaty.

Lubię poezję… — dodała ciszej. — Czasem coś zapisuję.

Pokażesz mi kiedyś?

Zawahała się.

Może.

I wtedy coś w niej pękło. Z zamkniętych dotąd szkatułek pamięci zaczęły, bez obawy, wydobywać się słowa. Był pierwszym, który słuchał jej uważnie. Był pierwszym, któremu powiedziała tak wiele.

Na pożegnanie ujął jej dłoń.

Jesteś… delikatna, Ewo — powiedział ciszej.

Zadrżała.

Wypijemy jeszcze niejedną kawę. Jestem ciekawy twojej poezji.

Tak… do następnego razu.

Patrzył na nią chwilę dłużej. Próbował zapamiętać coś więcej niż twarz? Jego spojrzenie trochę Ewę zaniepokoiło. Nikt wcześniej tak na nią nie patrzył.

Odprowadziła go wzrokiem. Srebrny Volkswagen zniknął za zakrętem.

Stała jeszcze chwilę, nieruchomo. Miała wrażenie, że już kiedyś z nim rozmawiała.

I że wtedy też nie wiedziała, kim dla niej będzie.


 ROZDZIAŁ V

 Dni upływały na częstych, długich rozmowach telefonicznych z Włodkiem. Był czerwiec.

Ewa wracała z pracy lekka, niemal nie dotykając stopni. Sama myśl o telefonie od Włodzimierza wywoływała lekki zawrót głowy.

Na schodach usłyszała dzwonek telefonu. Zamarła na moment. A potem niemal pobiegła.

Drżącymi rękami przeszukiwała torbę. Kluczy nie było. Dzwonek rozbrzmiewał uparcie. Wydawało się, że z każdą sekundą głośniej. W końcu wysypała zawartość torby na podłogę. Monety, długopisy, drobiazgi potoczyły się po schodach korytarza. Nie zwracała na to uwagi. Chwyciła tylko klucze. Drzwi ustąpiły dopiero po chwili. Ewa wpadła do mieszkania i porwała słuchawkę tak gwałtownie, że telefon na ścianie się zakołysał.

Wreszcie jesteś — odezwała się zniecierpliwiona matka.

Ewa westchnęła cicho.

Jestem.

Przyjdź na obiad. Ugotowałam ogórkową.

Ton Marii nie dopuszczał sprzeciwu.

Jadłam w pracy — odpowiedziała Ewa, opierając się ramieniem o ścianę.

Zapadła cisza.

Mówiłam ci, żebyś nic nie jadła! — głos matki zadrżał. — Staram się, żeby wszystko było świeże…

Ewa przymknęła oczy. Nie miała dziś siły na kolejną kłótnię. W głowie miała tylko jedno: spotkanie z Włodkiem w Krakowie. Planowali mały rajd po kawiarniach. Szukać tej jednej, najlepszej. Wyobrażała sobie zapach świeżo mielonej kawy, brzęk filiżanek, ciepło letniego popołudnia.

W końcu zadzwonił.

Ewuś, bądź gotowa pojutrze. Wyruszamy!

W jego głosie był uśmiech, który czuła nawet przez telefon.

I wtedy pojawił się problem. Co na siebie włożyć. Mały pokoik Ewy zniknął pod warstwą letnich sukienek. Leżały na łóżku, na krześle, na parciu fotela. Przez otwarte okno wpadało ciepłe powietrze, niosąc zapach lata. Obracała się przed lustrem. Raz. Drugi. Trzeci. Na moment zakręciło jej się w głowie. Jakby podłoga lekko się poruszyła. Sukienki wirowały wokół niej. Chciała wyglądać lekko. Naturalnie. Tak, jak on ją pamiętał. Miała wrażenie, że tylko on ją rozumie.

Ale czy zobaczy w niej także kobietę?

Dwa dni później stała w umówionym miejscu, przy wylocie drogi. Samochody przejeżdżały obok, wzbijając w powietrze kurz nagrzanego asfaltu. Z daleka zobaczyła srebrną Jettę.

Natychmiast ją rozpoznała.

Włodek wysiadł z auta. Zagwizdał z zachwytu na widok Ewy i wykonał znajomy gest, zapraszając ją do środka.

Przez chwilę poczuła się, jakby była jedyna.

Ciepłe powietrze wpadające przez uchylone okno mieszało się z zapachem tapicerki i nagrzanego asfaltu. Wszystko dookoła zniknęło. Liczyła się tylko jego obecność. Spojrzenie. I delikatny uśmiech, który natychmiast rozpraszał jej wątpliwości.


ROZDZIAŁ VI

Tego dnia oprowadzała dwie wyjątkowo trudne grupy. Kiedy żegnała ostatnich turystów, na jej twarzy został już tylko uśmiech służbowy.

Do swojego maleńkiego mieszkania dotarła niemal bezwiednie. Lubiła je za to, że było blisko pracy — że można było wrócić, zanim zmęczenie zdążyło się w niej na dobre rozgościć.

Szła powoli, jakby każda klatka schodowa była o jedno piętro wyższa.

Zamknęła drzwi i przez chwilę stała w ciszy. Język miała suchy. Ciało domagało się wody. Najchętniej od razu weszłaby do wanny i zniknęła pod powierzchnią.

Opadła na fotel. Wsunęła stopy do miski z chłodną wodą. Chłód rozlewał się powoli, centymetr po centymetrze, przynosząc ulgę.

Zamknęła oczy.

Na moment świat przestał istnieć.

Telefon zadzwonił nagle.

Drgnęła i poderwała się gwałtownie. Stopa ześlizgnęła się z mokrej podłogi. Ułamek sekundy — potem twarde uderzenie.

Leżała na plecach, patrząc w sufit. Słuchawka kołysała się na kablu, stukając o ścianę.

Przez chwilę nie mogła złapać oddechu.

Słucham… — wydyszała w końcu.

Dlaczego tak dyszysz? — zapytał Włodek. — Co się stało?

Nic… Poślizgnęłam się. Leżę na podłodze.

Krótka cisza.

Dzwonię z pobliskiej budki telefonicznej. Zaraz będę.

Odłożyła słuchawkę i oparła głowę o chłodną podłogę.

Jakie licho go teraz do mnie niesie…

I jeszcze przez chwilę — zanim zdążyła to ocenić — poczuła ulgę, że w ogóle zadzwonił.

Przyszedł szybciej, niż się spodziewała.

Będąc jeszcze w progu spojrzał na nią z troską.

Wyglądasz… źle.

Odwróciła wzrok i poprawiła rękaw sukienki.

Miałam ciężki dzień.

Podszedł bliżej, ale nie od razu ją dotknął. Dopiero kiedy nie cofnęła się, przyciągnął ją do siebie. Oparła głowę o jego ramię.

Mam ochotę na kąpiel — powiedziała ciszej. — Z olejkami.

Brzmi dobrze.

W łazience zrobiło się ciepło, parno. Woda szumiała jednostajnie, uspokajająco.

Na chwilę wszystko zwolniło.

I wtedy —

w przedpokoju trzasnęły drzwi.

Ewa zesztywniała.

Ewa? — rozległ się głos Marii. — Kupiłam pomidory, zrobię zupę!

Włodek nie od razu się odezwał.

Spojrzał w stronę korytarza. Potem na Ewę.

W jego spojrzeniu nie było paniki, lecz zdumienie.

Twoja matka ma klucze? — zapytał cicho.

Ewa nie odpowiedziała od razu.

Myślałam, że wyjechała…

Maria weszła do kuchni, jakby nic się nie wydarzyło.

Włodek będąc wciąż w łazience z niedowierzaniem zapytał:

Czy ona tak zawsze…?

No… widzisz — odpowiedziała Ewa i odruchowo zasłoniła twarz dłońmi.

Poczuła, jak napięcie wraca. Szybciej niż oddech.

Ale ty próbujesz coś z tym zrobić? — zapytał szeptem Włodek

Kiedy się jej sprzeciwiam, wpada w histerię… zawsze wychodzę na tę złą…

To nie jest normalne — powiedział.

Wiem.

Włodek zawahał się.

Jakby ważył, czy wolno mu wejść głębiej.

Jest takie miejsce… — powiedział w końcu. — Gdzie ludzie dochodzą do siebie.

Spojrzał na nią uważnie.

Mogłabyś tam odpocząć.

Nie dokończył. Nie naciskał.

W pośpiechu wsunęła mu do rąk kartkę.

Przeczytaj.

Włodek spojrzał na nią jeszcze raz, jakby chciał coś powiedzieć, ale pozostał w łazience.

Nie zamknął drzwi od razu.

Stał chwilę, jakby potrzebował oddzielić dwie rzeczywistości.

Dopiero potem rozłożył kartkę. Czytał wolno.

Nie zrozumiana,
nie umiała zrozumieć.

Nie widziana,
nie nauczyła się widzieć.

Nie dopuszczona —
walkę o siebie
nazwano złem.

Teraz
czuję
mniej niż nic
w przestrzeni,
która oplata mnie latami
jak pajęcza sieć.

Światełko.
Tam mknę
na smudze snu,
by napisać
ten wiersz.

Zadrżał i zacisnął powieki... .

Z kuchni dobiegł szczęk garnków.

Ewa stanęła w progu.

Dziecko, jak ty wyglądasz! — zawołała Maria. — Blada jak ściana. Zaraz zjesz zupę, to ci przejdzie.

Włodek wyszedł z łazienki powoli.

Nie patrzył na Marię od razu.

Najpierw na Ewę.

Jakby sprawdzał, czy ona jeszcze jest „tu”.

Mamo… — zaczęła Ewa.

Co znowu? — Maria nawet nie odwróciła się od garnków.

Ewa wzięła oddech.

To jest moje mieszkanie.

Maria spojrzała na nią, jakby nie dosłyszała.

Co?

Cisza zrobiła się ciężka.

Jak długo jeszcze będziesz tu wchodzić bez pytania?

Maria odłożyła łyżkę.

O czym ty mówisz?

Ewa nie cofnęła się.

O tym, że traktujesz to, jakby było twoje.

Włodek stał kilka kroków dalej.

Przesadzasz — powiedziała Maria.

Ewa poczuła, jak grunt pod nią zaczyna się rozsuwać.

Tym razem — nie była sama.

Kuchnia była jasna, przesycona zapachem gotującej się zupy.

Maria mieszała w garnku spokojnie, rytmicznie. Jakby nic się nie wydarzyło.

Włodek podszedł do stołu. Nie usiadał.

Ewa siedziała pomiędzy nimi — rozdarta między światami, do których nie należała.

Nic o panu nie wiem — powiedziała Maria oschle, nie odwracając się.

Ewa rzadko przyprowadza kogoś do domu.

To nie znaczy, że moja obecność tutaj jest niewskazana? — powiedział z wymuszoną uprzejmością Włodek.

To nie był planowany moment.

Maria uśmiechnęła się krótko, bez ciepła.

Z Ewą wiele rzeczy nie jest planowanych.

Odłożyła łyżkę.

Odwróciła się w końcu.

Ona ma tendencję do… nagłych decyzji. I równie nagłych upadków.

Włodek nie odpowiedział od razu.

Upadków?

Tak to można nazwać — powiedziała spokojnie Maria. — Ewa sama nie wie czego chce.

Ewa nerwowo poruszyła się na krześle.

Włodek spojrzał na nią.

Nie mam takiego wrażenia — powiedział.

Maria uniosła brwi.

Jak długo pan zna Ewę?

To prawda, krótko — przyznał. — Ale mam oczy.

Zapadła cisza.

Nieprzyjemna, ale uprzejma.

Maria wróciła do garnka.

Ewa nie radzi sobie w życiu.

A kto decyduje, co to znaczy „radzić sobie”? — zapytał spokojnie Włodek.

Maria uśmiechnęła się lekko.
— Życie.

Czyli: pani?

Spojrzała na niego dłużej.
— Ja jestem jej matką.

Wiem.

I wiem też, co dla niej dobre.

Włodek skinął głową.
— To ciekawe. Bo Ewa nie wygląda na kogoś, kto jest zagubiony w życiu.

Maria zesztywniała minimalnie.

Ona mieszka sama. Pracuje. Funkcjonuje.

Funkcjonuje — powtórzył cicho Włodek.

Pan sugeruje, że ja jej szkodzę?

Nie. Ja tego nie wiem.

Ewa ma skłonność do dramatyzowania — powiedziała Maria. — Mylnej oceny rzeczywistości.
— Prawda, kochanie?

Ewa milczała.

Widzę to, czego pani nie dostrzega — powiedział Włodek.

Słucham?

Mówi pani o Ewie tak, jakby była opisem. A nie osobą.

Cisza.

Ewa ma trzydzieści lat — dodał po chwili.

A jakie to ma znaczenie?

I to jedno zdanie zatrzymało wszystko.

ROZDZIAŁ VII

Jechali krętymi drogami — coraz węższymi, coraz bardziej dzikimi. Las gęstniał z każdym kilometrem. Światło dnia przygasało, jakby ktoś poza ich zasięgiem powoli je przykręcał.

Ewa spojrzała na Włodka pytająco.
On tylko się uśmiechnął. Lekko. Z tą samą tajemnicą w oczach.

Zobaczysz — mruknął. — To miejsce jest… inne.

Jak ty? — spróbowała zażartować.

Jeszcze bardziej.

Coś w jego tonie sprawiło, że żart zawisł w powietrzu.

Ewuś, pasujesz do tego zamku — powiedział, poprawiając kosmyk jej włosów.

Dlaczego?

Spojrzał przed siebie.

Sam nie wiem.

Ale brzmiał tak, jakby wiedział.

Gdy skręcili w wąską aleję, drzewa zamknęły się nad nimi jak sklepienie. Opony zaszeleściły na żwirze. Potem zapadła cisza.

Nie ta zwykła.
Głębsza. Jakby coś ją podtrzymywało.

I wtedy go zobaczyli.

Strzeliste wieże wbijały się w niebo, lecz ich krawędzie lekko drgały, jakby nie do końca należały do tego świata. Mury porastały pnącza — gęste, ciężkie, niemal nienaturalnie żywe. Pod cienką warstwą liści coś zdawało się pulsować. Złote światło słońca osiadało na kamieniach, ale nie rozpraszało mroku — podkreślało go.
To niemożliwe… — wyszeptała Ewa. — Jak z bajki.

Bajki też mają swoje drugie dno — dopowiedział Włodek.

Nie była pewna, czy mówił do niej.

Wysiedli z samochodu.

Powietrze było ciężkie. Pachniało azaliami, wilgocią i czymś słodkim — aż mdlącym.

Ewa odruchowo wzięła płytszy oddech.

Czujesz to?

Tak tu jest o tej porze roku — odparł spokojnie.

Ruszyli w stronę wejścia. Kamienna ścieżka uginała się lekko, jakby ziemia pod nią nie była do końca twarda.

Gdzieś w oddali słychać było wodę. Szemrała — choć nie było widać żadnego strumienia. Im bliżej podchodzili, tym silniejsze było wrażenie, że zamek… im się przygląda.
Ewa zatrzymała się nagle.

Włodek…

Co?

Mam wrażenie, że już tu byłam.

Spojrzał na nią uważnie. Z niepokojącą intensywnością.

Możliwe — powiedział po chwili. — Niektórzy tak mają. Zwłaszcza za pierwszym razem.

Nie zapytała, co to znaczy. Bała się odpowiedzi.

Ogród był przytłaczający.

Azalie tworzyły plamy koloru tak nasycone, że aż bolały oczy. Alejki wiły się między krzewami i srebrzystymi strumykami, które pojawiały się i znikały.

Szli prosto.
A jednak co chwilę wracali w to samo miejsce.

Mały, łukowaty most. Za każdym razem wyglądał odrobinę inaczej.

Byliśmy tu już… — zaczęła.

Może tylko ci się wydaje — przerwał tajemniczo.

Znaleźli się na wyspie. Usiedli na mostku.

Woda była idealnie gładka. Nienaturalnie spokojna. Odbijała ogród.

Ewa nachyliła się.

Na ułamek sekundy zobaczyła w tafli nie siebie.

Salę.
Białe światło.

Kamienne ściany.

Zatrzymała oddech. Drgnęła i cofnęła się gwałtownie.

Coś się stało? — zapytał Włodek.
Nie… nic.
Patrzył na nią chwilę.
Zobaczyłaś ją... — powiedział cicho.
Zamarła.
Co?
Nic.

Ale jej głos zadrżał. Serce biło szybciej.

Włodek objął ją ramieniem.

Oddychaj wolniej — powiedział cicho.
Nie mogę…
Możesz. Tu zawsze jest tak na początku.

Tu wszystko wygląda inaczej… — powiedział w zadumie.

Patrzyła na wodę. Teraz widziała już tylko swoją twarz. Zwyczajną. Spokojną. I obcą. Ale wiedziała, że to, co zobaczyła wcześniej, nie było złudzeniem. Oparła głowę na jego ramieniu. Ciepło jego ciała było realne — jedyna rzecz, której mogła się uchwycić. Reszta zaczynała się rozmywać. Krawędzie świata miękły. Kolory traciły ostrość. Zapach ogrodu gęstniał i oplatał ją powoli, jak żywa mgła.

Oddychało się coraz trudniej. Powieki same jej opadały. Jeszcze próbowała się skupić. Na wodzie. Na dłoni Włodka. Na własnym oddechu.
Na czymś pewnym.

Ewuś… jesteś tutaj?

Głos przeciął przestrzeń. W pierwszej chwili nie wiedziała, skąd dochodzi. Otworzyła oczy szerzej. Świat wyostrzył się gwałtownie.

Ale coś zostało.

 Cichy ślad pod powiekami.
 Echo.

                                  CZĘŚĆ II


 ROZDZIAŁ I

 Ewa i Włodek odwrócili się w stronę zamku.
Wysokie okna zdawały się śledzić ich wejście.

Ewa zwolniła. Włodek co chwilę zerkał przez ramię, aż w końcu chwycił ją za rękę. Gdy weszli do holu, w pierwszej sekundzie Ewę oślepił blask światła wpadający z okien. Zadrżała na widok przytłaczającego sklepienia i masywnego, kamiennego kominka.

Spokojny głos recepcjonistki przywołał ją do rzeczywistości:
– Dzień dobry, Włodku, apartament jest już gotowy.
– Dzień dobry. Dziękuję – odpowiedział radośnie, z nutą tajemnicy.

Chwycił Ewę za ramiona i przytulił, chcąc ją uspokoić.

Wchodzili w coraz ciemniejsze korytarze. Pod stopami skrzypiały drewniane schody. Mijali sale, gdzie promienie słońca tworzyły na posadce złote plamy. W korytarzach rzeźbione twarze ludzi i potworów zdawały się śledzić każdy ich krok.

Ewa przełknęła ślinę i ścisnęła mocniej dłoń Włodka. Jego palce były ciepłe i pewne jakby nie czuł, jej drżącej dłoni w jego dłoni.
– Spokojnie – szepnął tylko. – To miejsce lubi robić wrażenie na początku.

Korytarze wiły się bez końca, a każdy zakręt wyglądał tak, jakby prowadził do innego świata.

Nagle Ewa zatrzymała się.
– Słyszysz to? – zapytała cicho.

Włodek również przystanął. Przez chwilę zostali tylko ich oddechy i skrzypienie starego drewna w oddali. A potem… coś jeszcze. Ledwie uchwytne, jak szept.

Tu wszystko ma swój głos – odpowiedział, ale jego ton nie był swobodny jak wcześniej.

Otworzył drzwi i, rycerskim ukłonem zaprosił Ewę do komnaty.

W środku była cisza, która zdawała się tłumić nawet oddech. Wielkie łóżko pod baldachimem, ciężkie zasłony i kominek, w którym ogień palił się sam z siebie, mimo że nie było widać nikogo, kto mógłby go rozpalić.

Ewa zrobiła krok do środka, potem drugi. Nagle Nagle poczuła drżenie — podłoga czy jej własne nogi?
– Włodek… – zaczęła, ale on już patrzył w stronę okna.

 Za szybą nie było ogrodu. Tylko ciemność i pohukiwanie sowy.
I coś, co powoli się w niej poruszyło.





CDN