ROZDZIAŁ I
Wieczór był ciepły, ciężki od zapachu kwiatów i smażonych ziemniaków. Nad ogródkami działkowymi niósł się śmiech i bełkot podchmielonych mężczyzn.
Ewa rozejrzała się. Kilka metrów dalej prezes ogródków unosił kieliszek.
— Na zdrowie, piękna panienko!
Rozejrzała się odruchowo za siebie. Nikogo nie było. Dopiero wtedy dotarło do niej, że kieliszek uniesiono w jej stronę. Uśmiechnęła się lekko.
— Dziękuję.
Ewa odwróciła się i usiadła na kocu, bliżej ogniska. Wpatrywała się w iskry strzelające w niebo. Wydawało się, że błyski łączą się z gwiazdami.
Nagle usłyszała skrzeczący głos cioci Emmy:
— Co to ma znaczyć?! — Nie będziesz się z nim zadawać! — wrzasnęła.
Ludzie jeszcze śpiewali, ktoś fałszował refren. Ewa szła z tyłu, zrywając polne kwiaty.
Przy blokach zatrzymała się na chwilę, zapatrzona w mleczną poświatę jesiennej mgły. Wtedy zobaczyła Emmę.
Stała nieruchomo. Twarz miała napiętą, oczy zwężone.
— Nie wrócisz sama do mieszkania — powiedziała.
— Pójdziesz ze mną.
— Dlaczego?
— Umówiłaś się z tym fagasem. Nie splamisz dobrego imienia rodziny.
Przed oczami stanął jej pożółkły list z „Filipinki”. Usłyszała ten sam głos: „Ty? Sama to napisałaś?”
Nagle wybuchła śmiechem. Nie potrafiła przestać. Śmiała się, dopóki nie poczuła ostrego bólu. Uderzenie w twarz odebrało jej oddech. Pobiegła. Nie wiedziała dokąd. Uciekała, dopóki krzyk Emmy nie stopniał w szumie ulic.
Drżące
nogi ugięły się. Oparła się o chropowatą ścianę bloku,
walcząc o oddech. Puls dudnił jej w skroniach. Powoli zwalniał, a
obraz pod powiekami przestał wirować.
— Zatrzymaj się!
Nie odpowiedziała.
Emma złapała ją za ubranie. Ewa wysunęła się i wyrwała. Pobiegła dalej, nie słysząc już nic poza własnym oddechem.
— Ewa, co się dzieje…?
Nie odpowiedziała, ruszyła dalej. Ciocia była za nią.
— Nie rób wstydu rodzinie!
Wpadła między bloki, nie wiedząc nawet, którą ulicą biegnie. Obraz falował. Ciało nie nadążało. Nogi zrobiły się ciężkie. Ręce drżały. Zatrzymała się.
I
wtedy pomyślała: przecież mam dwadzieścia dwa lata.
Do mieszkania wróciła, kiedy wszystko już ucichło. Na podłodze wciąż leżały rozsypane polne kwiaty. Spała może dwie godziny. Zlana potem weszła do wanny, próbując zmyć z siebie kolejny ślad upokorzenia. Wtedy usłyszała zgrzyt klucza w zamku. Mama Maria weszła, rozłożyła zakupy i zaczęła gotować. Ewa wyszła z łazienki i zapytała:
— Dlaczego znowu weszłaś do mojego mieszkania bez zapowiedzi?
— Przecież nic się nie stało.
— A gdybym była z kimś?
— Jezus Maria! Znowu masz jakieś pretensje! Przecież zrobiłam ci zakupy, za chwilę będziesz miała obiad! — krzyczała matka. — Nie każdy ma tak dobrze jak ty!
— Nie chcę twojego obiadu! Zostaw mnie w spokoju!
— Taka jest twoja wdzięczność? Co z ciebie za córka? Jestem dla ciebie nikim? — rozpłakała się głośno.
Ewa stała w progu i patrzyła na płaczącą matkę.
Bezsenność przyszła tej samej nocy i została.
ROZDZIAŁ II
Mijały kolejne tygodnie. Nad ranem zasypiała na godzinę lub dwie, a potem szła do muzeum, jakby przeżywała cudze życie.
Po
pracy wracała pieszo, choć autobus zatrzymywał się pod samym
blokiem. Lubiła drogę przez park. Zatrzymywała się przy stawie,
obserwowała kaczki, czasem przysiadała na ławce z zeszytem. Nie
rysowała ludzi. Zawsze wybierała drzewa, gałęzie albo stare
latarnie.
W pracy litery zamazywały się przed oczami. Po raz trzeci czytała ten sam akapit, nie rozumiejąc ani słowa. Wieczorem sen znów nie przyszedł. O trzeciej dwadzieścia siedem za oknem śpiewały już pierwsze ptaki. Poczuła lęk, gdy dostała polecenie aby opisać eksponaty do karty katalogu naukowego. Snuła się po magazynie, starając się opisać wiernie każdy artefakt. Niestety jej praca była poprzekreślana czerwonym długopisem. Kolejnego dnia spróbowała się maksymalnie skupić aby nie popełnić aż tak wiele błędów.
Trwała już smętna jesień. Ewa porządkowała dokumenty, gdy ciszę przerwał dźwięk telefonu.
— Proszę przyjść do mnie, pani
Ewo — usłyszała spokojny głos dyrektora.
Odłożyła
papiery. Nadal była niewyspana.
Ruszyła korytarzem. Kiedy weszła do gabinetu, jej uwagę od razu przyciągnął mężczyzna siedzący w fotelu. Miał szczupłą, surową twarz, opaloną słońcem. Przyglądał jej się uważnie.
— Przedstawiam pani naszego gościa — powiedział dyrektor. — Artysta fotograf. Zamierza stworzyć album poświęcony muzealnym artefaktom. Proszę wprowadzić go w zbiory i współpracować przy projekcie.
Nieznajomy
wstał i uścisnął jej dłoń.
— Krzysztof — przedstawił
się z lekkim uśmiechem. — Mam nadzieję, że będzie nam się
dobrze współpracowało.
ROZDZIAŁ
III
Spotkanie w kawiarni miało przynieść konkretne ustalenia — nadszedł czas, by omówić szczegóły projektu. Za oknem powoli zapadał jesienny zmierzch. W środku pachniało kawą i cynamonem. Ktoś przy sąsiednim stoliku stukał łyżeczką o szklankę, a zaparowane szyby zasnuwał wieczorny chłód.
— Dyrektor wspominał, że album ma być czymś więcej niż zwykłym katalogiem? — zaczęła Ewa, mieszając herbatę. — Chce pan pokazać historię eksponatów?
— Tak, historię… i coś jeszcze. Chciałem ocalić pamięć o ludziach, którzy ich używali.
Ewa odłożyła łyżeczkę i spojrzała na niego dłużej. Traktowała muzealne zbiory jak obiekty wymagające opisu, konserwacji i archiwizacji.
— Dotąd nikt nie mówił o eksponatach w taki sposób. — zauważyła.
— Być może. Właśnie dlatego przyjąłem to zlecenie.
O zmroku Ewa jeszcze spacerowała ulicami, choć ziąb był coraz większy. Patrzyła na gałęzie drzew pozbawionych liści. Tworzyły dziwną architekturę poplątanych linii. Zdawały się tworzyć dynamiczne, geometryczne wzory, które zmieniały kształt wraz z jej każdym krokiem.
Wieczorem długo nie mogła zasnąć. Nie dlatego, że myślała o Krzysztofie. Zastanawiała się nad jednym zdaniem: „ocalić pamięć". Nigdy wcześniej nie przyszło jej do głowy, że eksponaty mogą być czyimś życiem, a nie tylko numerem katalogowym.
ROZDZIAŁ
IV
Od godziny ósmej następnego dnia rozpoczęli intensywną pracę.
Krzysztof pracował z precyzją doświadczonego fotografa. Na stole leżał pierścień. Przesuwał reflektory, sprawdzał światłomierz i długo patrzył w matówkę. Na czole Krzysztofa pojawiły się kropelki potu. Rubin raz gasł, raz rozbłyskał czerwienią. Każde zdjęcie było decyzją, której efekt poznawało się dopiero po wywołaniu filmu. Przyglądała się kamieniowi już od kilkunastu minut. Kiedy Krzysztof przesunął lampę, rubin na moment pociemniał. Przy następnym ustawieniu w jego wnętrzu pojawił się wąski, czerwony błysk.
Nowy
dzień Krzysztof rozpoczął osłabiony przeziębieniem. Pracował
wolniej. Bezustannie dźwigając sprzęt, modyfikował jego
konfigurację. Między statywem i plątaniną kabli leżała stara,
bogato zdobiona księga, której złocenia odbijały blask
reflektorów. Zmieniał ustawienia światłomierza, ale efekt go nie
zadowalał. Znała
tę księgę od lat. Wiedziała, które tłoczenia giną w cieniu i
że każda kolejna korekta wydłuża czas jej ekspozycji na światło.
Podeszła do okna. Otworzyła je i przesunęła księgę tak, by
światło wydobyło złocenia, nie oślepiając papieru.
— Jeszcze nie tak — mruknęła.
Delikatnie skorygowała ułożenie otwartego woluminu i przysunęła go bliżej okna. Nachyliła się nad aparatem i spojrzała w matówkę. Księga ożyła. Skóra oprawy nabrała głębi, złocenia przestały razić, a pożółkły papier zyskał ciepło.
— Sprawdź — zwróciła się do niego.
Jeszcze przez chwilę patrzył na obraz.
—
Jak
ty to zrobiłaś?
Ponownie
sprawdził parametry, szukał błędu, który według zasad powinien
tam być.
Odwrócił wzrok od matówki i wyszedł, na korytarz.
—
Następnym razem trzymajmy się moich wytycznych. Przypadkowe
przebłyski rzadko się powtarzają — powiedział, nie patrząc jej
w oczy.
— Wiem, że zależy ci na jakości zdjęć, ale weź pod uwagę ochronę cennych eksponatów — odparła Ewa, ściągając białe rękawiczki. — One mają ograniczoną tolerancję na światło i temperaturę.
Słysząc jej uwagi przymknął na chwilę oczy i westchnął. Walczył z pulsującym bólem głowy.
— Ewo, wiem, co robię, nawet jeśli dziś nie jestem w najlepszej formie. — odparł.
Zaplanowana dalsza sesja zdjęciowa musiała być odwołana. Choroba zatrzymała fotografika w hotelowym pokoju na tydzień. Ewa przynosiła mu czosnek z miodem, lecz z każdym dniem stawał się bardziej zamknięty i chłodny.
Ponieważ skończyła czytać pierwszą część książki „Krystyna, córka Lavransa”, postanowiła wieczorem pójść do biblioteki po kolejną. Mijała w pośpiechu wystawy sklepowe. W szklanych witrynach migały jej odbicia. Przy kolejnym, zatrzymała się i z uwagą śledziła swoją sylwetkę niczym kadr w obiektywie aparatu fotograficznego.
ROZDZIAŁ V
Choroba wyczerpała Krzysztofa, więc zrobili sobie dzień przerwy. W pustej kawiarni pachniało świeżą kawą i domowymi ciastami. Ewa miała już usiąść naprzeciwko niego, gdy nagle, grzebiąc w torebce, zorientowała się, że nie ma kluczy od mieszkania. Krew odpłynęła jej z twarzy. Przez moment nie mogła złapać powietrza. Przepraszając Krzysztofa, pobiegła na przystanek. Po półgodzinie stanęła przed mieszkaniem. Klucze wisiały w zamku. Wyszarpała je drżącymi rękami i schodząc po schodach, próbowała wyrównać oddech.
— Jak ja się muszę pilnować. Wciąż coś gubię. — tłumaczyła się zdyszana.
— To się zdarza każdemu. — fotografik próbował ją uspokoić.
Usiadła niezgrabnie, prawie przewracając krzesło. Przez chwilę nie potrafiła spojrzeć Krzysztofowi w oczy i szybko zmieniła temat rozmowy:
— Lepiej? — Tamtego dnia w muzeum wyglądałeś fatalnie.
— Dużo lepiej, dziękuję. I przepraszam za moją szorstkość. — Krzysztof westchnął, opierając się o oparcie krzesła.
— Odniosłam wrażenie, że fotografia pochłania cię bez reszty.
— To moja pasja. — Najtrudniejsze jest to, że fotografia nie wybacza pośpiechu. Masz ograniczoną liczbę klatek, jedno światło, jeden moment. A potem czekasz dniami, żeby przekonać się, czy naprawdę go zatrzymałeś. — mówił Krzysztof prawie na jednym wdechu.
Gardło miał tak suche, że jednym haustem wypił kawę, a fusy osiadły pod nosem.
Na ten widok parsknęła śmiechem. Nawet nie zauważyła, że kawa dawno wystygła.
— Piękne... ale strasznie trudne.
— Trudne, jasne. Ale w tym właśnie jest sens. Kiedy patrzysz i wiesz, że to ty zatrzymujesz chwilę.
— Już wiem, że ogranicza cię liczba klatek na filmie.
Do kawiarni weszła grupa roześmianej młodzieży. Gwar zagłuszył głos fotografika, więc zamilkli.
Obserwowali, jak stojak z gazetami chwieje się od przeciągu. Gdy znowu zrobiło się cicho, Krzysztof przez chwilę obracał filiżankę w dłoniach, zanim się odezwał.
— Współpraca z tobą jest dla mnie zaskakująca.
Uśmiechnęła się lekko i uniosła brwi.
— Dlaczego?
— Masz bardzo dobre wyczucie kadru. Jakbyś sama wiedziała, gdzie powinnaś być w obrazie.
— Może dlatego, że przenoszę to, co widzę, na papier… tylko, że farbami. Lubię obserwować przyrodę.
Dopiero, gdy kelner gasił światła zorientowali się, że jest późno. Od rana nic nie jedli.
W domu wyjęła szkicownik i poszła nad rzekę, gdzie zamiast malować krajobraz, przez długi czas próbowała uchwycić sam cień gałęzi przesuwający się po murawie trawnika.
Kolejnym
rozdziałem pracy, była architektura. Gdy zapadł zmierzch,
Krzysztof, jeszcze osłabiony chorobą, coraz częściej odwracał
głowę w jej stronę, zanim przesuwał lampę albo zmieniał
ustawienie aparatu. Ewa zauważyła to dopiero po chwili. Słońce
wisiało nisko nad horyzontem.
— Krzysztof, za moment promień przejdzie przez tę szczelinę w murze i wydobędzie fakturę kamienia!
Fotografik natychmiast, bez pytań, ustawił statyw. Nie było miejsca na wahanie. Liczyła się tylko złota godzina, którą również zauważył.
Krzysztof spojrzał w wizjer. Obraz był dokładnie taki, jakiego oczekiwał. Nacisnął spust migawki.
Coraz częściej Ewa miała wrażenie, że nie uczy się fotografii, tylko sposobu patrzenia.
Za zgodą dyrekcji weszli do magazynu zbiorów, gdzie fotografik poszukiwał artefaktów, które mogłyby stać się inspiracją do kolejnych zdjęć. Pochylali się nad gablotami.
— Ta filiżanka to cud rękodzieła — wyszeptała Ewa.
Uniósł brwi. Naczynie natychmiast trafiło przed obiektyw.
Jednak gdy po dłuższej chwili Krzysztof wciąż nie był zadowolony z efektów, Ewa podeszła bez słowa. Przestawiła porcelanę tak, że miękki półcień wydobył z niej lekkość mgły. Fotografik podszedł i nachylił się nad aparatem. Z głośnym świstem wypuścił powietrze.
Wychodząc, odwrócił się i skupił wzrok na Ewie. Dopiero teraz dostrzegł, że na jej delikatnej, niemal eterycznej sylwetce światłocień układał się wprost idealnie. A gdyby kiedyś zgodziła się pozować? Światło samo układało się na jej twarzy.
Ewa
jako opiekun artefaktów muzealnych, ustawiła następny eksponat —
w bezpiecznym miejscu. W tym dniu nie było to łatwe. Po kolejnej
nieprzespanej nocy wszystko leciało jej z rąk. Pracowała z
ogromnym wysiłkiem i ostrożnością. Jednak, gdy rozpoczynała się
akcja na planie, zmęczenie minęło.
— Mamy tu do sfotografowania niezwykle kruchy eksponat.
— Materiał jest zbyt delikatny na długie eksponowanie temperatury. Ustawmy wszystko tak, żeby światło pracowało dla sukni, a nie przeciw niej.
Przez chwilę patrzył na suknię, potem na reflektory. Powoli oparł się o ścianę i zakrył twarz dłońmi.
Tym razem były to kwadratowe kartoniki, które Ewa trzymała tuż nad najbardziej zniszczonymi fragmentami materiału.
— Trzeba zrobić przynajmniej trzy ujęcia i trzy razy użyjemy krótkiego naświetlenia latarką.
Przy tych czynnościach liczył klatki filmu, nieustannie przykładał czarne kartoniki do materiału. Płynnym ruchem ręki kreślił latarką po sukni niewidzialne, świetlne linie. Przy każdym ujęciu było słychać trzask migawki.
— Wiesz jak się nazywa tego rodzaju fotografowanie?
— Nie.
— Malowanie światłem, albo żonglerka światłem — odpowiedział zmęczonym głosem.
Była to sprawa pilna, dlatego od razu postanowili sprawdzić efekt w ciemni. Dopiero wtedy oboje przestali wstrzymywać oddech. Suknia na odbitkach wyglądała piękniej, niż przypuszczali. Następnego eksponatu żadne z nich nie ustawiało już osobno. Jedno zaczynało, drugie kończyło.
Wieczorem
Ewa zajrzała do szkicownika. Malowała ten sam liść trzy razy. Nie
potrafiła znaleźć odpowiedniego światła. Dopiero wtedy
uświadomiła sobie, że zaczęła patrzeć oczami fotografa.
Wyjrzała przez okno i zamarła. Latarnia uliczna rzucała długi
cień na mokry chodnik, dzieląc przestrzeń na idealne strefy czerni
i błyszczącej bieli. Z ciemności wyłoniła się postać w
ortalionie. Płomień zapałki rozświetlił twarz nieznajomego. W
mgnieniu mały ognik papierosa i mężczyzna utonęli w czerni.
ROZDZIAŁ VI
Ewa wróciła zmęczona po całodniowym fotografowaniu obiektów muzealnych. Zziębnięta marzyła o kąpieli i śnie. Szukając nowego szlafroka zauważyła rozwiązane pudełko z listami od znajomych i przyjaciół z ostatnich trzech lat. Przez chwilę patrzyła na pudełko. Nie rozumiała, dlaczego ściska ją w gardle. Dopiero po chwili zauważyła ślady otwierania.
Dzień później nie poszła do pracy. Zadzwoniła do mamy.
— Ewa? Kochanie, co się stało? Dlaczego nie jesteś w pracy? — W głosie matki natychmiast pojawiła się czujność.
— Przyjdź do mnie natychmiast. — odpowiedziała zachrypniętym głosem.
Ewa wybrała duży, mocny czarny worek na śmieci.
Wyjęła
z szuflady pierwszą garść listów.
Papier był pożółkły i
kruchy. Na kopertach — znane pismo, adresy sprzed lat, znaczki z
innych czasów. Zaczęła rozdzierać koperty i kartki.
Najpierw
jeden. Potem następny. Papier pękał z suchym trzaskiem.
Maria siedziała na kanapie i patrzyła.
Ewa darła powoli, jakby jeszcze łudziła się, że matka ją zatrzyma. Papier stawiał opór, rwał się nierówno.
Potem coraz szybciej. Ręce zaczęły pracować same, mechanicznie. Koperty, kartki, pocztówki. Słowa rozpadały się na strzępy.
— Po co to robisz? — zapytała w końcu Maria.
Ewa nie odpowiedziała. Darła dalej.
W końcu podniosła głowę.
— Mamo… ty je wszystkie przeczytałaś. —Dlaczego?!
Zapadła cisza.
— Przecież nic złego nie zrobiłam. — Maria wzruszyła ramionami.
Ewa klęczała nad workiem, który powoli się zapełniał. Darła dalej, aż nie zostało nic. Ani jednego listu. Ani jednego zdania, które ktoś kiedyś napisał tylko do niej. Kiedy związywała worek, ręce jej drżały. Kiedy zanosiła na śmietnik, świat tonął we mgle.
Wieczorem długo siedziała nad rzeką. Nie miała ze sobą farb. Patrzyła, jak nurt zabiera opadłe liście. Pierwszy raz od wielu tygodni nie miała ochoty niczego zachować.
ROZDZIAŁ VII
Krzysztof przemierzał korytarz tam i z powrotem. Czekał na wyjaśnienia jej nagłego zniknięcia. Przecież mieli świętować wspólny sukces w Krakowie. Dyrektor powiedział mu o nagłej niedyspozycji Ewy. Ucieszył się, gdy ją zobaczył następnego dnia. Miała podkrążone, nieobecne oczy. Nie chciał być niedyskretny, lecz pytania cisnęły się... co się stało? Długo nie musiał czekać na odpowiedź.
Ewa zakryła twarz dłońmi i długo kiwała pochyloną głową. Gorycz ścisnęła jej gardło. Zachrypniętym głosem wyjaśniła:
— Czasami człowiek tak długo słyszy, że przesadza, że zaczyna się zastanawiać, czy rzeczywiście nie przesadza.
— Nie musisz mi mówić.
— Wiem.
Pomimo
przygniatającego bólu głowy Ewa pojechała z Krzysztofem do
Krakowa. W powietrzu czuć było nadchodzącą zimę. Za oknem
ciągnął się szary zimowy krajobraz. Niskie chmury niemal dotykały
pól. Gdy szosa wznosiła się stromo w górę krzyknęła:
— Krzysztof, zatrzymaj się! — Szybko, rozstaw aparat!
Zjechał na pobocze i zaczął rozkładać sprzęt.
— Dobrze, że zmieniłem film w Nikonie. Przewidziałem takie okoliczności. — mruknął pod nosem.
I wtedy ołowiane chmury i mgła rozsunęły się na moment. Ostre promienie słońca zalały okolice, a mokry asfalt, kałuże zabłysnęły niczym lustro.
W
Krakowie zatrzymali się w Jamie Michalika. Wchodzili prawie na
palcach. Blask sączył się przez barwne secesyjne witraże,
rzucając refleksy na ciężkie, pluszowe meble i rzeźbione fotele.
Usiedli pod lustrem oprawionym w masywne, ciemne drewno. W powietrzu
unosił się jedynie cichy szmer rozmów, natychmiast tłumiony przez
miękkie obicia kanap. Nie wiedzieć czemu, Ewa i Krzysztof
rozmawiali szeptem.
Zamówili tylko kawę i ciastka. Nie mogli nasycić się klimatem wnętrza. Nic więc dziwnego, że Krzysztof za sprawą swojego Nikona spróbował zatrzymać go na fotografiach.
Kiedy omiatał spojrzeniem detale, odkrył, jak promień z witraża w sposób niezwykły rzeźbi twarz Ewy. Była zadziwiająco blada z wyrazem głębokiej melancholii. Szybko uniósł aparat i bez namysłu wyzwolił migawkę. Po raz pierwszy aparat skierował nie na wnętrze, lecz na nią. Przez całą drogę powrotną odliczał minuty, by jak najszybciej zobaczyć efekt.
Weszli
do ciemni. Jedynym źródłem światła była czerwona żarówka. W
kuwecie wypełnionej ostro pachnącymi odczynnikami powoli wyjawiał
się obraz. Najpierw zarys oprawy, potem ciemniejsze plamy złocień,
wreszcie miękki blask na krawędzi księgi i piękno innych
eksponatów. Na końcu wyłoniła się smutna twarz Ewy we wnętrzu
krakowskiej kawiarni.
Ciemnia nie była już dla niej tylko miejscem, gdzie wywołuje się zdjęcia. Rozumiała, dlaczego Krzysztof tak długo patrzył na światło, zanim nacisnął migawkę. Między chwilą zobaczenia a chwilą powstania obrazu istniał cały ukryty świat.
Krzysztof stał obok, z rękami w kieszeniach fartucha.
— Coś nie tak? — spytała cicho.
— Właśnie pierwszy raz jest dobrze.
Do ciemni zajrzał laborant.
— Kto ustawił światło?
Krzysztof wskazał Ewę.
— Ma pani oko.
— Ja? — zdziwiła się. — To światło samo się ułożyło. Ja tylko je zauważyłam.
Ewa uśmiechnęła się półgębkiem.
— Ty naciskałeś migawkę.
— To nie aparat robi zdjęcia.
Nagle do jej uszu doszedł skruszony głos Krzysztofa.
— Wiesz, że byłem nieznośny?
— Wiem.
— Myślałem, że mi przeszkadzasz.
— A przeszkadzałam?
Krzysztof pokręcił głową.
— Nie.
— To dobrze.
W pewnej chwili Ewa poczuła na sobie wzrok Krzysztofa. Odruchowo odwróciła głowę.
— Zrobiłem ci kilka zdjęć w Jamie Michalika — wyjaśnił cicho. I uświadomiłem sobie, że wcale nie trzeba cię „ustawiać”. Zauważyłem, że patrzę już nie na wnętrze, tylko na ciebie w tym wnętrzu... i na twoją twarz.
Usłyszeli głośny głos sekretarki:
— Pan Krzysztof proszony do telefonu. Dzwoni żona.
Gdy wrócił dłuższą chwilę układał fotografie, nie patrząc na Ewę.
— Wszystko dobrze? — zapytała.
Skinął głową.
— Tak.
Mieszkał zbyt daleko, by móc z dnia na dzień wyjechać do domu. Przez następne godziny prawie nie odchodził od powiększalnika. Kiedy negatyw w końcu opuścił suszarkę nadszedł kolejny etap współpracy — selekcja wywołanych i wysuszonych odbitek. Choć nie należało to do jej obowiązków, na wyraźną prośbę Krzysztofa została. Przykucnęli na podłodze. Wybierali te najlepsze spośród dziesiątek fotografii rozłożonych na podłodze. Potem stąpali między nimi ostrożnie. Te zdjęcia przypominały historię ludzi, którzy kiedyś żyli. W pewnym momencie fotografik zatrzymał się nad jednym kadrem — tym z mokrej szosy i utkwił wzrok na Ewie i powoli skinął głową.
— Wiesz, że większość najlepszych ujęć powstała po twoich poprawkach?
Ewa wzruszyła ramionami.
Wracając z pracy kupiła cebulki tulipanów. Posadziła je pod blokiem, choć nie była pewna, czy na wiosnę ktoś ich nie wykopie. Sąsiadka z parteru wychyliła głowę przez okno:
— Pani Ewo, ja ich przypilnuje, pięknie urosną.
ROZDZIAŁ
VIII
Projekt muzealny został zamknięty, ale żadne z nich nie miało poczucia, że kończy się coś naprawdę ważnego. Umówili się na pożegnalną kawę. Przez dłuższą chwilę stała przed lustrem, po czym ubrała się tak jak zwykle. Siedziała naprzeciwko niego, w milczeniu obracając w palcach filiżankę. Krzysztof również milczał, wyraźnie szukając odpowiednich słów na rozpoczęcie rozmowy.
— Pamiętasz, jak mówiłem, że to, co robimy, nie kończy się na dokumentacji? — zaczął w końcu.
Ewa spojrzała na niego uważnie, ale nie odpowiedziała.
— W środowisku krąży taki pomysł… wystawa. Cykl zdjęć. Kobieta w centrum kadru. — zawahał się. — Roboczo nazywają to „Venus”.
Na moment zamilkł. W lokalu ktoś przesunął krzesło, porcelana cicho stuknęła o blat.
— To nie jest prosty temat — kontynuował ciszej. — Wiesz, jak na to patrzą w komisjach, w instytucjach. Od razu robi się nerwowo.
Ewa uniosła wzrok.
— I co mnie to obchodzi?
Uśmiechnął się.
— Właśnie o to chodzi, że mnie obchodzi. Bo szukam kogoś, kto nie będzie tylko pozował.
Zawahał się na moment.
— Przy większości ludzi aparat trzeba prowadzić. Przy tobie nie muszę.
Ewa odłożyła filiżankę.
— Skąd to rozpoznajesz?
— Tak, rozpoznaję — skinął głową.
— Ty to zobaczyłaś jeszcze zanim ustawiłem aparat.
Oboje zamilkli.
— I dlatego… — dodał po chwili, już ciszej — pomyślałem, że mogłabyś stanąć przed aparatem. W tym projekcie.
Ewa nie odpowiedziała od razu.
— Przed aparatem — powtórzyła w końcu. — W „Venus”.
— Tak.
— I to się tak nazywa oficjalnie?
Krzysztof wzruszył ramionami.
— „Venus” to raczej robocza nazwa.
Ewa odchyliła się na krześle.
— A ja mam tam być kim?
Krzysztof zmierzył ją długim spojrzeniem.
— Kimś, kogo nie muszę wymyślać.
Po chwili dodał.
— I dlatego pytam ciebie, a nie kogoś innego.
Ewa zaciekawiona, dopytywała.
— Jeśli mam stanąć przed obiektywem aparatu, to w jakim charakterze?
Potarł dłonią podbródek. Milczał tak długo, że Ewa już myślała, iż zrezygnuje z odpowiedzi.
— Mają to być akty kobiece, a ty, ty... moją modelką.
Ewa przez chwilę siedziała bez ruchu, a głosy w lokalu nagle stały się nienaturalnie wyraziste. Chciała sięgnąć po filiżankę, lecz jej dłoń zadrżała; naczynie przewróciło się. Kawa spłynęła po obrusie i na spódnicę. Zerwała się gwałtownie z krzesła i ruszyła w stronę łazienki, by jak najszybciej zaprać brązowe plamy. Gdy stanęła przed lustrem, zobaczyła drobną, bardziej dziewczęcą niż kobiecą sylwetkę. Odwróciła oczy.
Ewa nie usiadła od razu. Wsparła się na oparciu krzesła.
— To, co powiedziałeś… o „Venus” — zaczęła spokojnie. — To nie jest dla mnie tylko projekt. Krzysztof lekko skinął głową, nie chcąc jej przerywać nawet spojrzeniem.
— Wiem.
— Nie, nie wiesz — poprawiła go stanowczo. — Bo ty myślisz w kadrze. A ja przez chwilę zobaczyłam siebie poza nim.
— Całe życie ktoś mi mówił, jaka powinnam być. W domu. W pracy. Nawet przy zwykłych rzeczach. A ty teraz proponujesz, żebym sama zdecydowała, jak mam być widziana.
Ewa odsunęła krzesło i usiadła.
— Nie mówię „nie” — dodała po chwili. — Ale tylko pod warunkami, które sama rozumiem, w każdej chwili będę miała możliwość powiedzieć: stop i moja twarz nie będzie widoczna.
Krzysztof
nie próbował jej przekonywać. Po raz pierwszy nie chciał za nią
podejmować decyzji.
— Pomyśl. Nie musisz odpowiadać teraz.
Ich współpraca zakończyła się wraz z fotografowaniem eksponatów.
Kiedy
żegnali się na dworcu, podał jej album.
— To dla ciebie.
Na pierwszej stronie napisał tylko kilka słów: „Nie szukaj w sobie tego, co widzą inni. Spróbuj zobaczyć to sama”.
Zanim w pełni zrozumiała to zdanie, liście na drzewach zdążyły opaść i zazielenić się dwukrotnie.
Album stał na półce w biblioteczce. Co jakiś czas brała go do rąk. I ta dedykacja... wciąż budziła wspomnienia.
Bywało, że wiosną szła nad rzekę, gdzie na płótnie, pędzlami i farbą, utrwalała kolorowymi światłocieniami pejzaże. Światło przestało być tylko światłem. Stało się językiem.
Każdy
wyjazd na wieś do babci otwierał Ewie inny świat. Tym razem były
to zapachy siana, mleka prosto od krowy. Ewa wędrowała po lasach
pełnych jagód i pachnących poziomek. Pomagała w zbieraniu z pola
snopków siana na drabiniasty wóz ciągniony przez konie.
Wypełniało się nimi aż po brzeg, tworząc ogromną furę... a
potem Ewa siedziała na niej śpiewając ludowe piosenki. Bywało, że
przewracała się razem z nadmiernym ciężarem zboża. Wracała do
domu przewietrzona wiejskim powietrzem.
ROZDZIAŁ IX
Wydawało jej się, że najgorsze zostawiła za sobą. Spała lepiej. Znowu malowała. Coraz rzadziej budziła się w nocy z uczuciem lęku. W muzeum czuła się bezpiecznie. Kiedy więc zaproponowano jej udział w nowym, prestiżowym projekcie digitalizacji, potraktowała to jak nagrodę za wszystkie wcześniejsze lata. Trafiła do elitarnej grupy „wybrańców”. Była dumna, że właśnie ją wybrano. Nowatorski program komputerowy sprawiał, że muzeum, zakorzenione w dawnych czasach, nagle wkroczyło w XXI wiek.
Przez dwa lata wydawało jej się, że najgorsze zostawiła za sobą. Spała lepiej. Znowu malowała. Coraz rzadziej budziła się w nocy z uczuciem lęku. W muzeum czuła się bezpiecznie. Kiedy więc zaproponowano jej udział w nowym, prestiżowym projekcie digitalizacji, potraktowała to jak nagrodę za wszystkie wcześniejsze lata. Trafiła do elitarnej grupy „wybrańców”. Brzmiało to niemal jak powołanie do misji. Nowatorski program komputerowy sprawiał, że muzeum, zakorzenione w dawnych czasach, nagle wkroczyło w XXI wiek.
Nie program był najtrudniejszy, lecz ludzie.
W celach organizacyjnych każdy dzień miał się rozpoczynać zebraniem. Ewa uważała ten pomysł za znakomity. Chętnie w nich uczestniczyła, ponieważ omawiali także trudny, nowatorki program komputerowy, na którym pracowali. Z biegiem dni Ewa zauważyła, że każde poranne zebranie, zamiast o programie, zmieniało się w rytuał rozbierania na części nieobecnych. Ich błędy, wygląd, sposób mówienia, życie prywatne – wszystko stało się przedmiotem żartów. Kto śmiał się najgłośniej, ten był najlepszym przyjacielem szefa. Ewa nie potrafiła się śmiać. Siedziała cicho. Coraz częściej czuła na sobie spojrzenia, które wywoływały u niej ciarki na grzbiecie. Przestała chodzić na poranne zebrania. Nie spodziewała się, że ten jej cichy protest wywoła lawinę ciosów, jakie na nią spadną. Z początku nie rozumiała, dlaczego odebrano jej dostęp do kopii zabezpieczających. Wiedziała jednak doskonale, co to oznacza. Od tej chwili każdy mógł zmienić jej pracę, a ona nie miała już żadnego sposobu, by udowodnić, że nie zrobiła tego sama.
— Jaśku, dlaczego zabrałeś mi hasło! - krzyczała zbulwersowana.
— Jestem szefem. Stwierdziłem, że nie musisz go mieć. — wytłumaczył ze zwykłą sobie ironią.
Ewa nadal głośno domagała się wyjaśnień i przywrócenia dostępu do hasła.
— Jesteś niezrównoważoną, zagrażającą bezpieczeństwu sprzętu i zespołu. — grzmiał przełożony.
Jej „szaleństwo” zostało przez kierownika opisane w notatce służbowej. Wezwanie przyszło następnego dnia. Kartka z krótką informacją leżała na jej biurku. Przez kilka godzin nie potrafiła skupić się na pracy. Wiedziała już, że nie idzie na rozmowę, lecz na przesłuchanie. Odbył się sąd. Siedziała nieruchomo, słuchając opinii o samej sobie, jakby dotyczyły zupełnie obcej kobiety. Zrozumiała, że nikt nie przyszedł tam po prawdę.
Przez chwilę patrzyła na niego bez słowa. Dopiero potem wyrwało jej się:
— Dlaczego mnie tak traktujesz? Co ci zrobiłam?
Notatka służbowa sugerowała, aby Ewę usunąć z zespołu.
Przed zwolnieniem uratowała ją jedynie decyzja wicedyrektor, która uznała, że zatrudnienie nowego pracownika będzie kosztowniejsze niż pozostawienie starego. Zastrzegła jedynie:
— Pani Ewo, proszę się we wszystkim podporządkować mgr Janowi Krasowskiemu.
Dla kierownika ten wynik był wysoce niesatysfakcjonujący. Jeszcze tego samego dnia wezwał Ewę do swojego gabinetu.
— Natychmiast proszę przynieść mi wszystkie służbowe klucze: wejściowe do bloku, na korytarz i do naszego wydziału.
Chwyciła dłońmi twarz i krzyknęła:
— Jeśli nie będę miała kluczy, jak wejdę do bloku, do pracy?
— Od tej chwili nie jest to mój problem. — odrzekł z pogardą.
Każdy w zespole pracował na oryginalnych dokumentach. Ewa otrzymywała niewyraźne kopie. Litery rozpływały się przed oczami. Każde słowo trzeba było odgadywać. Jednocześnie powierzano jej więcej pracy niż innym. Musiała codziennie sporządzać bezsensowne raporty ze swojej pracy.
W mroźny, zimowy poranek widziała przed sobą postać, która szybkim krokiem zmierzała do drzwi wejściowych bloku. Ewa krzyknęła:
— Proszę zostawić mi otwarte drzwi!
Biegła, żeby zdążyć wejść. Nie zdążyła. Drzwi zatrzasnęły się przed jej nosem. Stała, marznąc przez piętnaście minut.
Któregoś dnia, po wpuszczeniu jej do bloku przez pracowników innych biur, zastała zamknięte drzwi do sekcji komputerowej. Usiadła bezradnie w fotelu pod oknem. Mijali ją obojętnie pracownicy z innych wydziałów, aż kierownik archiwum zauważył:
— Znowu wszyscy gdzieś wyjechali... .
— Jak widać, moim miejscem pracy jest korytarz.
— Niestety nie mam na to wpływu — próbował się tłumaczyć mężczyzna.
Co kilka minut z jej piersi wyrywało się ciężkie, drżące westchnienie. Patrzyła bezmyślnie w jeden punkt. Poczuła jak żołądek kurczy się w ciasny, bolesny supeł, wywołując mdłości. Ciągle zerkała na ścienny zegar, którego wskazówki poruszały się w ślimaczym tempie.
Z początku wydawało jej się, że te szykany to jednorazowy incydent. Potem zrozumiała, że stało się to przez dwa lata codziennością.
Wszystko zaczęło boleć. Serce biło szybciej już na myśl o pracy. W nocy budziła się z uczuciem, że nie spała. Przestała wierzyć sobie.
W rodzinie otrzymała wsparcie typu: „jak weszłaś między wrony, kracz tak jak i one.”
Przez tydzień leżała bez ruchu. Patrzyła w sufit i miała wrażenie, że życie zatrzymało się gdzieś obok niej. Nie płakała. Była zbyt zmęczona nawet na łzy. Organizm po prostu odmówił dalszej walki.
ROZDZIAŁ X
Przyszedł taki dzień, w którym Ewa bez większego namysłu spakowała walizki i wyjechała na wieś.
Obudziła się, gdy w pokoju panował jeszcze gęsty, lodowaty chłód. Każdy oddech zmieniał się w parę, a spod wielkiej pierzyny wystawał tylko czubek nosa. Wstawanie wymagało od niej nie lada odwagi. Po chwili rozszedł się zapach palonego w piecu drewna i poczuła stopniowo rozchodzące się zbawienne ciepło. Z oddali słychać było pianie koguta i gdakanie kur. Dziadek ubrany w kufajkę i gumofilce przyniósł już w dwóch wiadrach krystalicznie czystą wodę ze źródła. Postawił je w sieni ocierając pot z czoła. Droga była niełatwa, pełna dziur i błotnistych kolein. Kafle pieca były gorące, a woda lodowata. Gdy Ewa zanurzyła dłonie w wodzie odskoczyła, a gęsia skórka pokryła jej całe ciało. Dziadek roześmiał się:
— To nie kranówka z bloku, Ewunia. To żywa woda.
Z gorącego pieca babcia odstawiła ogromny garnek, z którego roznosił się gęsty, słodki zapach mleka prosto od krowy.
— No, Ewa, zostaw tę wodę, bo ci palce odpadną i siadaj do stołu. — zawołała.
Babcia z niesamowitą zręcznością zrywała z ciasta małe kluseczki i wrzucała na wrzątek. Chwilę później na drewnianym stole wylądował głęboki talerz pełen parującej zacierki. Nad talerzem unosiła się gęsta firanka pary. Pyszne kluseczki w mleku momentalnie rozgonił poranny chłód.
Ewa ubrała gumowce o trzy numery za duże, tak bardzo chciała wyjść na podwórko. Słońce stało już wysoko, dni były coraz dłuższe. Podwórko tętniło wiejskim chaosem. W wyschniętych miejscach pojawiła się trawa, w której grzebały kury. Pod ścianą obory kot rozciągał się leniwie. Słychać było pomrukiwanie świnek i ciche buczenie krów. Powietrze pachniało wilgotną ziemią i topniejącym śniegiem. To chwila, gdy natura budzi się z zimowego snu, a pierwsze ciepłe promienie zwiastują rychłą wiosnę. Ewa człapała przez podwórko, gubiąc stopy w wielkich gumowcach, które przy każdym kroku wydawały głośne mlaskające mlaśnięcia. Każde wdepnięcie w głębokie, błotniste kałuże przynosiło jej ogromną frajdę. Ewa zatrzymała się na skraju potoku, tam gdzie ziemia była najbardziej wilgotna, i kucnęła nieomal tracąc równowagę. Jej wzrok przyciągnęły wiosenne kwiaty, maleńkie białe przebiśniegi. Nie mogąc ich sfotografować, złożyła dłonie w ramkę, udając obiektyw aparatu, mrużąc jedno oko. Ale i tak w jej pamięci powstał obraz przepięknych, delikatnych kwiatów. Choć gumowce ciążyły i zsuwały się z nóg, Ewa czuła niesamowitą radość, że stoi w centrum budzącego się do życia świata. Wraz z tym nastrojem powróciła do pracy przy komputerze.
ROZDZIAŁ XI
Mijały kolejne miesiące dygitalizacji dokumentów. Czytała historię ludzi, których dawno już nie było. Ich dramaty. Ich nadzieje. Ich codzienne życie. Stały się dla niej ważniejsze niż rechoczące głosy zza ściany. Przestała karmić ich swoją energią. Z miesiąca na miesiąc odzyskiwała spokój. Całą uwagę skupiała na pracy, która pomimo szykanom stała się jej pasją. Wracały siły. Przed oczami jawił się jej obraz przebiśniegów. Dzięki pewnym rozwiązaniom technicznym, które nagle odkryła, to, co wcześniej zajmowało osiem godzin, teraz wykonywała w cztery. Pewien szczegół powtarzający się we wszystkich dokumentach, z uwagi na jego historyczną wagę postanowiła skonsultować z historykiem-naukowcem. Dzięki jego wyjaśnieniom szczegół ten zaczęła wprowadzać do pamięci komputera. Nie wiedziała, że ten fakt będzie dla niej przełomowy.
Wreszcie projekt dygitalizacji dobiegł końca i każdy z zespołu musiał się wykazać efektami swojej pracy.
Tym razem Ewę nieomal zmuszono aby przyszła na poranne zebranie. Stanęła w progu gabinetu w oddali od całej reszty współpracowników. Zza ich pleców widziała czerwoną twarz szefa i furię w spojrzeniu. Bezwzględny komputerowy analizator pokazał nagą, obnażającą prawdę. Do uszu Ewy dobiegały krzyki rozjuszonego Jaśka, który wszystkich posyłał do diabła, każdemu bezlitośnie punktując porażkę. Dziwiła się, że akurat na tym spotkaniu szef omija ją spojrzeniem i pozostawia w spokoju. Kiedy przyszła na nią kolej w gabinecie zapadła długa, niezręczna cisza. Jasiek z trudem, przełykając ślinę, wydukał:
— Ewa bezbłędnie wprowadziła do komputera najwięcej danych.
Nikt się nie odezwał, każdy czmychnął do swojego pokoju w poczuciu swej nieomylności i ogromnej krzywdy jaką im zafundował szef.
Niedługo potem wydarzyło się coś, czego zupełnie się nie spodziewała.
Kiedy szef przyszedł z kwiatami, by ją przeprosić, powiedziała:
— Kwiaty przyjmuję. Ale proszę zachować ode mnie odległość.
ROZDZIAŁ
XII
Po latach napięcia związanego z mobbingiem postanowiła także wyjechać i odpocząć nad Bałtykiem. Przyjęła zaproszenie kuzyna do Sopotu Adama, który był milicjantem. Ogród kuzyna przywitał ją ciężkim zapachem róż i azalii. Powietrze było gęste. A gdzieś dalej, pod tym wszystkim, pulsowała obecność morza — chłodna i słona. Pomimo zmęczenia, pobiegła na plażę. Trójmiasto wciągało ją powoli. Zapach smażonych ryb, wilgotne powietrze starych uliczek, ogrody Sopotu, w których czas zdawał się zapadać w sen. Siadywała w kawiarni „Alga” i patrzyła. Ludzie byli jak opowieści — wystarczyło słuchać fragmentów, by dopowiadać resztę. Śmiali się, kłócili, milczeli obok siebie. Patrzyła na nich jak na kadry ze światłocieniami. Oczami wyobraźni robiła im zdjęcia. Ona pozostawała na granicy tego świata. Niewidzialna, ale obecna.
Idąc ulicą Monte Casino natknęła się na plakaty mówiące o wystawie w Krakowie pt. „Venus”. Powróciła pamięcią do Krzysztofa i jego propozycji. Obiecała sobie, że po powrocie do domu zainteresuje się tym tematem.
Gdy zbliżał się czas powrotu, coraz częściej widziała kuzyna nerwowo dyskutującego z kimś przez telefon.
Gdy pakowała walizki głos Adama wyrwał ją z zamyślenia.
— Zapraszam cię na pożegnalną kolację.
— Tak po prostu?
Zawahał się.
— Przy okazji wyświadczysz mi drobną przysługę. Nic nie będziesz musiała robić. Po prostu bądź ze mną.
— Serio?
— Gdzie?
— Niespodzianka.
Na łóżku czekały rzeczy, które wyglądały, jakby należały do kogoś innego. Sukienka, buty na obcasie, kapelusik, kosmetyki. Czuła się jak Kopciuszek. Kiedy się ubrała, jej dziewczęce ciało nagle przestało być przezroczyste. Zyskało w niewytłumaczalny sposób kształt kobiecości. W lustrze po raz pierwszy zobaczyła młodą kobietę. Dotknęła odbicia opuszkami palców, sprawdzała, czy naprawdę patrzy na siebie. Zakręciła piruet i roześmiała się sama do siebie.
— Ewa… wyglądasz rewelacyjnie — powiedział Adam cicho.
Zatrzymał ją przed drzwiami.
— Jedna prośba. Nie odchodź ode mnie dalej niż na kilka kroków. Gdybym na chwilę zniknął, zostań przy stoliku. I nie rozmawiaj z nikim.
Spojrzała na niego zdziwiona.
— To jakiś żart? — Nie. Po prostu mi zaufaj.
Lokal uderzył ją natychmiast — światło było ostre, zapach ciężki. Zatrzymała się w pół kroku. Wszystko naraz zaatakowało jej ciało i umysł. Zadygotała. Głosy i spojrzenia mężczyzn zaczęły ją osaczać. Nie wiedziała, gdzie podziać ręce. Odwróciła wzrok, ale to nic nie zmieniło. Jeden z nich uniósł w jej stronę plik banknotów. Gest był szybki, pewny. Na początku nie zrozumiała, co widzi. Dopiero po sekundzie gardło ścisnęło się nagle. Miała wrażenie obcości własnego ciała. Coś ostro uszczypnęło ją w ramię. Podskoczyła i odwróciła się gwałtownie. Tuż za nią stały dwie mocno umalowane kobiety.
— Zgubiłaś adres? — syknęła jedna z nich.
Druga zmierzyła Ewę od stóp do głów.
— Tutaj już nie ma dla ciebie miejsca.
Ewa cofnęła się o krok. Nie rozumiała, o czym mówią. Adam nagle zesztywniał. Spojrzał ponad jej ramieniem.
— Zostań tutaj. Zaraz wracam.
Nie czekał na odpowiedź.
Podszedł do kobiet i powiedział coś cicho. Jedna wzruszyła ramionami, druga wskazała Ewę. Adam mówił spokojnie, ale stanowczo. Po chwili kobiety odeszły kilka kroków, rzucając Ewie pogardliwe spojrzenia. Dopiero wtedy rozejrzał się dyskretnie po sali, jakby kogoś szukał. Skinął ledwie dostrzegalnie głową w stronę mężczyzny siedzącego przy barze i ruszył między stoliki. Po chwili zniknął w tłumie.
Ewa została sama. Każda sekunda trwała wieczność. Wrócił, ale nadal nie mogła rozluźnić zaciśniętych dłoni.
— To „mewki”. Pomyślały, że przyszłaś odbierać im klientów.
— Adam... muszę wyjść.
Jej głos drżał.
— Nie wytrzymam tutaj.
Spojrzał na nią przepraszająco i skinął głową.
— Dobrze. Jedziemy.
W samochodzie czuła w ustach gorzki smak.
Adam długo siedział w milczeniu.
— Powinienem ci powiedzieć wcześniej.
Ewa podniosła wzrok.
— Nie zaprosiłem cię tylko na kolację. Prowadziliśmy tam obserwację. Samotny od razu zwróciłbym uwagę. Z kobietą u boku wyglądałem jak każdy inny gość.
— Więc byłam przynętą?
— Nie. Alibi. Mężczyzna z elegancką kobietą nie zwraca uwagi. Samotny milicjant już tak.
— A te kobiety...
— "Mewki". Kiedy zaczęła się akcja, pomyślały, że jesteś jedną z nich. Dlatego weszły na ciebie.
— Myślałem tylko o zatrzymaniu tamtego człowieka. Nie przewidziałem, co przeżyjesz. — Wyjeżdżasz jutro. Nikt cię tu nie zna. Powinienem był przewidzieć, że to dla ciebie będzie czymś zupełnie innym niż dla mnie. Ja widziałem sytuację. Ty znalazłaś się w środku.
— Gdybym ci powiedział, odmówiłabyś. A ja naprawdę nie miałem nikogo, komu ufałbym na tyle, żeby usiąść ze mną przy tym stoliku.
Ktoś pożyczył jej na ten jeden wieczór cudzą twarz i kazał uwierzyć, że naprawdę do niej należy.
ROZDZIAŁ XIII
Zima nie chciała ustąpić miejsca wiośnie. Od sopockiego wyjazdu minęło zaledwie kilka miesięcy. Tak jak sobie tam obiecywała, postanowiła w czytelni biblioteki odnaleźć informacje o wystawie „Venus”. Odnalazła czasopisma z fotografiami Krzysztofa. Sięgnęła po katalog jego prac. Z kart patrzyły profesjonalne modelki, piękne i pewne siebie. Własne odbicie w lustrze wydawało się przy nich kruche. Dopiero po chwili dostrzegła, że ta doskonałość była także efektem światła i kadru. Przypomniała sobie słowa Krzysztofa „Jesteś kimś, kogo nie muszę wymyślać.” Kolejny raz wyciągała z szuflady fotografię zrobioną w Jamie Michalika. Tym razem nie szukała już własnego odbicia. Analizowała światło, kadr i kompozycję.
Pewnego dnia Ewa otrzymała list od Krzysztofa w niebieskiej kopercie, w którym napisał między innymi:
„Pamiętasz nasze rozmowy i twoje pełne obaw wahania? Chcę cię zapewnić, że projekt „Venus” nie ma nic wspólnego z prowokacją, a ty jak mało kto wyczuwasz kadry. Ile razy mam ci to powtarzać?”
Ewa
na moment zadumała się. Niebieska koperta. Ten sam kolor.
To wspomnienie pociągnęło za sobą inne.
Wśród koleżanek wyglądała na dużo młodszą, więc często zostawała z boku, bardziej przy książkach niż w zabawie. Czytała dużo — wszystko, co wpadało jej w ręce: fantastykę, wiersze, trochę filozofii, a czasem francuskie piosenki z gazet, których sens dopowiadała sobie sama. Dla domowników wciąż była "ich małą Ewunią", choć miała już czternaście lat.
Polonistka
patrzyła na nią z rezerwą. Taka cicha, delikatna, niepozorna.
Zdarzało się, że przy wypracowaniach pytała:
— Kto ci
pomagał w domu?
Ewa spuszczała wzrok. Nikt jej nie wierzył, że pisze sama.
Dlatego wysłanie pracy na konkurs było dla niej czymś więcej niż szkolnym zadaniem. Chciała tylko, żeby ktoś wreszcie zobaczył, że potrafi.
Dwa tygodnie później przyszedł list. Niebieska koperta z pieczątką redakcji. Pierwszy list w życiu zaadresowany do niej samej.
Odebrała go ciocia Emma.
— Do ciebie? — zdziwiła się, obracając kopertę w palcach. — A co to za korespondencja?
— To z konkursu… — powiedziała Ewa cicho.
Emma
zmrużyła oczy.
— Z jakiego konkursu?
— Wysyłałam opowiadanie.
Ciotka
westchnęła.
— Dziecko, skąd ty w ogóle takie rzeczy bierzesz
do głowy.
Cofnęła się z listem do kuchni.
— Ciociu, to do mnie — Ewa zrobiła krok za nią. — Proszę, oddaj.
— Spokojnie, spokojnie — odpowiedziała ciotka. — Zaraz zobaczymy, co to za sprawa.
W jej głosie nie było złości, raczej przekonanie, że trzeba sprawę wyjaśnić i nie robić zamieszania.
Ewa stała bez ruchu.
— Oddaj mi… — powtórzyła ciszej.
Emma już nie słuchała. Otworzyła kopertę przy stole.
— No proszę… — mruknęła. — Rzeczywiście coś przysłali.
Ewa poczuła, jak robi jej się gorąco.
— Mogę zobaczyć?
— Poczekaj, zaraz przeczytamy razem — odparła ciotka.
Ewa cofnęła się o krok.
— To moje…
Emma
spojrzała na nią uważniej.
— Nie denerwuj się tak. Siadaj.
W głosie miała ton, który nie dopuszczał sprzeciwu.
Dziewczynka nie usiadła.
Ciotka schowała list do szuflady.
— Żeby się nie zapodział — powiedziała spokojnie. — Wieczorem go obejrzymy.
Ewa nie odpowiedziała. Wyszła do pokoju i zamknęła drzwi. Przez chwilę stała nieruchomo, nie wiedziała, co powinna zrobić dalej.
Z kuchni dochodziły zwykłe domowe dźwięki: szklanki, woda, kroki. Rozmowy cioci z wujkiem.
— Ewa! Na obiad! — zawołała ciotka. — Rosół stygnie.
Nie odpowiedziała.
Dopiero po chwili Emma zajrzała do pokoju.
— Co ty się tak zamykasz? Chodź, zjesz coś.
Dziewczynka podniosła się powoli. W gardle miała sucho.
Przy stole siedziała bez apetytu. Ciotka pokiwała głową.
— Trzeba jeść. Jesteś taka drobna, że wiatr cię porwie.
Spróbowała kilku łyżek rosołu, ale zaraz odsunęła talerz.
— No widzisz — westchnęła Emma. — Znowu nic.
— Trzeba będzie cię dokarmić.
Wstała, podeszła i jakby mimochodem zaplotła jej włosy w dwa warkoczyki, przewiązując je kokardkami.
— Taka jesteś chuda… trzeba o ciebie dbać — powiedziała. — Nie można tak zostawiać jedzenia, bo się człowiek osłabi.
Ewa siedziała nieruchomo.
Wieczorem jeszcze kilka razy wracała pod drzwi pokoju ciotki.
— Proszę… oddaj list — mówiła cicho.
— Daj spokój, dziecko — odpowiadała Emma zza drzwi. — Nie rób z tego histerii.
Nigdy nie zobaczyła już niebieskiej koperty.
Przesunęła
palcami po niebieskiej kopercie od Krzysztofa. Tym razem nikt jej nie
zabrał, mogła przeczytać każde słowo.
Doszła do wniosku, że jeśli stanie przed obiektywem, nie będzie biernym przedmiotem fotografowania. Nadal będzie uczestniczyć w tworzeniu zdjęcia.
Ewa słuchała wieczorem swej ulubionej audycji radiowej red. Anny Pilskiej, gdy rozległ się dzwonek telefonu.
— Cześć — rozpoznała niepewny głos Krzysztofa.
— Upłynęło już chyba trzy lata, gdy ostatni raz dzwoniłeś. Słyszałam, że o „Venus” zrobiło się głośno.
Toczyły się często zaciekłe dyskusje dotyczące kontrowersyjnej wystawy. Widziała nagłówki gazet pełne zachwytu jak i oburzenia.
— Tak. Nabrała takiego rozpędu, że jest szansa na kolejną edycję. Dzwonię właśnie w tej sprawie — powiedział niezdecydowanym głosem.
Zgasiła radio i usiadła bliżej aparatu telefonicznego.
— Czy twoja decyzja uczestniczenia w tym projekcie jest nadal aktualna? — zapytał.
Tym razem nie odłożyła słuchawki, żeby zyskać na czasie. Przypomniała sobie aforyzm Leca: „Purytanie powinni nosić dwa listki figowe na oczach”.
— Kiedy zaczynamy sesje zdjęciowe?
Na drugim końcu linii zapadła cisza.
— Myślałem, że będziesz się wahać — powiedział w końcu Krzysztof. — Przez cały czas.
Ewa nie odpowiedziała od razu.
— Nie — powiedziała spokojnie.
— Już nie.
W słuchawce słychać było tylko jego oddech.
ROZDZIAŁ XIV
Przygotowanie ostatniej edycji „Venus” trwało niemal rok. Przez ostatnie miesiące łapała się na tym, że nie patrzy już na świat — tylko go kadruje.
Po pół roku, wiosną zjawiła się w studiu Krzysztofa.
Dopiero gdy zamknęły się za nią drzwi, uświadomiła sobie, że naprawdę tu przyjechała. Przestrzeń ta bardziej przypominała mieszkanie niż atelier — sprzętem, który od razu wskazywałby, gdzie zaczyna się praca. Kiedy Ewa zgadzała się na udział w projekcie, wszystko wydawało się odległe i niemal abstrakcyjne. Dopiero tutaj wszystko wydało się realne. Po wspólnym obiedzie, zwiedzaniu obszernego studia i długich rozmowach, zapadł zmierzch. Ewa była zmęczona, a Krzysztof krzątał się wokół niej, dopytując o drobiazgi. W jednym z pokojów przygotował dla niej miejsce do spania. Tego wieczoru została sama. Fotografik wrócił do swojego mieszkania, do rodziny.
Ewa czuła swoje ciało jakby ważyło tonę. Po kąpieli, owinęła się szczelnie kołdrą. Leżała długo, nasłuchując ciszy. Przez chwilę wsłuchiwała się w tykanie zegara, czekając na kolejną bezsenną noc. Tym razem jednak sen przyszedł niemal natychmiast.
— Pobudka! Już po dziesiątej. — usłyszała przez sen wesoły głos Krzysztofa.
Gdy się rozbudziła i usiadła, zobaczyła przed sobą tacę ze śniadaniem.
— Co za pyszności!
— Musiałem jakoś uczcić twoją decyzję. Nie sądziłem, że się zgodzisz.
Nie mogła się oprzeć łakociom. Schrupała grzanki, ze smakiem pochłonęła świeże rogale i wypiła pyszną kawę. Krzysztof, nic nie mówiąc, siedział naprzeciwko i jej się po prostu przyglądał.
— Już mierzysz we mnie światłomierzem? — zażartowała.
— Prawie — odparł.
Kiedy szła do łazienki usłyszała uśmiechnięty głos fotografa.
— Czujesz, jak tu ciepło? — Wszystko jest już przygotowane.
Po chwili wróciła boso, jeszcze z wilgotnymi włosami po kąpieli. Trzymała w dłoni narzucony cienki szlafrok. Tym razem przed obiektywem nie miał stanąć muzealny przedmiot, lecz ona sama. Rozejrzała się wokół: W studiu było tak cicho, że słyszała własny oddech. Szła ostrożnie, na palcach, trochę skulona. Weszła na podest między lampami. Przez sekundę miała wrażenie, że jest tu zupełnie sama. Zacisnęła dłonie na pasku szlafroka. Mrużąc oczy dostrzegła fotel otoczony lekkimi tiulami. Usiadła wygodnie. Gdy poprawiała włosy szlafrok osunął się obok. Nie podniosła go. Było ciepło i miękko. Oparła się głębiej o fotel. Palce same odnalazły rąbek tiulu i zaczęła powoli wachlować nim twarz, gdy usłyszała kliknięcie aparatu i radosny głos Krzysztofa.
— Nie zamierzałem jeszcze robić zdjęcia — powiedział. — Ale kiedy uniosłaś tiul, zobaczyłem gotowy kadr. Odruchowo nacisnąłem spust.
Pierwszym odruchem zaskoczonej Ewy było sięgnięcie po szlafrok, aby się zasłonić ale ostatecznie tego nie zrobiła. Odwróciła głowę w stronę aparatu.
— Odbitka wyjdzie z polaroida. Zobaczymy ją za minutę może dwie. — powiedział z napięciem.
Oboje wstrzymali oddech i czekali.
— Spójrz jak światłocień idealnie podkreśla linię bioder i delikatną fakturę skóry, a ruch ręki z tiulem sprawia, że twoja twarz jest półprzeźroczysta! — wykrzyknął podekscytowany.
— O mój Boże... — szepnęła.
Kąciki jego ust uniosły się powoli. — I po co były te wszystkie tygodnie, lata niepewności i bicia się z myślami? Zbyt dużo nerwów cię to kosztowało.
— Wiesz, dlaczego tak długo się bałam?
— Dlaczego?
— Bo przez całe życie miałam wrażenie, że inni ludzie wiedzą lepiej ode mnie, kim jestem.
By rozładować nagłą nostalgię Krzysztof zapytał:
— Jakiej muzyki lubisz słuchać?
— Słuchasz Charles'a Aznavoura?
— O! — wykrzyknął Krzysztof. — Nie mam, ale zdobędę. — Mam muzykę klasyczną — Może być?
W tym momencie w studiu rozległy się romantyczne kompozycje Chopina.
Mając przed oczami swoje zdjęcie z polaroida, Ewa zanurzyła się w fotelu i dźwiękach muzyki. Ocknęła się po słowach Krzysztofa, wówczas zauważyła, że szlafrok od dwóch godzin leżał obok fotela.
— Dzisiaj nie mieliśmy próbnych zdjęć, sprowokowałem cię abyś oswoiła się z miejscem pracy. — Przy okazji okazało się, jak świetnie dajesz sobie radę przed obiektywem.
Dzień zwieńczyli obiadem w luksusowej restauracji. Po południu Krzysztof musiał już wracać do swoich obowiązków. Obiecał synowi wycieczkę rowerową. Tymczasem Ewa wróciła do pustego mieszkania-studia. Rozglądając się po obszernej kuchni, obficie wyposażonej w zapasy jedzenia, znowu zupełnie zapomniała, że przyjechała tu jako modelka.
Kiedy
została sama, wróciła do atelier. Narzuciła na ramiona
transparentny tiul i przez chwilę obserwowała w lustrze, jak
światło rzeźbi jej sylwetkę. Nie szukała już siebie. Szukała
kadru.
Wreszcie nadszedł moment, by rozpocząć sesję zdjęciową. W studiu wszystkie urządzenia stały w gotowości do pracy. Weszła między reflektory i nie mogła powstrzymać uśmiechu. Stanęła obok fotela otoczonego tiulami i zawieszonymi fantazyjnymi kapeluszami. Zamiast wstydu czuła w sobie przedziwne, czyste rozbawienie, pozbawione kokieterii.
Krzysztof podniósł światłomierz. Przez chwilę patrzył nie na nią, lecz na wskazania – jej obecność była parametrem, który trzeba dopasować do reszty kompozycji.
— Odwróć głowę za ten kremowy tiul i uchwyć go — szepnął fotografik w transie tworzenia.
Gdy uniosła rękę, blask obnażył delikatną linię ramienia i dziewczęce piersi. Ostry promień reflektora przeciął przestrzeń, a Ewa intuicyjnie cofnęła się o krok, pozwalając, by światłocień otulił jej ciało. Światło zatrzymało się na linii bioder, wydobywając z cienia delikatny rysunek sylwetki. Krzysztof na moment zapomniał o ustawieniach – nie patrzył już na układ cieni, lecz na nią, na jej eteryczną kobiecość.
— Nie ruszaj się!
Jego krzyk sprawił, że w żyłach Ewy mocniej zabiła krew. Widziała, jak krąży między reflektorami, całkowicie pochłonięty powstającym obrazem.
— To niesamowite! — wrzasnął. — Idziemy za ciosem, obracaj się, ruszaj, zakładaj kapelusze!
Ewa zatraciła się w tej grze, fantazyjnie dobierając kapelusze. Śledząc snopy światła z reflektorów, przybierała układy ciała, które według niej wyglądały najlepiej. Co jakiś czas zamierała w bezruchu, dając Krzysztofowi czas na korektę ustawień. Każdy głośny naciąg filmu i kolejne kliknięcie migawki było dowodem na to, że kadr się udaje. Gdy film się skończył, Krzysztof odetchnął głęboko i odłożył aparat na stół.
— Masz to, Ewa — głos jeszcze lekko mu drżał.
— To, co zrobiłaś ze światłem przy tym kremowym tiulu… miałem rację. Ty to po prostu czujesz całym ciałem.
Ewa uśmiechnęła się.
— Ja tylko obserwowałam, gdzie kończy się cień — odpowiedziała, patrząc na aparat, w którym na filmie kryły się jej zdjęcia.
Byli w takim transie, że zapomnieli włączyć muzykę. Krzysztof, wychodząc ze studia, włączył płytę... Dopiero teraz Ewa usłyszała głos Charles’a Aznavoura, który sprawił, że ramiona opadły. Powieki zrobiły się ciężkie. Wtulona w miękką kanapę spojrzała na szlafrok leżący obok kanapy. Było jej to obojętne. Zasnęła.
ROZDZIAŁ XV
Przez półsen wyczuła przyspieszony oddech Krzysztofa. Nie otwierała oczu. Po chwili ostrożnie położył ją na łóżku. Długo jej się przyglądał, po czym troskliwie przykrył kołdrą. W drzwiach zatrzymał się, zgasił światło i wyszedł.
Ewa
obudziła się. Leżała bez ruchu, wsłuchując się w ciszę
poranka. Gdy usiadła, zaczęły w jej głowie
pojawiać się odpryski wspomnień. Silne ramiona Krzysztofa, jego
oddech i… nic. Wieczorem zasnęła na kanapie, a teraz jest w
łóżku, naga, przykryta kołdrą.
Przez chwilę patrzyła na łóżko, potem na drzwi. Jak to możliwe? Krzysztof ją tu przeniósł?! Zacisnęła szczęki z bolesnym poczuciem zawiedzionego zaufania. Jeszcze nie wiedziała, co o tym myśleć. Ciało się spięło Usiadła gwałtownie. Kołdra zsunęła się z ramion. Przez chwilę patrzyła na łóżko, potem na drzwi. Zacisnęła szczęki. Nie mogła doczekać się jego powrotu do studia.
Gdy tylko Krzysztof stanął w progu z dwoma kubkami kawy, Ewa krzyknęła:
— Mogłeś mnie obudzić! — nerwowo zacisnęła pasek szlafroka. — Nie miałeś prawa mnie przenosić.
— Ewa, ja… — zaczął, ale pod jej chłodnym spojrzeniem stracił pewność siebie.
Odstawił powoli kubki na stół, chcąc zyskać na czasie.
— Wyglądałaś na potwornie zmęczoną. Spałaś tak głęboko, że…
— Uznałeś, że możesz zrobić z moim ciałem, co chcesz? — przerwała mu ostro.
— Nie, na Boga, Ewa, nawet tak nie myśl! — uniósł ręce w obronnym geście. — Przecież wiesz, kim dla mnie jesteś i jak bardzo cię szanuję. Chodziło tylko o twój komfort. Kanapa jest niewygodna, rano wszystko by cię bolało. Chciałem po prostu, żebyś się wyspała w normalnym łóżku. Tylko tyle.
— To nie był twój problem — rzuciła gniewnie.
— Masz rację — powiedział cicho. — Przepraszam. Granica była jasna, a ja ją przekroczyłem, nawet jeśli myślałem, że robię coś dobrego. Powinienem był cię obudzić.
Poluzowała uścisk paska i już spokojniej powiedziała:
— Doceniam to, co mówisz. I wierzę, że miałeś dobre intencje. Ale na przyszłość: moje ciało, nawet uśpione, należy do mnie. Ja decyduję, gdzie spędzam noc.
— Zrozumiałem. To się więcej nie powtórzy — skinął głową w stronę stojących na stole kubków kawy. — Możemy wypić razem kawę na zgodę, czy wolisz, żebym zostawił cię samą?
— Wolę zostać sama.
Przez kilka godzin wędrowała starymi uliczkami miasta. Weszła do parku i choć ziąb ostrym powietrzem zatrzymywał oddech usiadła na ławce. Bezmyślnie wodziła oczami po kolorowym dywanie zeschłych liści i po ludziach uciekających przed wiatrem. Wiatr poderwał garść liści. Przez chwilę wirowały nad alejką, po czym opadły z powrotem na ziemię. Patrzyła za nimi, aż z każdym głębszym oddechem zimne powietrze powoli gasiło w niej gniew.
ROZDZIAŁ XVI
Żmudna praca w ciemni, przy wywoływaniu filmów w odpowiednich odczynnikach chemicznych i powiększalnikach, należała już do Krzysztofa i laborantów. Ewa czekała w kawiarni, otulona zapachem mielonych ziaren. Siedziała zgarbiona nad nietkniętą kawą, maltretując w palcach papierową serwetkę. Przełykała ślinę, gapiąc się tępo w okno.
Wreszcie weszła do ogromnej sali, gdzie na dużym stole i podłodze leżało kilkadziesiąt fotografii. Stykówki ich nie interesowały. Woleli patrzeć na osobne, większe rozmiary wywołanych zdjęć. Stanęli nad fotografiami. Od ponad godziny atmosfera gęstniała. Krążyli między rozłożonymi zdjęciami.
— Spójrz na ten kadr, Ewa. Jest idealny — Krzysztof postukał palcem w duże zdjęcie. — Światło na twoim ramieniu, ten głęboki cień na ścianie… To jest zdjęcie, które musi iść na wystawę. Wyglądasz tu jak rzeźba.
Jej wzrok uparcie wracał do mniejszego formatu leżącego na skraju stołu.
—To ja jestem sztuką! To moje ciało. A ty widzisz tylko linie i kąty. — Ewa uderzyła w blat, aż wywołane zdjęcia podskoczyły.
Krzysztof podniósł odbitkę i jeszcze raz przyjrzał się jej uważnie. Chciał jeszcze raz upewnić się, że widzi to, co zobaczył podczas wywoływania.
— Ale ciało właśnie takie jest. Linie. Kształty. Światło. Jeśli dobrze je pokażesz, przestaje być tylko ciałem.
Zamilkł, trochę spłoszony.
Ewa zastygła w bezruchu. Potem przysiadła na stole, po czym energicznym ruchem rozrzuciła cały stos zdjęć na podłogę i z goryczą powiedziała:
— Byłam przekonana, że wybierając mnie na modelkę, szukasz czegoś bardziej nieuchwytnego. Czegoś, czego nie da się opisać słowami. Co odbiera się tylko emocjami.
— To po co była cała moja spontaniczność podczas tych sesji? Skoro ty i tak szukałeś tylko abstrakcji.
Ewa rozsiadła się na stole w geście protestu. Skrzyżowała nogi po turecku, chcąc pokazać, że nigdzie się nie ruszy.
— Spójrz na to! — i z rozmachem posunęła mu pod oczy trzymane w ręku zdjęcie.
Krzysztof podrapał się za uchem z niepewną miną. Zobaczył delikatność ruchu ręką i miękką linię ramienia. Spośród tiulów wyłaniała się dziewczęca pierś, a reszta była spowita w srebrzystej poświacie odbitej od faktury materiału. Tu nie było geometrii…
— Tutaj twoja delikatność sprawiła, że ciało niemal ucieka z kadru, stając się czystą poezją — Krzysztof nie odrywał wzroku od fotografii.
— Teraz mówisz, że to poezja! — Ewa zeskoczyła ze stołu celowo przydeptując odbitkę z najbardziej geometrycznym ujęciem swojego ciała.
Krzysztof drgnął słysząc suchy trzask łamanego papieru fotograficznego. Krzyknął:
— Przydeptałaś akurat najlepsze ujęcie. Ono bezapelacyjnie musi znaleźć się na wystawie. Przyjrzyj się mu jeszcze raz!
Ewa demonstracyjnie niemal położyła się na podłodze i z bliska zaczęła oglądać fotografię. Badała fotografię z niemal laboratoryjną dokładnością. Wstała, oddaliła się i zamarła.
Przez dłuższą chwilę nic nie mówiła. Najpierw oglądała fotografię z bliska. Potem odsunęła ją na wyciągnięcie ręki. Jeszcze raz spojrzała z kilku kroków. Jakby próbowała zobaczyć nie siebie, lecz obraz.
— Już wiem... — powiedziała cicho. — Wcześniej widziałam tylko porozcinane ciało. Ramię. Pierś. Cień. Wydawało mi się, że mnie rozebrałeś na kawałki. Podniosła fotografię bliżej światła.
— Ale... nie. To nie są kawałki. Dziwne... kiedy patrzę dłużej, przestaję widzieć osobno ramię i pierś. To się samo składa. Zostaje tylko... nie wiem... miękkość. Całość.
Krzysztof odpowiedział cicho:
— Tak właśnie to widziałem. — Nie chciałem fotografować ciała. Chciałem sfotografować moment, w którym przestajesz być modelką, a stajesz się obrazem. Tylko bałem się, że zobaczę to tylko ja.
— Nie. Teraz też to widzę. I chyba pierwszy raz nie patrzę na siebie, tylko na fotografię. — Ewa, zgadzając się, kiwnęła głową.
Jeszcze przez godzinę, w milczeniu, chodziła pomiędzy leżącymi na ziemi fotografiami. Zmęczonym wzrokiem rozejrzała się po sali. W rogu piętrzyły się stosy papieru fotograficznego.
— Tam leżą odpady złych ujęć, prześwietleń, wszelkiego rodzaju błędy fotograficzne. Teraz oglądamy zdjęcia po selekcji, te najlepsze — wytłumaczył Krzysztof.
Podeszła bliżej.
— O rety! Ale tego dużo. W sumie tych dobrych do wystawy zostało niewiele. — rzekła, chwytając się za głowę.
— Teraz widzisz jakie jest ryzyko, ale taki jest urok mojej pracy. Do końca nie jestem pewien, czy zdjęcie będzie udane. Potem z tych udanych znów wybierasz te, które nadają się na wystawę. I muszę jeszcze z tobą stoczyć walkę. — dodał z uśmiechem.
Ewa przysiadła na stołku, rozglądając się z niedowierzaniem.
— Dlatego czeka nas jeszcze jedna krótka sesja zdjęciowa. — usłyszała zapracowany głos Krzysztofa.
Ponieważ byli zbyt zmęczeni umówili się na spotkanie w studiu następnego dnia.
Świeżo po kąpieli usadowiła się w znajomym miejscu, otoczona rekwizytami. Przyjmowała prawie te same układy ciała, idąc intuicyjnie za smugami cienia. Wszystko działo się niemal tak samo jak podczas pierwszej sesji. Tym razem nie zapomnieli o muzyce. Popłynęły dźwięki mazurków Chopina.
Kiedy odsuwał światłomierz, jego dłoń przesunęła się po jej skórze biodra niżej i nieco dłużej, niż było to konieczne.
Znieruchomiała. Powietrze ugrzęzło jej w gardle. Nie wiedziała, czy cofnąć biodro, czy zostać bez ruchu. Ciało odpowiedziało mocnym dreszczem i falą ciepła, których zupełnie się po sobie nie spodziewała. Nie z powodu jego dłoni, lecz własnej reakcji. Zacisnęła palce. Nie chciała, żeby zauważył choćby cień tego, co właśnie wydarzyło się w niej.
Czy to był przypadek? A może gest trwał trochę dłużej, niż wymagała tego praca? Nie potrafiła rozstrzygnąć. I właśnie ta niepewność była najgorsza.
Nie sam dotyk okazał się najtrudniejszy, lecz to, co obudził. Wytrąciła ją myśl, że być może ktoś po raz pierwszy patrzy na nią nie tylko jak na współpracownicę, modelkę czy część kadru, lecz także jak na kobietę. Odruchowo odwróciła wzrok. Po chwili znów spojrzała na niego.
— Światło jest w porządku, nie ruszaj się, możemy naświetlać klatkę — powiedział.
Wszystko toczyło się zwykłym rytmem, a w głowie Ewy aż huczało od domysłów: czy był to przypadek, czy celowy dotyk...
Usiłowała jeszcze raz ustawić dłoń na tiulu. Krzysztof mówił o świetle, o przysłonie, o kolejnej klatce, ale słowa docierały do niej jak zza szyby. Czuła własny, szybki oddech, i ciepło w miejscu, którego przed chwilą dotknęła jego dłoń. Spróbowała zrobić krok... Próbowała jeszcze raz unieść rękę, ale ruch urwał się w połowie. Odruchowo chciała wyjść... i zaplątana między tiulami straciła równowagę. Upadła. Kolana bardzo bolały. Krzysztof zareagował natychmiast. Pomógł jej wstać. Wsparta na jego ramieniu, kulejąc przeszła na kanapę. Klęknął przy niej tak szybko, że przewrócił stojący obok taboret. Drżącymi palcami ostrożnie dotknął jej kolana.
Dopiero po chwili okrył Ewę szlafrokiem, który zsunął się jej z ramion. Nawet tego nie zauważyła. Bardziej bała się własnej reakcji niż jego dotyku.
Gdy
Krzysztof spoglądał na nią widziała w jego oczach troskę i coś
jeszcze... .
Nagle usłyszała jego cichy głos:
— Zrozumiałem coś, czego jako fotograf wcale nie powinienem zrozumieć.
— Co?
— Że coraz trudniej oddzielić we mnie zachwyt nad obrazem od zachwytu nad kobietą, która go współtworzy.
CDN


