środa, 10 czerwca 2026

Przygotowania do sesji zdjęciowych do wystawy pt. "Venus" 1991 r.













Zdjęcia przetworzone przez AI ze starych zdjęć z lat osiemdziesiątych.

Akcja systematycznie się rozwija, a tekst w ciągłym poprawianiu. 
W środku dopisany fragment z akcji milicyjnej i opis mobbingu w pracy (VI)

Szkic tekstu


 ROZDZIAŁ I

 Wieczór był ciepły, ciężki od zapachu kwiatów i smażonych ziemniaków. Nad ogródkami działkowymi niósł się śmiech i bełkot podchmielonych mężczyzn.

Ewa rozejrzała się. Kilka metrów dalej prezes ogródków unosił kieliszek.

Na zdrowie, piękna panienko!

Rozejrzała się odruchowo za siebie. Nikogo nie było. Dopiero wtedy dotarło do niej, że kieliszek uniesiono w jej stronę. Uśmiechnęła się lekko.

Dziękuję.

Nagle usłyszała skrzeczący głos cioci Emmy:

Co to ma znaczyć?! — Nie będziesz się z nim zadawać! — wrzasnęła.

Ludzie jeszcze śpiewali, ktoś fałszował refren. Ewa szła z tyłu, zrywając polne kwiaty.

Przy blokach zatrzymała się na chwilę, zapatrzona w mleczną poświatę jesiennej mgły. Wtedy zobaczyła Emmę.

Stała nieruchomo. Twarz miała napiętą, oczy zwężone.

Nie wrócisz sama do mieszkania — powiedziała.

Pójdziesz ze mną.

Dlaczego?

Umówiłaś się z tym fagasem. Nie splamisz dobrego imienia rodziny.

Przed oczami stanął jej pożółkły list z „Filipinki”. Usłyszała ten sam głos: „Ty? Sama to napisałaś?”

Nagle wybuchła śmiechem. Nie potrafiła przestać. Śmiała się, dopóki nie poczuła ostrego bólu. Uderzenie w twarz odebrało jej oddech. Pobiegła. Nie wiedziała dokąd. Uciekała, dopóki krzyk Emmy nie stopniał w szumie ulic.

Zatrzymaj się!

Nie odpowiedziała. Dopiero między blokami zatrzymała się, walcząc o oddech.

Emma złapała ją za ubranie. Ewa wysunęła się i wyrwała. Oddech rwał się w gardle. Obraz falował przed oczami.

Ewa, co się dzieje…?

Nie odpowiedziała, ruszyła dalej. Ciocia była za nią.

Nie rób wstydu rodzinie!

Wpadła między bloki, nie wiedząc nawet, którą ulicą biegnie. Ciało nie nadążało. Nogi zrobiły się ciężkie. Ręce drżały. Zatrzymała się.

I wtedy pomyślała: przecież mam dwadzieścia dwa lata.

Do mieszkania wróciła, kiedy wszystko już ucichło.

Następnego dnia obudziła się po nieszczęsnej gonitwie z ciocią Emmą. Ledwo mogła unieść głowę z poduszki. Na podłodze wciąż leżały rozsypane polne kwiaty. Spała może dwie godziny. Zlana potem weszła do wanny, by zmyć wstyd po kolejnym upokorzeniu. Próbowała rozpuścić myśli w ciszy wody, pozwolić im odpłynąć. Wtedy usłyszała zgrzyt klucza w zamku. Usłyszała zgrzyt klucza. Mama Maria weszła, rozłożyła zakupy i zaczęła gotować. Ewa wyszła z łazienki i zapytała:

Dlaczego znowu weszłaś do mojego mieszkania bez zapowiedzi?

Przecież nic się nie stało.

A gdybym była z kimś?

Jezus Maria! Znowu masz jakieś pretensje! Przecież zrobiłam ci zakupy, za chwilę będziesz miała obiad! — krzyczała matka. — Nie każdy ma tak dobrze jak ty!
Nie chcę twojego obiadu! Zostaw mnie w spokoju!
Taka jest twoja wdzięczność? Co z ciebie za córka? Jestem dla ciebie nikim? — rozpłakała się głośno.
Ewa stała w progu, próbowała ją uspokoić, choć każdy oddech kosztował ją resztki sił.
Bezsenność przyszła tej samej nocy i została.


  ROZDZIAŁ II

 Mijały kolejne tygodnie. Bezsenność nie minęła. Z każdą nocą Ewa coraz bardziej traciła orientację w czasie. Nad ranem zasypiała na godzinę lub dwie, a potem szła do muzeum z uczuciem, jakby przeżywała cudze życie.

  W pracy litery zamazywały się przed oczami. Po raz trzeci czytała ten sam akapit, nie rozumiejąc ani słowa. Wieczorem sen znów nie przyszedł. O trzeciej dwadzieścia siedem za oknem śpiewały już pierwsze ptaki. Poczuła lęk, gdy dostała polecenie aby opisać eksponaty do karty katalogu naukowego. Snuła się po magazynie w półśnie z zamglonymi oczami. Starała się opisać wiernie każdy artefakt. Niestety jej praca była poprzekreślana czerwonym długopisem. Kolejnego dnia spróbowała się maksymalnie skupić aby nie popełnić aż tak wiele błędów.

 Trwała już smętna jesień. Ewa porządkowała dokumenty, gdy ciszę przerwał dźwięk telefonu.
— Proszę przyjść do mnie, pani Ewo — usłyszała spokojny głos dyrektora.
Odłożyła papiery. Nadal była niewyspana.

Ruszyła korytarzem. Kiedy weszła do gabinetu, jej uwagę od razu przyciągnął mężczyzna siedzący w fotelu. Miał szczupłą, surową twarz, opaloną słońcem. Przyglądał jej się uważnie.

Przedstawiam pani naszego gościa — powiedział dyrektor. — Artysta fotograf. Zamierza stworzyć album poświęcony muzealnym artefaktom. Proszę wprowadzić go w zbiory i współpracować przy projekcie.

Nieznajomy wstał i uścisnął jej dłoń.
— Krzysztof — przedstawił się z lekkim uśmiechem. — Mam nadzieję, że będzie nam się dobrze współpracowało.


ROZDZIAŁ III

Następnego dnia spotkali się w kawiarni, by omówić szczegóły projektu. Za oknem powoli zapadał jesienny zmierzch. W środku pachniało kawą i cynamonem. Ktoś przy sąsiednim stoliku stukał łyżeczką o szklankę, a zaparowane szyby zasnuwał wieczorny chłód.

Dyrektor wspominał, że album ma być czymś więcej niż zwykłym katalogiem? — zaczęła Ewa, mieszając herbatę. — Chce pan pokazać historię eksponatów?

Tak, historię… i coś jeszcze. Chciałem ocalić pamięć o ludziach, którzy ich używali.

Ewa odłożyła łyżeczkę i spojrzała na niego dłużej. Traktowała muzealne zbiory jak obiekty wymagające opisu, konserwacji i archiwizacji.

Dotąd nikt nie mówił o eksponatach w taki sposób. — zauważyła.

Być może. Właśnie dlatego przyjąłem to zlecenie.

Nie był pierwszym badaczem, który pojawił się w muzeum. Wcześniej przewijali się historycy, reporterzy i dokumentaliści. Większość traktowała archiwum jak zbiór dowodów. Krzysztof mówił o nim tak, jakby przeszłość wciąż była obecna.


ROZDZIAŁ IV

Już następnego dnia rozpoczęli intensywną pracę.

Krzysztof pracował z precyzją doświadczonego fotografa. Na stole leżał pierścień. Przesuwał reflektory, sprawdzał światłomierz i długo patrzył w matówkę. Na czole Krzysztofa pojawiły się kropelki potu. Rubin raz gasł, raz rozbłyskał czerwienią. Każde zdjęcie było decyzją, której efekt poznawało się dopiero po wywołaniu filmu. Przyglądała się kamieniowi już od kilkunastu minut. Kiedy Krzysztof przesunął lampę, rubin na moment pociemniał. Przy następnym ustawieniu w jego wnętrzu pojawił się wąski, czerwony błysk.

Następnego dnia Krzysztof przyszedł pozbawiony sił, z lekkim przeziębieniem i pracował wolniej. Bezustannie dźwigając sprzęt, modyfikował jego konfigurację. Między statywem i plątaniną kabli leżała stara, bogato zdobiona księga, której złocenia odbijały blask reflektorów. Zmieniał ustawienia światłomierza, ale efekt go nie zadowalał. Znała tę księgę od lat. Wiedziała, które tłoczenia giną w cieniu i że każda kolejna korekta wydłuża czas jej ekspozycji na światło. Podeszła do okna. Otworzyła je i przesunęła księgę tak, by światło wydobyło złocenia, nie oślepiając papieru. 

—  Jeszcze nie tak — mruknęła.

Delikatnie skorygowała ułożenie otwartego woluminu i przysunęła go bliżej okna. Nachyliła się nad aparatem i spojrzała w matówkę. Księga ożyła. Skóra oprawy nabrała głębi, złocenia Przestaję widzieć osobno ramię i pierś. przestały razić, a pożółkły papier zyskał ciepło.

Sprawdź — zwróciła się do niego.

Jeszcze przez chwilę patrzył na obraz.

Jak ty to zrobiłaś?
Ponownie sprawdził parametry, szukał błędu, który według zasad powinien tam być. Na jego skroni napięła się żyła. Odwrócił wzrok od matówki i wyszedł, na korytarz.
— Następnym razem trzymajmy się moich wytycznych. Przypadkowe przebłyski rzadko się powtarzają — powiedział, nie patrząc jej w oczy.

Wiem, że zależy ci na jakości zdjęć, ale weź pod uwagę ochronę cennych eksponatów — odparła Ewa, ściągając białe rękawiczki. — One mają ograniczoną tolerancję na światło i temperaturę.

Słysząc jej uwagi przymknął na chwilę oczy i westchnął. Walczył z pulsującym bólem głowy.

Ewo, wiem, co robię, nawet jeśli dziś nie jestem w najlepszej formie. — odparł.

Następnego dnia nie przyszedł do muzeum. Choroba zatrzymała go w hotelu. Ewa przynosiła mu czosnek z miodem, lecz z każdym dniem stawał się bardziej zamknięty i chłodny.

  Po powrocie do domu złapała się na tym, że patrzy na światło padające na parapet dokładnie tak, jak robił to Krzysztof. Coraz częściej zatrzymała wzrok na cieniu gałęzi przesuwającym się po ścianie.

 

  ROZDZIAŁ V

Choroba wyczerpała Krzysztofa, więc zrobili sobie dzień przerwy. W pustej kawiarni pachniało świeżą kawą i domowymi ciastami. Ewa miała już usiąść naprzeciwko niego, gdy nagle, grzebiąc w torebce, zorientowała się, że nie ma kluczy od mieszkania. Krew odpłynęła jej z twarzy. Przez moment nie mogła złapać powietrza. Przepraszając Krzysztofa pobiegła na przystanek autobusowy. Po półgodzinie stanęła przed drzwiami do mieszkania. W zamku wisiały klucze. Energicznie naparła na klamkę sprawdzając zamknięcie drzwi. Drżącymi rękami wyszarpnęła klucze, i wolnym krokiem schodząc po schodach, próbowała wyrównać oddech.

Jak ja się muszę pilnować, jestem zapominalska, wciąż coś gubię, zapominam. — tłumaczyła się zdyszana.

To się zdarza każdemu. — fotografik próbował ją uspokoić.

Usiadła niezgrabnie, prawie przewracając krzesło. Przez chwilę nie potrafiła spojrzeć Krzysztofowi w oczy i szybko zmieniła temat rozmowy:

Lepiej? — Tamtego dnia w muzeum wyglądałeś fatalnie.

Dużo lepiej, dziękuję. I przepraszam za moją szorstkość. — Krzysztof westchnął, opierając się o oparcie krzesła.

Odniosłam wrażenie, że fotografia pochłania cię bez reszty.

To moja pasja. — Najtrudniejsze jest to, że fotografia nie wybacza pośpiechu. Masz ograniczoną liczbę klatek, jedno światło, jeden moment. A potem czekasz dniami, żeby przekonać się, czy naprawdę go zatrzymałeś. — mówił Krzysztof prawie na jednym wdechu.

Gardło miał tak suche, że jednym haustem wypił kawę, a fusy osiadły pod nosem.

Na ten widok parsknęła śmiechem. Nawet nie zauważyła, że kawa dawno wystygła.

Piękne... ale strasznie trudne.

Trudne, jasne. Ale w tym właśnie jest sens. Kiedy patrzysz i wiesz, że to ty zatrzymujesz chwilę.

Już wiem, że ogranicza cię liczba klatek na filmie.

Oj tak. I nawet nie wiesz, ile materiału się marnuje. Nie zawsze zdążysz. Złota godzina nie czeka. Czasem jeden podmuch wiatru, chmura, mgła — i po wszystkim. Cały wysiłek na nic. — mówił głośniej.

Do kawiarni weszła grupa roześmianej młodzieży. Gwar zagłuszył głos fotografika, więc zamilkli.

Obserwowali, jak stojak z gazetami chwieje się od przeciągu. Gdy znowu zrobiło się cicho, Krzysztof przez chwilę obracał filiżankę w dłoniach, zanim się odezwał.

Współpraca z tobą jest dla mnie zaskakująca.

Uśmiechnęła się lekko i uniosła brwi.

Dlaczego?

Masz bardzo dobre wyczucie kadru. Jakbyś sama wiedziała, gdzie powinnaś być w obrazie.

Może dlatego, że przenoszę to, co widzę, na papier… tylko, że farbami. Lubię obserwować przyrodę.

Dopiero, gdy kelner gasił światła zorientowali się, że jest późno. Od rana nic nie jedli.

Po powrocie do pracy, tym razem tematem sesji fotograficznej była architektura. Gdy zapadł zmierzch, Krzysztof, jeszcze osłabiony chorobą, coraz częściej odwracał głowę w jej stronę, zanim przesuwał lampę albo zmieniał ustawienie aparatu. Ewa zauważyła to dopiero po chwili. Słońce wisiało nisko nad horyzontem.

Krzysztof, za moment promień przejdzie przez tę szczelinę w murze i wydobędzie fakturę kamienia!

Fotografik natychmiast, bez pytań, ustawił statyw. Nie było miejsca na wahanie. Liczyła się tylko złota godzina, którą również zauważył.

Krzysztof spojrzał w wizjer. Obraz był dokładnie taki, jakiego oczekiwał. Nacisnął spust migawki.

Coraz częściej Ewa miała wrażenie, że nie uczy się fotografii, tylko sposobu patrzenia.

Za zgodą dyrekcji weszli do magazynu zbiorów, gdzie fotografik poszukiwał artefaktów, które mogłyby stać się inspiracją do kolejnych zdjęć. Pochylali się nad gablotami.

Ta filiżanka to cud rękodzieła — wyszeptała Ewa.

Uniósł brwi. Naczynie natychmiast trafiło przed obiektyw.

Jednak gdy po dłuższej chwili Krzysztof wciąż nie był zadowolony z efektów, Ewa podeszła bez słowa. Przestawiła porcelanę tak, że miękki półcień wydobył z niej lekkość mgły.

Czekała z zaciśniętymi dłońmi w rękawiczkach. Podszedł i nachylił się nad aparatem. Z głośnym świstem wypuścił powietrze.

Wychodząc, odwrócił się i skupił wzrok na Ewie. Dopiero teraz dostrzegł, że na jej delikatnej, niemal eterycznej sylwetce światłocień układał się wprost idealnie. A gdyby kiedyś zgodziła się pozować? Światło samo układało się na jej twarzy.

Ewa jako opiekun artefaktów muzealnych, ustawiła następny eksponat — w bezpiecznym miejscu. W tym dniu nie było to łatwe. Po kolejnej nieprzespanej nocy wszystko leciało jej z rąk. Pracowała z ogromnym wysiłkiem i ostrożnością. Jednak, gdy rozpoczynała się akcja na planie, zmęczenie minęło.

Mamy tu do sfotografowania niezwykle kruchy eksponat.

Materiał jest zbyt delikatny na długie eksponowanie temperatury. Ustawmy wszystko tak, żeby światło pracowało dla sukni, a nie przeciw niej.

Przez chwilę patrzył na suknię, potem na reflektory. Powoli oparł się o ścianę i zakrył twarz dłońmi.

Tym razem były to kwadratowe kartoniki, które Ewa trzymała tuż nad najbardziej zniszczonymi fragmentami materiału.

Trzeba zrobić przynajmniej trzy ujęcia i trzy razy użyjemy krótkiego naświetlenia latarką.

Przy tych czynnościach liczył klatki filmu, nieustannie przykładał czarne kartoniki do materiału. Płynnym ruchem ręki kreślił latarką po sukni niewidzialne, świetlne linie. Przy każdym ujęciu było słychać trzask migawki.

Wiesz jak się nazywa tego rodzaju fotografowanie?

Nie.

Malowanie światłem, albo żonglerka światłem — odpowiedział zmęczonym głosem.

Była to sprawa pilna, dlatego od razu postanowili sprawdzić efekt w ciemni. Dopiero wtedy oboje przestali wstrzymywać oddech. Suknia na odbitkach wyglądała piękniej, niż przypuszczali. Następnego eksponatu żadne z nich nie ustawiało już osobno. Jedno zaczynało, drugie kończyło.


  ROZDZIAŁ VI

 Ewa wróciła zmęczona po całodniowym fotografowaniu obiektów muzealnych. Zziębnięta marzyła o kąpieli i śnie. Szukając nowego szlafroka zauważyła rozwiązane pudełko z listami od znajomych i przyjaciół z ostatnich trzech lat. Wszystko wokoło zawirowało. Przez chwilę patrzyła na pudełko, nie rozumiejąc, dlaczego widok starych kopert wywołuje w niej taki lęk. Dopiero po chwili zauważyła ślady otwierania. Następnego dnia nie poszła do pracy. Zadzwoniła do mamy.

Ewa? Kochanie, co się stało? Dlaczego nie jesteś w pracy? — W głosie matki natychmiast pojawiła się czujność.

Przyjdź do mnie natychmiast. — odpowiedziała zachrypniętym głosem.

  Ewa wybrała duży, mocny czarny worek na śmieci.

  Wyjęła z szuflady pierwszą garść listów.
Papier był pożółkły i kruchy. Na kopertach — znane pismo, adresy sprzed lat, znaczki z innych czasów. Zaczęła rozdzierać koperty i kartki.
Najpierw jeden. Potem następny. Papier pękał z suchym trzaskiem.

  Maria siedziała na kanapie i patrzyła.

 Ewa darła powoli, jakby jeszcze łudziła się, że matka ją zatrzyma. Papier stawiał opór, rwał się nierówno.

  Potem coraz szybciej. Ręce zaczęły pracować same, mechanicznie. Koperty, kartki, pocztówki. Słowa rozpadały się na strzępy.

Po co to robisz? — zapytała w końcu Maria. Ewa nie odpowiedziała. Darła dalej.

 W końcu podniosła głowę.

Mamo… ty je wszystkie przeczytałaś. —Dlaczego?!

 Zapadła cisza.

A cóż się takiego stało? — Maria wzruszyła ramionami.

 Ewa klęczała nad workiem, który powoli się zapełniał. Darła dalej, aż nie zostało nic. Ani jednego listu. Ani jednego zdania, które ktoś kiedyś napisał tylko do niej. Kiedy związywała worek, ręce jej drżały. Kiedy zanosiła na śmietnik, świat tonął we mgle.


  ROZDZIAŁ VII 

Zaniepokojony Krzysztof czekał na wyjaśnienia jej nagłego zniknięcia. Przecież mieli świętować wspólny sukces w Krakowie. Dyrektor powiedział mu o nagłej niedyspozycji Ewy. Ucieszył się, gdy ją zobaczył następnego dnia. Miała podkrążone, nieobecne oczy. Nie chciał być niedyskretny, lecz pytania cisnęły się... co się stało? Długo nie musiał czekać na odpowiedź.

Ewa zakryła twarz dłońmi i długo kiwała pochyloną głową. 

— Czasami człowiek tak długo słyszy, że przesadza, że zaczyna się zastanawiać, czy rzeczywiście nie przesadza.

— Nie musisz mi mówić. 

— Wiem.

Pomimo przygniatającego bólu głowy Ewa pojechała z Krzysztofem do Krakowa. W powietrzu czuć było nadchodzącą zimę. Za oknem ciągnął się szary zimowy krajobraz. Niskie chmury niemal dotykały pól. Gdy szosa wznosiła się stromo w górę krzyknęła:

Krzysztof, zatrzymaj się! — Szybko, rozstaw aparat!

Zjechał na pobocze i zaczął rozkładać sprzęt.

Dobrze, że zmieniłem film w Nikonie. Przewidziałem takie okoliczności. — mruknął pod nosem.

I wtedy ołowiane chmury i mgła rozsunęły się na moment. Ostre promienie słońca zalały okolice, a mokry asfalt, kałuże zabłysnęły niczym lustro.

W Krakowie zatrzymali się w Jamie Michalika. Wchodzili prawie na palcach. Blask sączył się przez barwne secesyjne witraże, rzucając refleksy na ciężkie, pluszowe meble i rzeźbione fotele. Usiedli pod lustrem oprawionym w masywne, ciemne drewno. W powietrzu unosił się jedynie cichy szmer rozmów, natychmiast tłumiony przez miękkie obicia kanap. Nie wiedzieć czemu, Ewa i Krzysztof rozmawiali szeptem.

Zamówili tylko kawę i ciastka. Nie mogli nasycić się klimatem wnętrza. Nic więc dziwnego, że Krzysztof za sprawą swojego Nikona spróbował zatrzymać go na fotografiach.

Kiedy omiatał spojrzeniem detale, odkrył, jak promień z witraża w sposób niezwykły rzeźbi twarz Ewy. Była zadziwiająco blada z wyrazem głębokiej melancholii. Szybko uniósł aparat i bez namysłu wyzwolił migawkę. Po raz pierwszy aparat skierował nie na wnętrze, lecz na nią. Przez całą drogę powrotną odliczał minuty, by jak najszybciej zobaczyć efekt.

Weszli do ciemni. Jedynym źródłem światła była czerwona żarówka. W kuwecie wypełnionej ostro pachnącymi odczynnikami powoli wyjawiał się obraz. Najpierw zarys oprawy, potem ciemniejsze plamy złocień, wreszcie miękki blask na krawędzi księgi i piękno innych eksponatów. Na końcu wyłoniła się smutna twarz Ewy we wnętrzu krakowskiej kawiarni.

Krzysztof stał obok, z rękami w kieszeniach fartucha.

Coś nie tak? — spytała cicho.

Właśnie pierwszy raz jest dobrze.

Do ciemni zajrzał laborant.

Kto ustawił światło?

Krzysztof wskazał Ewę.

Ma pani oko.

Ja? — zdziwiła się. — To światło samo się ułożyło. Ja tylko je zauważyłam.

Ewa uśmiechnęła się półgębkiem.

Ty naciskałeś migawkę.

To nie aparat robi zdjęcia.

Nagle do jej uszu doszedł skruszony głos Krzysztofa.

Wiesz, że byłem nieznośny?

Wiem.

Myślałem, że mi przeszkadzasz.

A przeszkadzałam?

Krzysztof pokręcił głową.

Nie.

To dobrze.

W pewnej chwili Ewa poczuła na sobie wzrok Krzysztofa. Odruchowo odwróciła głowę.

Zrobiłem ci kilka zdjęć w Jamie Michalika — wyjaśnił cicho. I uświadomiłem sobie, że wcale nie trzeba cię „ustawiać”. Zauważyłem, że patrzę już nie na wnętrze, tylko na ciebie w tym wnętrzu... i na twoją twarz.

Usłyszeli głośny głos sekretarki:

Pan Krzysztof proszony do telefonu. Dzwoni żona.

Gdy wrócił dłuższą chwilę układał fotografie, nie patrząc na Ewę.

Wszystko dobrze? — zapytała.
Skinął głową.
Tak.

Mieszkał zbyt daleko, by móc z dnia na dzień wyjechać do domu. Przez następne godziny prawie nie odchodził od powiększalnika. Kiedy negatyw w końcu opuścił suszarkę nadszedł kolejny etap współpracy — selekcja wywołanych i wysuszonych odbitek. Choć nie należało to do jej obowiązków, na wyraźną prośbę Krzysztofa została. Przykucnęli na podłodze. Wybierali te najlepsze spośród dziesiątek fotografii rozłożonych na podłodze. Potem stąpali między nimi ostrożnie. Te zdjęcia przypominały historię ludzi, którzy kiedyś żyli. W pewnym momencie fotografik zatrzymał się nad jednym kadrem — tym z mokrej szosy i utkwił wzrok na Ewie i powoli skinął głową. 

—  Wiesz, że większość najlepszych ujęć powstała po twoich poprawkach? 

Ewa wzruszyła ramionami. 

— Po prostu miałeś szczęście.


  ROZDZIAŁ VIII

 Projekt muzealny został zamknięty, ale żadne z nich nie miało poczucia, że kończy się coś naprawdę ważnego. Umówili się na pożegnalną kawę. Przez dłuższą chwilę stała przed lustrem, po czym ubrała się tak jak zwykle. Siedziała naprzeciwko niego, w milczeniu obracając w palcach filiżankę. Krzysztof również milczał, wyraźnie szukając odpowiednich słów na rozpoczęcie rozmowy.

Pamiętasz, jak mówiłem, że to, co robimy, nie kończy się na dokumentacji? — zaczął w końcu.

Ewa spojrzała na niego uważnie, ale nie odpowiedziała.

W środowisku krąży taki pomysł… wystawa. Cykl zdjęć. Kobieta w centrum kadru. — zawahał się. — Roboczo nazywają to „Venus”.

Na moment zamilkł. W lokalu ktoś przesunął krzesło, porcelana cicho stuknęła o blat.

To nie jest prosty temat — kontynuował ciszej. — Wiesz, jak na to patrzą w komisjach, w instytucjach. Od razu robi się nerwowo.

Ewa uniosła wzrok.

I co mnie to obchodzi?

Uśmiechnął się.

Właśnie o to chodzi, że mnie obchodzi. Bo szukam kogoś, kto nie będzie tylko pozował.

Zawahał się na moment.

Przy większości ludzi aparat trzeba prowadzić. Przy tobie nie muszę.

Ewa odłożyła filiżankę.

Skąd to rozpoznajesz?

Tak, rozpoznaję — skinął głową. — Ty to zobaczyłaś jeszcze zanim ustawiłem aparat.

Oboje zamilkli.

I dlatego… — dodał po chwili, już ciszej — pomyślałem, że mogłabyś stanąć przed aparatem. W tym projekcie.

Ewa nie odpowiedziała od razu.

Przed aparatem — powtórzyła w końcu. — W „Venus”.

Tak.

I to się tak nazywa oficjalnie?

Krzysztof wzruszył ramionami.

— „Venus” to raczej robocza nazwa.

Ewa odchyliła się na krześle.

A ja mam tam być kim?

Krzysztof zmierzył ją długim spojrzeniem.

Kimś, kogo nie muszę wymyślać.

Po chwili dodał.

I dlatego pytam ciebie, a nie kogoś innego.

Ewa zaciekawiona, dopytywała.

Jeśli mam stanąć przed obiektywem aparatu, to w jakim charakterze?

Potarł dłonią podbródek. Milczał tak długo, że Ewa już myślała, iż zrezygnuje z odpowiedzi. 

— Mają to być akty kobiece, a ty, ty... moją modelką.

Ewa przez chwilę siedziała bez ruchu, a głosy w lokalu nagle stały się nienaturalnie wyraziste. Chciała sięgnąć po filiżankę, lecz jej dłoń zadrżała; naczynie przewróciło się. Kawa spłynęła po obrusie i na spódnicę. Zerwała się gwałtownie z krzesła i ruszyła w stronę łazienki, by jak najszybciej zaprać brązowe plamy. Gdy stanęła przed lustrem, zobaczyła drobną, bardziej dziewczęcą niż kobiecą sylwetkę. Odwróciła oczy.

Ewa nie usiadła od razu. Wsparła się na oparciu krzesła.

To, co powiedziałeś… o „Venus” — zaczęła spokojnie. — To nie jest dla mnie tylko projekt. Krzysztof lekko skinął głową, nie chcąc jej przerywać nawet spojrzeniem. 

—  Wiem. 

— Nie, nie wiesz — poprawiła go stanowczo. — Bo ty myślisz w kadrze. A ja przez chwilę zobaczyłam siebie poza nim.

Całe życie ktoś mi mówił, jaka powinnam być. W domu. W pracy. Nawet przy zwykłych rzeczach. A ty teraz proponujesz, żebym sama zdecydowała, jak mam być widziana.

Ewa odsunęła krzesło i usiadła.

Nie mówię „nie” — dodała po chwili. — Ale tylko pod warunkami, które sama rozumiem, w każdej chwili będę miała możliwość powiedzieć: stop i moja twarz nie będzie widoczna.

Ich współpraca zakończyła się wraz z fotografowaniem eksponatów. Krzysztof wyjechał. Ewa wróciła do swoich obowiązków. Minęło dwa lata. Album stał na półce w biblioteczce. Co jakiś czas brała go do rąk. I ta dedykacja... wciąż budziła wspomnienia.

Bywało, że wiosną szła nad rzekę, gdzie na płótnie, pędzlami i farbą, utrwalała kolorowymi światłocieniami pejzaże. Coraz częściej patrzyła na świat tak, jak nauczył ją Krzysztof. Światło przestało być tylko światłem. Stało się językiem.


ROZDZIAŁ IX

Przez dwa lata wydawało jej się, że najgorsze zostawiła za sobą. Spała lepiej. Znowu malowała. Coraz rzadziej budziła się w nocy z uczuciem lęku. W muzeum czuła się bezpiecznie. Kiedy więc zaproponowano jej udział w nowym, prestiżowym projekcie digitalizacji, potraktowała to jak nagrodę za wszystkie wcześniejsze lata. Trafiła do elitarnej grupy „wybrańców”. Brzmiało to niemal jak powołanie do misji. Nowatorski program komputerowy sprawiał, że muzeum, zakorzenione w dawnych czasach, nagle wkroczyło w XXI wiek.

Szybko odkryła jednak, że największą trudnością nie będzie program. Najtrudniejsi byli ludzie.

Zespół miał własne rytuały. Codziennie odbywały się zebrania, podczas których z niezwykłą swobodą rozbierano nieobecnych na części. Ich błędy, wygląd, sposób mówienia, życie prywatne – wszystko mogło stać się przedmiotem żartów. Szyderstwo było formą integracji. Kto śmiał się najgłośniej, należał do wspólnoty. Ewa nie potrafiła się śmiać. Siedziała cicho. Nie chciała uczestniczyć w upokarzaniu innych ludzi. Milczenie okazało się większym wykroczeniem.

Najpierw odebrano jej dostęp do kopii zabezpieczających. Jej praca przestała należeć do niej. Potem Zabrano jej klucze do głównego wejścia, do korytarza, do oddziału.

Każdego ranka przeżywała ten sam rytuał. Stała pod drzwiami i czekała. Czasem w zimie przed blokiem stała, marznąc, przez piętnaście minut. Czasami zamykano je niemal przed jej twarzą.

Kiedy pozostali pracowali na oryginałach dokumentów, Ewa otrzymywała niewyraźne kopie. Litery rozpływały się przed oczami. Każde słowo trzeba było odgadywać. Jednocześnie powierzano jej więcej pracy niż innym i wymagano bezbłędnych rezultatów. Każdego dnia sporządzała raporty ze swojej pracy.

Kiedy protestowała, nie usłyszała odpowiedzi. Przełożony uznał, że jest osobą niezrównoważoną, zagrażającą bezpieczeństwu sprzętu i zespołu. W jednej chwili jej desperacka próba obrony własnej godności została przedstawiona jako dowód szaleństwa. W gabinecie dyrektora odbyło się coś, co bardziej przypominało sąd niż rozmowę. Ewa siedziała nieruchomo, słuchając opinii o samej sobie, jakby dotyczyły zupełnie obcej kobiety. Chciała mówić. Wyjaśniać. Protestować.

Ale zrozumiała, że nikt nie przyszedł tam po prawdę. Przed zwolnieniem uratowała ją jedynie decyzja wicedyrektor, która uznała, że zatrudnienie nowego pracownika będzie kosztowniejsze niż pozostawienie starego. Czasami najbardziej ludzkim odruchem instytucji okazała się ekonomiczna kalkulacja.

Po tamtym dniu wszystko zaczęło boleć. Nie tylko psychika. Rano budziła się zmęczona. Serce biło szybciej już na myśl o pracy. Dłonie drżały podczas wkładania klucza do zamka, choć coraz częściej żadnego klucza już nie miała.

Wieczorem nie mogła zasnąć. W nocy budziła się z uczuciem, że nie spada.

Przestała wierzyć własnym oczom, własnej pamięci i własnemu osądowi.

Przez tydzień leżała bez ruchu. Patrzyła w sufit i miała wrażenie, że życie zatrzymało się gdzieś obok niej. Nie płakała. Była zbyt zmęczona nawet na łzy. Organizm po prostu odmówił dalszej walki.

Aż któregoś ranka usiadła przed kolejnym dokumentem. Czytała historię ludzi, których dawno już nie było. Ich dramaty. Ich nadzieje. Ich codzienne życie. One dla niej stały się ważniejsze od tych rechocących głosów zza ściany. W świadomości Ewy współpracownicy zniknęli. Cała uwaga skupiła się na pracy. Z każdym dniem odzyskiwała spokój. Przestała karmić ich swoją energią. Wraz z tym wracały siły. Osiem godzin pracy wykonywała w cztery. Zniknęło napięcie, wróciła koncentracja, wróciła radość. Po trzech latach została wezwana na zebranie. Przełożony krzyczał jak zwykle. Kolejno wytykano błędy wszystkim obecnym. Kiedy przyszła kolej na Ewę, zapadła cisza. Nie znaleziono ani jednego błędu. Jej wyniki były najwyższe. Nie mogli Ewy już zniszczyć.

Kiedy szef przyszedł z kwiatami ją przeprosić, powiedziała:

Kwiaty przyjmuję. Ale proszę do mnie podchodzić najwyżej na odległość metra.


ROZDZIAŁ X

Po latach napięcia związanego z mobbingiem postanowiła wyjechać i odpocząć nad Bałtykiem. Przyjęła zaproszenie kuzyna do Sopotu Adama, który był milicjantem. Ogród kuzyna przywitał ją ciężkim zapachem róż i azalii. Powietrze było gęste. A gdzieś dalej, pod tym wszystkim, pulsowała obecność morza — chłodna i słona. Pomimo zmęczenia, pobiegła na plażę. Trójmiasto wciągało ją powoli. Zapach smażonych ryb, wilgotne powietrze starych uliczek, ogrody Sopotu, w których czas zdawał się zapadać w sen. Siadywała w kawiarni „Alga” i patrzyła. Ludzie byli jak opowieści — wystarczyło słuchać fragmentów, by dopowiadać resztę. Śmiali się, kłócili, milczeli obok siebie. Patrzyła na nich jak na kadry ze światłocieniami. Oczami wyobraźni robiła im zdjęcia. Ona pozostawała na granicy tego świata. Niewidzialna, ale obecna.

Idąc ulicą Monte Casino natknęła się na plakaty mówiące o wystawie w Krakowie pt. „Venus”. Powróciła pamięcią do Krzysztofa i jego propozycji. Obiecała sobie, że po powrocie do domu zainteresuje się tym tematem.

Gdy zbliżał się czas powrotu, coraz częściej widziała kuzyna nerwowo dyskutującego z kimś przez telefon.

Gdy pakowała walizki głos Adama wyrwał ją z zamyślenia.

Zapraszam cię na pożegnalną kolację.

Tak po prostu?

Zawahał się.

Przy okazji wyświadczysz mi drobną przysługę. Nic nie będziesz musiała robić. Po prostu bądź ze mną.

Serio?

Gdzie?

Niespodzianka.

Na łóżku czekały rzeczy, które wyglądały, jakby należały do kogoś innego. Sukienka, buty na obcasie, kapelusik, kosmetyki. Czuła się jak Kopciuszek. Kiedy się ubrała, jej dziewczęce ciało nagle przestało być przezroczyste. Zyskało w niewytłumaczalny sposób kształt kobiecości. W lustrze po raz pierwszy zobaczyła młodą kobietę. Dotknęła odbicia opuszkami palców, sprawdzała, czy naprawdę patrzy na siebie. Zakręciła piruet i roześmiała się sama do siebie.

Ewa… wyglądasz rewelacyjnie — powiedział Adam cicho.

Zatrzymał ją przed drzwiami.

Jedna prośba. Nie odchodź ode mnie dalej niż na kilka kroków. Gdybym na chwilę zniknął, zostań przy stoliku. I nie rozmawiaj z nikim.

Spojrzała na niego zdziwiona.

To jakiś żart? — Nie. Po prostu mi zaufaj.

Lokal uderzył ją natychmiast — światło było ostre, zapach ciężki. Zatrzymała się w pół kroku. Wszystko naraz zaatakowało jej ciało i umysł. Zadygotała. Głosy i spojrzenia mężczyzn zaczęły ją osaczać. Nie wiedziała, gdzie podziać ręce. Odwróciła wzrok, ale to nic nie zmieniło. Jeden z nich uniósł w jej stronę plik banknotów. Gest był szybki, pewny. Na początku nie zrozumiała, co widzi. Dopiero po sekundzie gardło ścisnęło się nagle. Miała wrażenie obcości własnego ciała. Coś ostro uszczypnęło ją w ramię. Podskoczyła i odwróciła się gwałtownie. Tuż za nią stały dwie mocno umalowane kobiety.

Zgubiłaś adres? — syknęła jedna z nich.

Druga zmierzyła Ewę od stóp do głów.

Tutaj już nie ma dla ciebie miejsca.

Ewa cofnęła się o krok. Nie rozumiała, o czym mówią. Adam nagle zesztywniał. Spojrzał ponad jej ramieniem.

Zostań tutaj. Zaraz wracam.

Nie czekał na odpowiedź.

Podszedł do kobiet i powiedział coś cicho. Jedna wzruszyła ramionami, druga wskazała Ewę. Adam mówił spokojnie, ale stanowczo. Po chwili kobiety odeszły kilka kroków, rzucając Ewie pogardliwe spojrzenia. Dopiero wtedy rozejrzał się dyskretnie po sali, jakby kogoś szukał. Skinął ledwie dostrzegalnie głową w stronę mężczyzny siedzącego przy barze i ruszył między stoliki. Po chwili zniknął w tłumie.

Ewa została sama. Każda sekunda trwała wieczność. Wrócił, ale nadal nie mogła rozluźnić zaciśniętych dłoni.

To „mewki”. Pomyślały, że przyszłaś odbierać im klientów.

Adam... muszę wyjść.

Jej głos drżał.

Nie wytrzymam tutaj.

Spojrzał na nią przepraszająco i skinął głową.

Dobrze. Jedziemy.

W samochodzie czuła w ustach gorzki smak.

Adam długo siedział w milczeniu.

Powinienem ci powiedzieć wcześniej.

Ewa podniosła wzrok.

Nie zaprosiłem cię tylko na kolację. Prowadziliśmy tam obserwację. Samotny od razu zwróciłbym uwagę. Z kobietą u boku wyglądałem jak każdy inny gość.

Więc byłam przynętą?

Nie. Alibi. Mężczyzna z elegancką kobietą nie zwraca uwagi. Samotny milicjant już tak.

A te kobiety... 

— "Mewki". Kiedy zaczęła się akcja, pomyślały, że jesteś jedną z nich. Dlatego weszły na ciebie. 

Myślałem tylko o zatrzymaniu tamtego człowieka. Nie przewidziałem, co przeżyjesz. — Wyjeżdżasz jutro. Nikt cię tu nie zna. Powinienem był przewidzieć, że to dla ciebie będzie czymś zupełnie innym niż dla mnie. Ja widziałem sytuację. Ty znalazłaś się w środku.

Ktoś pożyczył jej na ten jeden wieczór cudzą twarz i kazał uwierzyć, że naprawdę do niej należy.

  ROZDZIAŁ XI

Zima nie chciała ustąpić miejsca wiośnie. Od sopockiego wyjazdu minęło zaledwie kilka miesięcy. Tak jak sobie tam obiecywała, postanowiła w czytelni biblioteki odnaleźć informacje o wystawie „Venus”. Odnalazła czasopisma z fotografiami Krzysztofa. Sięgnęła po katalog jego prac. Z kart patrzyły profesjonalne modelki, piękne i pewne siebie. Własne odbicie w lustrze wydawało się przy nich kruche. Dopiero po chwili dostrzegła, że ta doskonałość była także efektem światła i kadru. Przypomniała sobie słowa Krzysztofa „Jesteś kimś, kogo nie muszę wymyślać.” Bywały wieczory, gdy wyobrażała sobie światła studia fotograficznego i własne zdjęcia, których jeszcze nie było. Kolejny raz wyciągała z szuflady fotografię zrobioną w Jamie Michalika. Tym razem nie szukała już własnego odbicia. Analizowała światło, kadr i kompozycję. 

Pewnego dnia Ewa otrzymała list od Krzysztofa w niebieskiej kopercie, w którym napisał między innymi:

Pamiętasz nasze rozmowy i twoje pełne obaw wahania? Chcę cię zapewnić, że projekt „Venus” nie ma nic wspólnego z prowokacją, a ty jak mało kto wyczuwasz kadry. Ile razy mam ci to powtarzać?” 

Ewa na moment zadumała się. Niebieska koperta. Ten sam kolor. 

To wspomnienie pociągnęło za sobą inne.

Niebieska koperta. Miała czternaście lat, gdy przyszedł pierwszy list w jej życiu zaadresowany do niej. List z konkursu literackiego. Dowód, że jej głos istnieje poza domem. Ale koperta nigdy do niej nie wróciła — odebrała ją ciocia Emma.

Tak też było w pracy. Stała kiedyś na mrozie przed budynkiem, patrząc na światło w oknach, do którego nie mogła wejść.

Przesunęła palcami po niebieskiej kopercie od Krzysztofa. Tym razem nikt jej nie zabrał, mogła przeczytać każde słowo.

Doszła do wniosku, że jeśli stanie przed obiektywem, nie będzie biernym przedmiotem fotografowania. Nadal będzie uczestniczyć w tworzeniu zdjęcia.

Ewa słuchała wieczorem swej ulubionej audycji radiowej red. Anny Pilskiej, gdy rozległ się dzwonek telefonu.

Cześć — rozpoznała niepewny głos Krzysztofa.

Upłynęło już chyba trzy lata, gdy ostatni raz dzwoniłeś. Słyszałam, że o „Venus” zrobiło się głośno.

Toczyły się często zaciekłe dyskusje dotyczące kontrowersyjnej wystawy. Widziała nagłówki gazet pełne zachwytu jak i oburzenia.

Tak. Nabrała takiego rozpędu, że jest szansa na kolejną edycję. Dzwonię właśnie w tej sprawie — powiedział niezdecydowanym głosem.

Zgasiła radio i usiadła bliżej aparatu telefonicznego.

Czy twoja decyzja uczestniczenia w tym projekcie jest nadal aktualna? — zapytał.

Tym razem nie odłożyła słuchawki, żeby zyskać na czasie. Przypomniała sobie aforyzm Leca: „Purytanie powinni nosić dwa listki figowe na oczach”. 

Kiedy zaczynamy sesje zdjęciowe? 

Na drugim końcu linii zapadła cisza. 

Myślałem, że będziesz się wahać — powiedział w końcu Krzysztof. — Przez cały czas. 

Ewa nie odpowiedziała od razu. 

Nie — powiedziała spokojnie. — Już nie.

W słuchawce słychać było tylko jego oddech.



  ROZDZIAŁ XII

 Przygotowanie ostatniej edycji „Venus” trwało niemal rok. Przez ostatnie miesiące łapała się na tym, że nie patrzy już na świat — tylko go kadruje.

 Po pół roku, wiosną zjawiła się w studiu Krzysztofa.

Dopiero gdy zamknęły się za nią drzwi, uświadomiła sobie, że naprawdę tu przyjechała. Przestrzeń ta bardziej przypominała mieszkanie niż atelier — sprzętem, który od razu wskazywałby, gdzie zaczyna się praca. Kiedy Ewa zgadzała się na udział w projekcie, wszystko wydawało się odległe i niemal abstrakcyjne. Dopiero tutaj wszystko wydało się realne. Po wspólnym obiedzie, zwiedzaniu obszernego studia i długich rozmowach, zapadł zmierzch. Ewa była zmęczona, a Krzysztof krzątał się wokół niej, dopytując o drobiazgi. W jednym z pokojów przygotował dla niej miejsce do spania. Tego wieczoru została sama. Fotografik wrócił do swojego mieszkania, do rodziny.

Ewa czuła swoje ciało jakby ważyło tonę. Po kąpieli, owinęła się szczelnie kołdrą. Leżała długo, nasłuchując ciszy. Przez chwilę wsłuchiwała się w tykanie zegara, czekając na kolejną bezsenną noc. Tym razem jednak sen przyszedł niemal natychmiast.

Pobudka! Już po dziesiątej. — usłyszała przez sen wesoły głos Krzysztofa.

Gdy się rozbudziła i usiadła, zobaczyła przed sobą tacę ze śniadaniem.

Co za pyszności!

Musiałem jakoś uczcić twoją decyzję. Nie sądziłem, że się zgodzisz.

Nie mogła się oprzeć łakociom. Schrupała grzanki, ze smakiem pochłonęła świeże rogale i wypiła pyszną kawę. Krzysztof, nic nie mówiąc, siedział naprzeciwko i jej się po prostu przyglądał.

Już mierzysz we mnie światłomierzem? — zażartowała.

Prawie — odparł.

Kiedy szła do łazienki usłyszała uśmiechnięty głos fotografa.

Czujesz, jak tu ciepło? — Wszystko jest już przygotowane.

Po chwili wróciła boso, jeszcze z wilgotnymi włosami po kąpieli. Trzymała w dłoni narzucony cienki szlafrok. Tym razem przed obiektywem nie miał stanąć muzealny przedmiot, lecz ona sama. Rozejrzała się wokół: W studiu było tak cicho, że słyszała własny oddech. Szła ostrożnie, na palcach, trochę skulona. Weszła na podest między lampami. Przez sekundę miała wrażenie, że jest tu zupełnie sama. Zacisnęła dłonie na pasku szlafroka. Potem przypomniała sobie księgę, filiżankę i mokrą szosę. Wtedy także ufała obrazowi bardziej niż własnym obawom. Mrużąc oczy dostrzegła fotel otoczony lekkimi tiulami. Usiadła wygodnie. Gdy poprawiała włosy szlafrok osunął się obok. Nie podniosła go. Było ciepło i miękko. Oparła się głębiej o fotel. Palce same odnalazły rąbek tiulu i zaczęła powoli wachlować nim twarz, gdy usłyszała kliknięcie aparatu i radosny głos Krzysztofa.

Nie zamierzałem jeszcze robić zdjęcia — powiedział. — Ale kiedy uniosłaś tiul, zobaczyłem gotowy kadr. Odruchowo nacisnąłem spust.

Pierwszym odruchem zaskoczonej Ewy było sięgnięcie po szlafrok, aby się zasłonić ale ostatecznie tego nie zrobiła. Odwróciła głowę w stronę aparatu.

Odbitka wyjdzie z polaroida. Zobaczymy ją za minutę może dwie. — powiedział z napięciem.

Oboje wstrzymali oddech i czekali.

Spójrz jak światłocień idealnie podkreśla linię bioder i delikatną fakturę skóry, a ruch ręki z tiulem sprawia, że twoja twarz jest półprzeźroczysta! — wykrzyknął podekscytowany.

O mój Boże... — szepnęła.

Kąciki jego ust uniosły się powoli. 

— I po co były te wszystkie tygodnie, lata niepewności i bicia się z myślami? Zbyt dużo nerwów cię to kosztowało. 

 Wiesz, dlaczego tak długo się bałam?— Dlaczego? 

— Bo przez całe życie miałam wrażenie, że inni ludzie wiedzą lepiej ode mnie, kim jestem. 

By rozładować nagłą nostalgię Krzysztof zapytał:

Jakiej muzyki lubisz słuchać?

Słuchasz Charles'a Aznavoura?

O! — wykrzyknął Krzysztof. — Nie mam, ale zdobędę. — Mam muzykę klasyczną — Może być?

W tym momencie w studiu rozległy się romantyczne kompozycje Chopina.

Mając przed oczami swoje zdjęcie z polaroida, Ewa zanurzyła się w fotelu i dźwiękach muzyki. Ocknęła się po słowach Krzysztofa, wówczas zauważyła, że szlafrok od dwóch godzin leżał obok fotela.

Dzisiaj nie mieliśmy próbnych zdjęć, sprowokowałem cię abyś oswoiła się z miejscem pracy. — Przy okazji okazało się, jak świetnie dajesz sobie radę przed obiektywem.

Dzień zwieńczyli obiadem w luksusowej restauracji. Po południu Krzysztof musiał już wracać do swoich obowiązków. Obiecał synowi wycieczkę rowerową. Tymczasem Ewa wróciła do pustego mieszkania-studia. Rozglądając się po obszernej kuchni, obficie wyposażonej w zapasy jedzenia, znowu zupełnie zapomniała, że przyjechała tu jako modelka.

Kiedy została sama w przestrzeni studia, kilka razy siadała przy stole, ale po chwili wstawała. Jeszcze raz weszła do atelier. Narzuciła na ramiona transparentny tiul i zaczęła, bez pośpiechu szukać w tafli lustra idealnego kadru. Zmieniała pozycję ciała, obserwując jak cienie rzeźbią linie jej ramion i bioder. W swej wyobraźni precyzyjnie kadrowała swój ruch.

Wreszcie nadszedł moment, by rozpocząć sesję zdjęciową. W studiu wszystkie urządzenia stały w gotowości do pracy. Weszła między reflektory i nie mogła powstrzymać uśmiechu. Stanęła obok fotela otoczonego tiulami i zawieszonymi fantazyjnymi kapeluszami. Zamiast wstydu czuła w sobie przedziwne, czyste rozbawienie, pozbawione kokieterii.

Krzysztof podniósł światłomierz. Przez chwilę patrzył nie na nią, lecz na wskazania – jej obecność była parametrem, który trzeba dopasować do reszty kompozycji.

Odwróć głowę za ten kremowy tiul i uchwyć go — szepnął fotografik w transie tworzenia.

Gdy uniosła rękę, blask obnażył delikatną linię ramienia i dziewczęce piersi. Ostry promień reflektora przeciął przestrzeń, a Ewa intuicyjnie cofnęła się o krok, pozwalając, by światłocień otulił jej ciało. Światło zatrzymało się na linii bioder, wydobywając z cienia delikatny rysunek sylwetki. Krzysztof na moment zapomniał o ustawieniach – nie patrzył już na układ cieni, lecz na nią, na jej eteryczną kobiecość.

Nie ruszaj się!

Jego krzyk sprawił, że w żyłach Ewy mocniej zabiła krew. Widziała, jak krąży między reflektorami, całkowicie pochłonięty powstającym obrazem.

To niesamowite! — wrzasnął. — Idziemy za ciosem, obracaj się, ruszaj, zakładaj kapelusze!

Ewa zatraciła się w tej grze, fantazyjnie dobierając kapelusze. Śledząc snopy światła z reflektorów, przybierała układy ciała, które według niej wyglądały najlepiej. Co jakiś czas zamierała w bezruchu, dając Krzysztofowi czas na korektę ustawień. Każdy głośny naciąg filmu i kolejne kliknięcie migawki było dowodem na to, że kadr się udaje. Gdy film się skończył, Krzysztof odetchnął głęboko i odłożył aparat na stół.

Masz to, Ewa — głos jeszcze lekko mu drżał.

To, co zrobiłaś ze światłem przy tym kremowym tiulu… miałem rację. Ty to po prostu czujesz całym ciałem.

Ewa uśmiechnęła się.

Ja tylko obserwowałam, gdzie kończy się cień — odpowiedziała, patrząc na aparat, w którym na filmie kryły się jej zdjęcia.

Byli w takim transie, że zapomnieli włączyć muzykę. Krzysztof, wychodząc ze studia, włączył płytę... Dopiero teraz Ewa usłyszała głos Charles’a Aznavoura, który sprawił, że ramiona opadły. Powieki zrobiły się ciężkie. Wtulona w miękką kanapę spojrzała na szlafrok leżący obok kanapy. Było jej to obojętne. Zasnęła.

Przez półsen wyczuła przyspieszony oddech Krzysztofa. Nie otwierała oczu. Po chwili ostrożnie położył ją na łóżku. Długo jej się przyglądał, po czym troskliwie przykrył kołdrą. W drzwiach zatrzymał się, zgasił światło i wyszedł.


ROZDZIAŁ XIII

Ewa obudziła się. Leżała bez ruchu, wsłuchując się w ciszę poranka. Gdy usiadła, zaczęły w jej głowie pojawiać się odpryski wspomnień. Silne ramiona Krzysztofa, jego oddech i… nic. Wieczorem zasnęła na kanapie, a teraz jest w łóżku, naga, przykryta kołdrą.

Przez chwilę tylko patrzyła na łóżko, potem na drzwi. Jak to możliwe? Krzysztof ją tu przeniósł?! Fala oburzenia mieszała się z bolesnym poczuciem zawiedzionego zaufania. Jeszcze nie wiedziała, co o tym myśleć. Ciało się spięło Usiadła gwałtownie. Kołdra zsunęła się z ramion. Przez chwilę patrzyła na łóżko, potem na drzwi. Zacisnęła szczęki. Nie mogła doczekać się jego powrotu do studia.

Gdy tylko Krzysztof stanął w progu z dwoma kubkami kawy, Ewa krzyknęła:

Mogłeś mnie obudzić! — nerwowo zacisnęła pasek szlafroka. — Nie miałeś prawa mnie przenosić.

Ewa, ja… — zaczął, ale pod jej chłodnym spojrzeniem stracił pewność siebie.

Odstawił powoli kubki na stół, chcąc zyskać na czasie.

Wyglądałaś na potwornie zmęczoną. Spałaś tak głęboko, że…

Uznałeś, że możesz zrobić z moim ciałem, co chcesz? — przerwała mu ostro.

Nie, na Boga, Ewa, nawet tak nie myśl! — uniósł ręce w obronnym geście. — Przecież wiesz, kim dla mnie jesteś i jak bardzo cię szanuję. Chodziło tylko o twój komfort. Kanapa jest niewygodna, rano wszystko by cię bolało. Chciałem po prostu, żebyś się wyspała w normalnym łóżku. Tylko tyle.

To nie był twój problem — rzuciła gniewnie.

Masz rację — powiedział cicho. — Przepraszam. Granica była jasna, a ja ją przekroczyłem, nawet jeśli myślałem, że robię coś dobrego. Powinienem był cię obudzić.

Poluzowała uścisk paska i już spokojniej powiedziała:

Doceniam to, co mówisz. I wierzę, że miałeś dobre intencje. Ale na przyszłość: moje ciało, nawet uśpione, należy do mnie. Ja decyduję, gdzie spędzam noc.

Zrozumiałem. To się więcej nie powtórzy — skinął głową w stronę stojących na stole kubków kawy. — Możemy wypić razem kawę na zgodę, czy wolisz, żebym zostawił cię samą?

Wolę zostać sama.

 Przez kilka godzin wędrowała starymi uliczkami miasta. Nie umiała już inaczej na nie spoglądać, jak tylko przez oko obiektywu.


  ROZDZIAŁ XIV

Żmudna praca w ciemni, przy wywoływaniu filmów w odpowiednich odczynnikach chemicznych i powiększalnikach, należała już do Krzysztofa i laborantów. Ewa czekała w kawiarni, otulona zapachem mielonych ziaren. Siedziała zgarbiona nad nietkniętą kawą, maltretując w palcach papierową serwetkę. Przełykała ślinę, gapiąc się tępo w okno.

Wreszcie weszła do ogromnej sali, gdzie na dużym stole i podłodze leżało kilkadziesiąt fotografii. Stykówki ich nie interesowały. Woleli patrzeć na osobne, większe rozmiary wywołanych zdjęć. Stanęli nad fotografiami. Od ponad godziny atmosfera gęstniała. Krążyli między rozłożonymi zdjęciami.

Spójrz na ten kadr, Ewa. Jest idealny — Krzysztof postukał palcem w duże zdjęcie. — Światło na twoim ramieniu, ten głęboki cień na ścianie… To jest zdjęcie, które musi iść na wystawę. Wyglądasz tu jak rzeźba.

Jej wzrok uparcie wracał do mniejszego formatu leżącego na skraju stołu.

To ja jestem sztuką! — Ewa uderzyła w blat, aż wywołane zdjęcia podskoczyły.

Myślisz, że tylko ty zrobiłeś te zdjęcia? To ja tu stałam. To moje ciało, moje emocje. A ty widzisz tylko linie i kąty.

Krzysztof podniósł odbitkę i jeszcze raz przyjrzał się jej uważnie. Chciał jeszcze raz upewnić się, że widzi to, co zobaczył podczas wywoływania.

Ale ciało właśnie takie jest. Linie. Kształty. Światło. Jeśli dobrze je pokażesz, przestaje być tylko ciałem.

Zamilkł, trochę spłoszony.

Ewa zastygła w bezruchu. Potem przysiadła na stole, po czym energicznym ruchem rozrzuciła cały stos zdjęć na podłogę i z goryczą powiedziała:

Byłam przekonana, że wybierając mnie na modelkę, szukasz czegoś bardziej nieuchwytnego. Czegoś, czego nie da się opisać słowami. Co odbiera się tylko emocjami.

To po co była cała moja spontaniczność podczas tych sesji? Skoro ty i tak szukałeś tylko abstrakcji.

Ewa rozsiadła się na stole w geście protestu. Skrzyżowała nogi po turecku, chcąc pokazać, że nigdzie się nie ruszy.

Spójrz na to! — i z rozmachem posunęła mu pod oczy trzymane w ręku zdjęcie.

Krzysztof podrapał się za uchem z niepewną miną. Zobaczył delikatność ruchu ręką i miękką linię ramienia. Spośród tiulów wyłaniała się dziewczęca pierś, a reszta była spowita w srebrzystej poświacie odbitej od faktury materiału. Tu nie było geometrii…

Tutaj twoja delikatność sprawiła, że ciało niemal ucieka z kadru, stając się czystą poezją — Krzysztof nie odrywał wzroku od fotografii.

Teraz mówisz, że to poezja! — Ewa zeskoczyła ze stołu celowo przydeptując odbitkę z najbardziej geometrycznym ujęciem swojego ciała.

Krzysztof drgnął słysząc suchy trzask łamanego papieru fotograficznego. Krzyknął:

Przydeptałaś akurat najlepsze ujęcie. Ono bezapelacyjnie musi znaleźć się na wystawie. Przyjrzyj się mu jeszcze raz!

Ewa demonstracyjnie niemal położyła się na podłodze i z bliska zaczęła oglądać fotografię. Badała fotografię z niemal laboratoryjną dokładnością. Wstała, oddaliła się i zamarła.

Przez dłuższą chwilę nic nie mówiła. Najpierw oglądała fotografię z bliska. Potem odsunęła ją na wyciągnięcie ręki. Jeszcze raz spojrzała z kilku kroków. Jakby próbowała zobaczyć nie siebie, lecz obraz.

Już wiem... — powiedziała cicho. — Wcześniej widziałam tylko porozcinane ciało. Ramię. Pierś. Cień. Wydawało mi się, że mnie rozebrałeś na kawałki. Podniosła fotografię bliżej światła.

Ale... nie. To nie są kawałki. Dziwne... kiedy patrzę dłużej, przestaję widzieć osobno ramię i pierś. To się samo składa. Zostaje tylko... nie wiem... miękkość. Całość.

Krzysztof odpowiedział cicho:

Tak właśnie to widziałem. — Nie chciałem fotografować ciała. Chciałem sfotografować moment, w którym przestajesz być modelką, a stajesz się obrazem. Tylko bałem się, że zobaczę to tylko ja.

Nie. Teraz też to widzę. I chyba pierwszy raz nie patrzę na siebie, tylko na fotografię. — Ewa, zgadzając się, kiwnęła głową.

Jeszcze przez godzinę, w milczeniu, chodziła pomiędzy leżącymi na ziemi fotografiami. Zmęczonym wzrokiem rozejrzała się po sali. W rogu piętrzyły się stosy papieru fotograficznego. 

— Tam leżą odpady złych ujęć, prześwietleń, wszelkiego rodzaju błędy fotograficzne. Teraz oglądamy zdjęcia po selekcji, te najlepsze — wytłumaczył Krzysztof.

Podeszła bliżej.

O rety! Ale tego dużo. W sumie tych dobrych do wystawy zostało niewiele. — rzekła, chwytając się za głowę.

Teraz widzisz jakie jest ryzyko, ale taki jest urok mojej pracy. Do końca nie jestem pewien, czy zdjęcie będzie udane. Potem z tych udanych znów wybierasz te, które nadają się na wystawę. I muszę jeszcze z tobą stoczyć walkę. — dodał z uśmiechem.

Ewa przysiadła na stołku, rozglądając się z niedowierzaniem.

Dlatego czeka nas jeszcze jedna krótka sesja zdjęciowa. — usłyszała zapracowany głos Krzysztofa.

Ponieważ byli zbyt zmęczeni umówili się na spotkanie w studiu następnego dnia.

Świeżo po kąpieli usadowiła się w znajomym miejscu, otoczona rekwizytami. Przyjmowała prawie te same układy ciała, idąc intuicyjnie za smugami cienia. Wszystko działo się niemal tak samo jak podczas pierwszej sesji. Tym razem nie zapomnieli o muzyce. Popłynęły dźwięki mazurków Chopina.

Kiedy odsuwał światłomierz, jego dłoń przesunęła się po jej skórze biodra niżej i nieco dłużej, niż było to konieczne.

Znieruchomiała. Powietrze ugrzęzło jej w gardle. Nie wiedziała, czy cofnąć biodro, czy zostać bez ruchu. Ciało odpowiedziało mocnym dreszczem i falą ciepła, których zupełnie się po sobie nie spodziewała. Nie z powodu jego dłoni, lecz własnej reakcji. Zacisnęła palce. Nie chciała, żeby zauważył choćby cień tego, co właśnie wydarzyło się w niej.

Czy to był przypadek? A może gest trwał trochę dłużej, niż wymagała tego praca? Nie potrafiła rozstrzygnąć. I właśnie ta niepewność była najgorsza.

Nie sam dotyk okazał się najtrudniejszy, lecz to, co obudził. Wytrąciła ją myśl, że być może ktoś po raz pierwszy patrzy na nią nie tylko jak na współpracownicę, modelkę czy część kadru, lecz także jak na kobietę. Odruchowo odwróciła wzrok. Po chwili znów spojrzała na niego.

Światło jest w porządku, nie ruszaj się, możemy naświetlać klatkę — powiedział.

Wszystko toczyło się zwykłym rytmem, a w głowie Ewy aż huczało od domysłów: czy był to przypadek, czy celowy dotyk...

Usiłowała jeszcze raz ustawić dłoń na tiulu. Krzysztof mówił o świetle, o przysłonie, o kolejnej klatce, ale słowa docierały do niej jak zza szyby. Czuła własny, szybki oddech, i ciepło w miejscu, którego przed chwilą dotknęła jego dłoń. Spróbowała zrobić krok... Próbowała jeszcze raz unieść rękę, ale ruch urwał się w połowie. Odruchowo chciała wyjść... i zaplątana między tiulami straciła równowagę. Upadła. Kolana bardzo bolały. Krzysztof zareagował natychmiast. Pomógł jej wstać. Wsparta na jego ramieniu, kulejąc przeszła na kanapę. Klęknął przy niej tak szybko, że przewrócił stojący obok taboret. Drżącymi palcami ostrożnie dotknął jej kolana. Dopiero po chwili okrył Ewę szlafrokiem, który zsunął się jej z ramion. Nawet tego nie zauważyła. Bardziej bała się własnej reakcji niż jego dotyku.

Gdy Krzysztof spoglądał na nią widziała w jego oczach troskę i coś jeszcze... . 

  CDN