Tekst poprawiany, układany strukturalnie i dopisywane kolejne rozdziały
PROLOG
Lipcowy poranek w Gdyni.
Władysław pomagał ciężarnej wsiąść do przepełnionego autobusu. Ludzie zwisali ze stopni, uczepieni siebie nawzajem. Autobus szarpnął. Koło wpadło w rozmytą, śliską koleinę. Kobieta wypadła na jezdnię. Uderzyła w drzewo. Zginęła na miejscu. Kilka osób wpadło pod koła.
Cisza.
Potem krzyk.
Władysław trafił do szpitala z rozległym krwotokiem wewnętrznym. Operacja się udała. Tak mówili lekarze. Szwy jeszcze trzymały.
Podczas transportu na prześwietlenie winda nagle stanęła. Wystarczyło jedno szarpnięcie.
Szwy nie wytrzymały. Krwotok wrócił.
Władysław chwycił się za brzuch i zwinął z bólu. Tym razem lekarze wiedzieli: nie zdążą. Granica między snem a jawą zaczęła się rozmywać. Sen przynosił wytchnienie — bez bólu. Czuł obecność czegoś jasnego, cichego, bliskiego.
Miał wrażenie, że nad nim krążą ptaki. A może… aniołowie. Powietrze pachniało krochmalem i żywicą — jak lasy jego dzieciństwa. W snach widział miejsca, których nie znał: tropikalne wyspy, złote sale, echo własnego imienia. Ale zawsze wracał do jednego obrazu. Do ogromnej, zamkowej sali wypełnionej srebrzystym światłem. Pośrodku stała szklana kołyska. Leżała w niej dziewczynka.
Krucha. Spokojna.
Jakby była mu bliska od zawsze.
Jakby była mu bliska od zawsze.
Opowiadał o niej pielęgniarkom. O drobnych dłoniach. O ustach, które poruszały się, mówiąc coś, czego nie dało się usłyszeć. Słuchały go uważnie. Maria, jego żona, nie uwierzyła. Dla niej były to majaczenia umierającego człowieka.
Na dwa dni przed śmiercią zobaczył ją znowu.
Była starsza. Jej oczy wciąż miały w sobie życie.
— Tato… przyjdę. Na Boże Narodzenie.
— Ewunia… — wyszeptał.
Obraz zgasł.
Obudził się zlany potem.
Do sali weszła Stanisława. Wysłuchała go w milczeniu. Nie zaprzeczyła ani jednemu słowu.
Boże Narodzenie zbliżało się.
Maria nie potrafiła zostać na wybrzeżu. Pół roku wcześniej pochowała tam męża. Wyjechała do siostry.
Czuła się dobrze. A jednak bała się porodu. Bała się, że będzie sama.
Nazajutrz obudziła się z dziwną lekkością.
Po śniadaniu przyszły skurcze.
— Za wcześnie — wyszeptała.
Akuszerka spojrzała na nią spokojnie.
— Dziecko wie, kiedy przyjść.
W domu zrobiło się zamieszanie. Potem nagle ucichło. I wtedy rozległ się płacz.
Czysty.
Mocny.
— Córeczka — powiedziała akuszerka. — Jak będzie miała na imię?
— Ewa — powiedziała Maria zmęczonym głosem.
Nikt nie połączył tego z jego słowami. Tylko Stanisława to wiedziała. Stała w progu.
Dziś Ewa odwiedza grób ojca. Patrzy na dwie daty wyryte w kamieniu. Między nimi jest niewiele miejsca. A jednak mieści się w nim całe życie.
Czasem zamyka oczy. Wraca do zamku. Do sali ze srebrzystym światłem.
Do szklanej kołyski.
I wtedy słyszy głos:
— Obiecałaś… córeczko.
CZĘŚĆ I
ROZDZIAŁ I
Ranek był rześki. Maria leżała w wysokiej trawie, wdychając zapach wilgotnej ziemi. Źdźbła muskały jej skórę jak zielone morze. Poniżej, na równinie, kwitły polne kwiaty: czerwone maki, błękitne chabry, żółte jaskry. Maria patrzyła łapczywie, jakby chciała zapamiętać wszystko.
Serce biło jej niespokojnie. Wbiła palce w ziemię do bólu. Nagle zerwała się z miejsca. Jakby coś ją pchnęło. Pobiegła w dół, a jej jasne włosy rozbłysły w słońcu.
Kiedy dotarła na równinę, nogi drżały jej z wysiłku. Kurz piekł w oczy, lecz nie zwalniała. Wtedy je zobaczyła — niemieckie samochody stojące na podwórzu. Ciemne, obce sylwetki.
Przed domem stała jej rodzina. Stali w szeregu pod pobielaną ścianą. Maria dołączyła do nich bez słowa. Uniosła ręce.
Serce zamarło. Nie czuła nic.
Ciszę przeciął zgrzyt odbezpieczanej broni.
Strzały jednak nie padły.
Nastała cisza — najdłuższa, jaką znało krótkie życie Marii. Potem rozległy się słowa, które zrozumiał tylko Franciszek, jej ojciec:
– Franz,
wenn wir sie erschießen, wird es nie wieder solche Pierogi mit
Fleisch geben.
– Stimmt. Ein Himmel im Mund.
– Und
erinnerst du dich an den roten Borschtsch mit Uszka?
– Wie
könnte ich nicht? Zum Niederknien gut.
Śmiech był krótki. Suchy.
Niemcy podeszli do Franciszka. Kolbami zmasakrowali mu twarz i nogi. Odeszli w poczuciu spełnionego obowiązku.
Kobiety nie krzyczały. Drżały im ręce. Nikt nie mówił. Tylko ogień trzaskał pod blachą.
Przez długie miesiące Franciszek leżał w milczeniu, znosząc ból z uporem. Wieś Marii ocalała — samotna wyspa pośród morza spalonych domostw. Okazało się, że narzędziami oporu stały się nieoczekiwanie garnki i rondle.
Wieczór zapadł gwałtownie. Maria siedziała na niskim stołku przy łóżku ojca. Franciszek, niegdyś silny gospodarz, teraz leżał bez ruchu. Twarz miał obrzękłą, nogi unieruchomione deskami. Oddychał płytko, lecz w oczach wciąż tliła się iskra uporu.
Maria przykładała lnianą chustę do jego rozpalonego czoła. Każdy ruch wykonywała powoli, jakby mógł sprowadzić Niemców. Z kuchni dobiegał stuk dłoni o stolnicę i brzęk garnków. Te zwyczajne dźwięki przypominały kroki żołnierzy — a jednak niosły życie.
Noc była ciężka. W powietrzu unosił się zapach dymu. Maria siedziała nieruchomo, czuwając przy ojcu, jakby wiedziała, że granica między życiem a śmiercią jest cienka jak nić i może pęknąć w każdej chwili.
ROZDZIAŁ II
Ewa i jej matka, Maria, spacerowały jedną ze ścieżek Trójmiasta. Maria nagle zatrzymała się.
— Widzisz to drzewo? — powiedziała cicho. — Tu był wypadek. Tu zginął twój ojciec.
Ewa nie zrozumiała wtedy wagi tych słów. Miała zaledwie dziesięć lat.
Stały przez chwilę w milczeniu.
Po drugiej stronie ulicy zauważyły niewielki salon fryzjerski. Maria skinęła głową w jego stronę.
— Chodźmy.
W środku pachniało lakierem do włosów i wilgotnymi ręcznikami.
Maria usiadła w fotelu. Ewa zajęła miejsce obok, przyglądając się odbiciom w lustrach.
Fryzjerka — energiczna, gadatliwa kobieta — zaczęła mówić, zanim jeszcze sięgnęła po nożyczki.
— Proszę pani, co tu się ostatnio wydarzyło… — zaczęła, ściszając głos tylko odrobinę. — Wypadek. Straszny. Byłam tam. Widziałam wszystko.
W salonie zrobiło się ciszej.
— Straszny wypadek — powtórzyła. — Kobieta w zaawansowanej ciąży zginęła na miejscu.
Na chwilę zamilkła.
— A potem, proszę sobie wyobrazić… jeden z mężczyzn, który brał w tym udział, zmarł w szpitalu.
Westchnęła ciężko.
— Zostawił żonę w ciąży. Niewyobrażalny dramat.
Westchnęła znowu. Ewa spojrzała na matkę. Na twarzy Marii pojawiło się napięcie zmieszane ze smutkiem.
Przez chwilę milczała. Potem odezwała się spokojnie:
— To ja byłam tą kobietą w ciąży.
Fryzjerka zamarła.
— A to — dodała, lekko wskazując na Ewę — moja córka. Urodziła się już po jego śmierci.
W salonie zapadła cisza.
Nikt się nie odezwał.
ROZDZIAŁ III
Ewa w swoim śnie wciąż tam była. Ogromna sala. Kamienne ściany. Białe światło.
I mężczyzna.
Leżał na łóżku. Szamotał się w pościeli, jakby walczył z czymś niewidzialnym. Ewa próbowała podejść bliżej. Nie mogła. Natrafiała na opór — jakby powietrze zgęstniało. Mężczyzna poruszał ustami. Dźwięk docierał jak spod wody.
I wtedy zobaczyła jego twarz.
Nie znała jej. Jednak po chwili zdumiona krzyknęła:
— Tata…?!
Mężczyzna otworzył oczy. Patrzył prosto na nią.
— Córeczko… pamiętaj.
Światło drgnęło.
I wszystko się urwało.
Ewa obudziła się z krzykiem. Serce waliło tak mocno, że przez chwilę nie odróżniała snu od rzeczywistości.
Wszystko było na swoim miejscu. Ściany, okno, łóżko. Tylko ona nie była pewna, gdzie jest.
To nie był zwykły sen. Nie zaczynał się teraz.
Trwał od dawna. Jakby był dla niej.
Pokój był zwyczajny. Ściany, stół, cisza.
Spadł na nią ciężar minionych lat. Oddychała szybko. Za szybko. Przyłożyła dłoń do klatki piersiowej, próbując uspokoić serce. Bez skutku.
Bezsenność zaczęła się dawno temu. Nie wiedziała wtedy, że już z nią zostanie. Leżała nieruchomo, jak sparaliżowana. Tykanie starego zegara nie przynosiło ulgi.
Cisza w pokoju nie była już spokojem. Gęstniała.
Zamknęła oczy. Nie zasnęła.
Pogrzeb Marii był skromny. Ksiądz. Dwie kuzynki. Kilku znajomych. Ziemia była twarda od pierwszych przymrozków. Ewa stała nad grobem bez łez. Czuła ziąb w stopach. Nie czuła smutku ani ulgi. Tylko pustkę — cięższą niż żałoba.
Grudki ziemi uderzały o trumnę głuchym, nierównym dźwiękiem.
Wieczorem znów nie mogła zasnąć.
Usiadła w fotelu.
Zaczęły wracać obrazy.
Najpierw jeden.
Potem następny.
I kolejny.
ROZDZIAŁ IIIA
Miała czternaście lat.
Czytała wszystko — fantastykę, poezję, filozofię, teksty francuskich piosenek. Świat w jej głowie był większy niż ten, w którym żyła. Polonistka patrzyła na nią podejrzliwie.
— Przyznaj się. Kto ci pisze wypracowania?
To bolało bardziej niż zła ocena.
Dlatego wysłanie opowiadania na konkurs było czymś więcej niż próbą. Było dowodem. Dla niej samej.
Dwa tygodnie później przyszedł list. Niebieska koperta. Pieczątka redakcji. Pierwszy list zaadresowany do niej.
Odebrała go ciocia Emma.
— No coś podobnego… — powiedziała, obracając kopertę w palcach. — Ewa dostała list urzędowy?
Ewa podeszła bliżej.
— To nie pomyłka. Proszę mi go oddać.
Wyciągnęła rękę. Emma cofnęła ją gwałtownie.
— Jakie listy? Jakie konkursy?
Ewa patrzyła na kopertę. Jeszcze chwilę.
Potem odwróciła się i bez słowa poszła do pokoju. Zamknęła drzwi. Rozpłakała się cicho, potem w sposób niekontrolowany, głośny, rozpaczliwy.
Z oddali słyszała głos:
— Ewa! Na obiad! Rosół stygnie!
Nie odpowiedziała.
Dopiero kiedy Emma stanęła nad nią, podniosła się. Ból głowy. Ścisk w żołądku. Nie zdążyła dojść do stołu.
Zwymiotowała.
— Co za dziewuszysko… — rzuciła ciszej, z niesmakiem. — Rosół stygnie.
Ewa usiadła. Patrzyła na talerz. Nie była w stanie przełknąć ani łyżki.
— Żryj — warknęła Emma. — Bo ci napluję.
W tej samej chwili żołądek zareagował. Zwymiotowała prosto do talerza. Zapadła cisza.
Tamtej nocy nie spała.
I następnej.
I kolejnej.
Zmęczenie narastało powoli — jak ciężar, który dzień po dniu przygniata ciało. Myśli się rozmywały. Chodziła jak we śnie. Jakby ktoś powoli wyciągał z niej życie.
A list… już nigdy do niej nie wrócił.
Wieczorem wracała z babcią Stanisławą do mieszkania. Na każdym półpiętrze babcia zatrzymywała się, łapiąc oddech.
— Dziecko… jak mi ciebie żal.
Ewa nie odpowiadała.
Szła dalej.
ROZDZIAŁ III
Wezwana do grupy, szła lekko, z niejasnym przeczuciem, że coś się zaraz wydarzy. Zobaczyła go, zanim podeszła bliżej.
Wyróżniał się — nie tylko urodą. Jasne, lekko kręcone włosy opadały mu na czoło, jakby zapominał je odgarniać. Było w nim coś młodzieńczego, ale i skupionego. Stał spokojnie, jakby nie do końca należał do reszty grupy.
Poczuła znajome ukłucie. Niepokój. A może rozpoznanie. Déjà vu.
Mówiła jak zawsze — spokojnie, bez zbędnych dat i muzealnego patosu. Wolała opowiadać o ludziach ukrytych za przedmiotami. O dłoniach, które kiedyś je trzymały. O myślach, które im towarzyszyły. O tym, co zostaje, kiedy człowiek znika.
Czuła jednak jego wzrok.
Nienachalny.
Uważny.
Kiedy grupa się rozproszyła, nie odszedł. Stał jeszcze chwilę, jakby na coś czekał.
Podszedł.
— Zapraszam panią na kawę — powiedział, obracając w palcach bilet wstępu.
— Włodzimierz. Włodek.
— Ewa.
Uścisnęli dłonie.
Nie brakowało turystów, którzy składali jej podobne propozycje. Ten był inny. Spokojniejszy. Jakby nigdzie mu się nie spieszyło.
Zawahała się przez ułamek sekundy. Skinęła głową.
W kawiarni panował półmrok. Pachniało kawą i wilgotnym drewnem stolików. Powietrze było ciężkie. Trochę senne.
Zanim usiadła, odsunął jej krzesło. Usiadła niezgrabnie, lekko zmieszana tym drobnym gestem.
— Zamówimy coś?
Skinęła głową.
Kawa była gorzka. Fusy powoli osiadały na dnie.
— Prawdziwa — powiedział. — Niczego nie udaje.
Spojrzała na niego uważniej.
— W-Z?
Uniósł brwi.
— Poważnie?
Kącik jego ust drgnął.
— Nie ryzykuję przy pierwszym spotkaniu.
Na moment zamilkł.
Jego spojrzenie przesunęło się ponad jej ramieniem. Jakby coś dostrzegł. Ewa odruchowo się odwróciła. Nikogo nie było. Kiedy znów na niego spojrzała, uśmiechał się tajemniczo.
Z głośnika, trochę za głośno, popłynęło „Mniej niż zero”.
— Znasz?
— Wszyscy znają.
— Ale nie wszyscy naprawdę słuchają.
Zamilkli na chwilę.
— Co cię tak zainteresowało? — zapytała ciszej.
Włodek spojrzał na nią uważnie. Jakby dobierał słowa.
— Ludzie rzadko są… naprawdę sobą przy pierwszym spotkaniu.
Na moment zamilkł i dodał.
— Ty jesteś.
Nie odpowiedziała od razu.
Na jej twarzy pojawił się rumieniec — nie wiedziała, czy to ulga, czy niepokój.
— Pomyślałem, że… moglibyśmy mieć sobie coś do powiedzenia — powiedział z nutką nadziei.
Zza okna wpadł chłodny podmuch wiatru i przewrócił stojak z gazetami. Schylili się jednocześnie. Ich dłonie zetknęły się na moment.
Włodek nie cofnął ręki od razu, czekał. Ewa znieruchomiała. Czuła ciepło jego skóry.
W kawiarni zrobiło się gwarno, ale słyszeli tylko siebie.
Rozmowa potoczyła się dalej — spokojnie, jakby znali się od dawna.
— A ty? Jakiej muzyki słuchasz?
— Różnej.
— Jakiej „różnej”?
— Francuska piosenka… poezja śpiewana. Juliette Gréco. Aznavour. Okudżawa.
Włodek uśmiechnął się lekko.
— Ja też. Lubię te klimaty.
— Lubię poezję… — dodała ciszej. — Czasem coś zapisuję.
— Pokażesz mi kiedyś?
Zawahała się.
— Może.
I wtedy coś w niej ustąpiło. Z zamkniętych dotąd szkatułek pamięci zaczęły wydobywać się słowa. Był pierwszym, który słuchał jej uważnie. Był pierwszym, któremu powiedziała tak wiele.
Na pożegnanie ujął jej dłoń.
— Jesteś… delikatna, Ewo — powiedział ciszej.
Zadrżała.
— Wypijemy jeszcze niejedną kawę. Jestem ciekawy twojej poezji.
— Tak… do następnego razu.
Patrzył na nią chwilę dłużej. Próbował zapamiętać coś więcej niż twarz?
Albo upewnić się, że naprawdę tam jest.
Odprowadziła go wzrokiem. Srebrny Volkswagen zniknął za zakrętem.
Stała jeszcze chwilę, nieruchomo. Miała wrażenie, że już kiedyś z nim rozmawiała.
I że wtedy też nie wiedziała, kim dla niej będzie.
ROZDZIAŁ IV
Dni upływały na częstych, długich rozmowach telefonicznych z Włodkiem. Był czerwiec.
Ewa wracała z pracy lekka, niemal nie dotykając stopni. Sama myśl o telefonie od Włodzimierza wywoływała lekki zawrót głowy.
Na schodach usłyszała dzwonek telefonu. Zamarła na moment. A potem niemal pobiegła.
Drżącymi rękami przeszukiwała torbę. Kluczy nie było. Dzwonek rozbrzmiewał uparcie. Wydawało się, że z każdą sekundą głośniej. Przez chwilę miała wrażenie, że nie dochodzi z mieszkania. Tylko z niej samej. W końcu wysypała zawartość torby na podłogę. Monety, długopisy, drobiazgi potoczyły się po schodach korytarza. Nie zwracała na to uwagi. Chwyciła tylko klucze. Drzwi ustąpiły dopiero po chwili. Ewa wpadła do mieszkania i porwała słuchawkę tak gwałtownie, że telefon na ścianie się zakołysał.
— Wreszcie jesteś — odezwała się zniecierpliwiona matka.
Ewa westchnęła cicho.
— Jestem.
— Przyjdź na obiad. Ugotowałam ogórkową.
Ton Marii nie dopuszczał sprzeciwu.
— Jadłam w pracy — odpowiedziała Ewa, opierając się ramieniem o ścianę.
Zapadła cisza.
— Mówiłam ci, żebyś nic nie jadła! — głos matki zadrżał. — Staram się, żeby wszystko było świeże…
Ewa przymknęła oczy. Nie miała dziś siły na kolejną kłótnię. W głowie miała tylko jedno: spotkanie z Włodkiem w Krakowie. Planowali mały rajd po kawiarniach. Szukać tej jednej, najlepszej. Wyobrażała sobie zapach świeżo mielonej kawy, brzęk filiżanek, ciepło letniego popołudnia.
W końcu zadzwonił.
— Ewuś, bądź gotowa pojutrze. Wyruszamy!
W jego głosie był uśmiech, który czuła nawet przez telefon.
I wtedy pojawił się problem. Co na siebie włożyć. Mały pokoik Ewy zniknął pod warstwą letnich sukienek. Leżały na łóżku, na krześle, na parciu fotela. Przez otwarte okno wpadało ciepłe powietrze, niosąc zapach lata. Obracała się przed lustrem. Raz. Drugi. Trzeci. Na moment zakręciło jej się w głowie. Jakby podłoga lekko się poruszyła. Sukienki wirowały wokół niej. Chciała wyglądać lekko. Naturalnie. Tak, jak on ją pamiętał. Miała wrażenie, że tylko on ją rozumie.
Ale czy zobaczy w niej także kobietę?
Dwa dni później stała w umówionym miejscu, przy wylocie drogi. Samochody przejeżdżały obok, wzbijając w powietrze kurz nagrzanego asfaltu. Z daleka zobaczyła srebrną Jettę.
Natychmiast ją rozpoznała.
Włodek wysiadł z auta. Zagwizdał z zachwytu na widok Ewy i wykonał znajomy gest, zapraszając ją do środka.
Przez chwilę poczuła się, jakby była jedyna.
Ciepłe powietrze wpadające przez uchylone okno mieszało się z zapachem tapicerki i nagrzanego asfaltu. Wszystko dookoła zniknęło. Liczyła się tylko jego obecność. Spojrzenie. I delikatny uśmiech, który natychmiast rozpraszał jej wątpliwości.
ROZDZIAŁ V
Tego dnia oprowadzała dwie wyjątkowo trudne grupy. Kiedy żegnała ostatnich turystów, na jej twarzy został już tylko uśmiech służbowy.
Do swojego maleńkiego mieszkania dotarła niemal bezwiednie. Lubiła je za to, że było blisko pracy — że można było wrócić, zanim zmęczenie zdążyło się w niej na dobre rozgościć.
Szła powoli, jakby każda klatka schodowa była o jedno piętro wyższa.
Zamknęła drzwi i przez chwilę stała w ciszy. Język miała suchy. Ciało domagało się wody. Najchętniej od razu weszłaby do wanny i zniknęła na chwilę pod powierzchnią.
Opadła na fotel. Wsunęła stopy do miski z chłodną wodą. Chłód rozlewał się powoli, centymetr po centymetrze, przynosząc ulgę.
Zamknęła oczy.
Na moment świat przestał istnieć.
Telefon zadzwonił nagle.
Drgnęła i poderwała się gwałtownie. Stopa ześlizgnęła się z mokrej podłogi. Ułamek sekundy — potem już tylko twarde uderzenie.
Leżała na plecach, patrząc w sufit. Słuchawka kołysała się na kablu, stukając lekko o ścianę.
Przez chwilę nie mogła złapać oddechu.
— Słucham… — wydyszała w końcu.
— Dlaczego tak dyszysz? — zapytał Włodek. — Co się stało?
— Nic… Poślizgnęłam się. Leżę na podłodze.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
Jakby coś przeliczał.
— Dzwonię z pobliskiej budki telefonicznej. Zaraz będę.
Nie zdążyła zaprotestować.
Odłożyła słuchawkę i oparła głowę o chłodną podłogę.
Jakie licho go teraz do mnie niesie…
Przyszedł szybciej, niż się spodziewała. Wszedł bez wahania, jakby wiedział, że drzwi będą otwarte. Zatrzymał się w progu i przyjrzał jej się uważnie.
— Wyglądasz… źle.
Odwróciła wzrok i zaczęła poprawiać rękaw sukienki.
— Miałam ciężki dzień.
Podszedł bliżej. Uśmiechnął się lekko — jakby chciał rozładować napięcie. Przyciągnął ją do siebie. Oparła głowę o jego ramię. Przez chwilę stali objęci w milczeniu.
Ciepło jego ciała było uspokajające.
— Mam ochotę na kąpiel — powiedziała półżartem. — Z olejkami.
— Brzmi dobrze.
W łazience było ciepło i parno. Woda szumiała jednostajnie, a powietrze gęstniało od pary.
Na chwilę wszystko zwolniło.
I wtedy —
w przedpokoju trzasnęły drzwi.
Ewa zesztywniała.
— Ewa? — rozległ się głos. — Kupiłam pomidory, zrobię zupę!
Spojrzała na Włodzimierza.
Na jego twarzy pojawiło się zdumienie. A potem coś znacznie chłodniejszego. Jakby w jednej chwili cofnął się o krok — choć wciąż stał w tym samym miejscu.
— Twoja matka ma klucze? — zapytał cicho.
— Myślałam, że wyjechała…
— Czy ona tak zawsze…?
Zawahała się.
— No… widzisz.
Zasłoniła twarz rękami.
Poczuła znajome napięcie — to, które zawsze pojawiało się chwilę przed tym, jak przestawała być sobą.
— Ale ty nawet nie próbujesz — powiedział.
Nie było w tym złości. Było coś gorszego. Ocena.
— Kiedy się jej sprzeciwiam, wpada w histerię. Zawsze wychodzę na tę złą…
— To nie jest normalne…
— Wiem.
Ale to „wiem” nie zabrzmiało wiarygodnie.
— Ewa…
Zawahał się, jakby układał coś w myślach.
— Jest takie miejsce… gdzie ludzie dochodzą do siebie.
Spojrzał na nią uważnie.
— Mogłabyś tam odpocząć.
Za długo milczał po tych słowach. Jakby czekał.
Na zgodę. Na poddanie. Ewa poczuła, że robi jej się zimno.
W pośpiechu wsunęła mu do rąk kartkę.
— Przeczytaj — powiedziała ciszej.
Włodzimierz spojrzał na nią przez moment, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć. Potem odwrócił się i zamknął w łazience. Jakby potrzebował chwili tylko dla siebie. Albo bez niej.
Rozłożył kartkę. Czytał powoli.
Nie zrozumiana,
nie umiała zrozumieć.
Nie widziana,
nie nauczyła się widzieć.
Nie dopuszczona —
walkę o siebie
nazwano złem.
Teraz
czuję
mniej niż nic
w przestrzeni,
która oplata mnie latami
jak pajęcza sieć.
Światełko.
Tam mknę
na smudze snu,
by napisać
ten wiersz.
Zadrżał. Jakby coś w tych słowach nie było tylko słowami.
Z kuchni dobiegł głośny szczęk garnków.
Ewa stanęła w progu.
— Dziecko, jak ty wyglądasz! — zawołała Maria. — Blada jak ściana. Zaraz zjesz zupę, to ci przejdzie.
Zapach pomidorów był duszący.
Coś ścisnęło Ewę w gardle. Poczuła mdłości.
— Mamo…
Zawahała się.
Ale tym razem nie spuściła wzroku.
— To jest moje mieszkanie.
Maria spojrzała na nią, jakby nie dosłyszała.
— Co?
— To już kolejny raz… Jak długo jeszcze?
Cisza zawisła między nimi.
Ciężka.
Gęsta.
Maria odłożyła łyżkę.
— O czym ty mówisz?
Ewa oparła dłoń o blat stołu. Poczuła, że coś w niej drży.
Ale nie cofnęła się.
— O tym, że wchodzisz tu, kiedy chcesz. Jakby to wciąż było twoje.
Jej głos był cichy. Ale stabilny.
— Wciąż nie zauważasz, że mam już trzydzieści lat.
Na ułamek sekundy coś przemknęło przez twarz Marii. Zaskoczenie. A może coś więcej.
Potem zniknęło.
— Przesadzasz.
To jedno słowo wystarczyło.
Ewa poczuła, jak grunt pod nią się rozsuwa.
Jak zawsze.
Dźwięki zaczęły się oddalać. Światło przygasło. Jakby ktoś powoli wyciszał rzeczywistość.
Kuchnia zawirowała.
ROZDZIAŁ VI
Jechali krętymi drogami — coraz węższymi, coraz bardziej dzikimi. Las gęstniał z każdym kilometrem. Światło dnia przygasało, jakby ktoś poza ich zasięgiem powoli je przykręcał.
Ewa spojrzała na Włodka pytająco.
On tylko się uśmiechnął. Lekko. Z tą samą tajemnicą w oczach.
— Zobaczysz — mruknął. — To miejsce jest… inne.
— Jak ty? — spróbowała zażartować.
— Jeszcze bardziej.
Coś w jego tonie sprawiło, że żart zawisł w powietrzu.
— Ewuś, pasujesz do tego zamku — powiedział, poprawiając kosmyk jej włosów.
— Dlaczego?
Spojrzał przed siebie.
— Sam nie wiem.
Ale brzmiał tak, jakby wiedział.
Gdy skręcili w wąską aleję, drzewa zamknęły się nad nimi jak sklepienie. Opony zaszeleściły na żwirze. Potem zapadła cisza.
Nie ta zwykła.
Głębsza. Jakby coś ją podtrzymywało.
I wtedy go zobaczyli.
Zamek nie tyle wyłonił się spomiędzy drzew, co odsłonił — jakby był tam od zawsze i tylko wcześniej nie chciał być widziany.
Strzeliste wieże wbijały się w niebo, lecz ich krawędzie lekko drgały, jakby nie do końca należały do tego świata.
Mury porastały pnącza — gęste, ciężkie, niemal nienaturalnie żywe. Pod cienką warstwą liści coś zdawało się pulsować.
Złote światło słońca osiadało na kamieniach, ale nie rozpraszało mroku — podkreślało go.
— To niemożliwe… — wyszeptała Ewa. — Jak z bajki.
— Bajki też mają swoje drugie dno — dopowiedział Włodek.
Nie była pewna, czy mówił do niej.
Wysiedli z samochodu.
Powietrze było ciężkie. Pachniało azaliami, wilgocią i czymś słodkim — aż mdlącym.
Ewa odruchowo wzięła płytszy oddech.
— Czujesz to?
— Tak tu jest o tej porze roku — odparł spokojnie.
Ruszyli w stronę wejścia. Kamienna ścieżka uginała się lekko, jakby ziemia pod nią nie była do końca twarda.
Gdzieś w oddali słychać było wodę. Szemrała — choć nie było widać żadnego strumienia.
Im bliżej podchodzili, tym silniejsze było wrażenie, że zamek… patrzy.
Nie na nich.
Przez nich.
Ewa zatrzymała się nagle.
— Włodek…
— Co?
— Mam wrażenie, że już tu byłam.
Spojrzał na nią uważnie. Z niepokojącą intensywnością. Jakby na coś czekał.
— Możliwe — powiedział po chwili. — Niektórzy tak mają. Zwłaszcza za pierwszym razem.
Nie zapytała, co to znaczy. Bała się odpowiedzi.
Ogród był przytłaczający.
Azalie tworzyły plamy koloru tak nasycone, że aż bolały oczy. Alejki wiły się między krzewami i srebrzystymi strumykami, które pojawiały się i znikały, jakby nie podlegały żadnemu porządkowi.
Szli prosto.
A jednak co chwilę wracali w to samo miejsce.
Mały, łukowaty most. Za każdym razem wyglądał odrobinę inaczej.
— Byliśmy tu już… — zaczęła.
— Może tylko ci się wydaje — przerwał łagodnie.
Znaleźli się na wyspie. Usiedli na mostku.
Woda była idealnie gładka. Nienaturalnie spokojna. Odbijała ogród — ale jaśniej, chłodniej. Jakby należał do innej pory dnia.
Albo innego świata.
Ewa nachyliła się.
Na ułamek sekundy zobaczyła w tafli nie siebie.
Salę.
Białe światło.
Kamienne ściany.
Zatrzymała oddech.
Drgnęła i cofnęła się.
— Coś się stało? — zapytał Włodek.
— Nie… nic.
Ale jej głos zadrżał. Serce biło szybciej.
Włodek objął ją ramieniem.
— Tu wszystko wygląda inaczej…
Zawahał się.
Jakby nie był pewien, czy powinien to powiedzieć.
Patrzyła na wodę. Teraz widziała już tylko swoją twarz. Zwyczajną. Spokojną. I obcą. Ale wiedziała, że to, co zobaczyła wcześniej, nie było złudzeniem. Oparła głowę na jego ramieniu. Ciepło jego ciała było realne — jedyna rzecz, której mogła się uchwycić. Reszta zaczynała się rozmywać. Krawędzie świata miękły. Kolory traciły ostrość. Zapach ogrodu gęstniał i oplatał ją powoli, jak żywa mgła.
Oddychało się coraz trudniej. Albo coraz łatwiej.
Nie była pewna. Powieki same jej opadały.
Jeszcze próbowała się skupić. Na wodzie. Na dłoni Włodka. Na własnym oddechu.
Na czymś pewnym.
— Ewuś… jesteś tutaj?
Głos przeciął przestrzeń. Nie wiedziała, skąd dochodzi. Z zewnątrz — czy z niej samej.
Otworzyła oczy szerzej. Świat wyostrzył się nagle — gwałtownie, jak po szarpnięciu.
Ale coś zostało.
Cichy ślad pod powiekami.
Echo.
CZĘŚĆ II
ROZDZIAŁ I
Ewa szła wolniej. Włodek co chwilę oglądał się przez ramię, aż w końcu chwycił ją za rękę.
Gdy weszli do holu, w pierwszej sekundzie Ewę oślepił blask światła wpadający z okien. Zadrżała na widok przytłaczającego sklepienia i masywnego, kamiennego kominka.
Chwycił Ewę za ramiona i przytulił, chcąc ją uspokoić.
Wchodzili w coraz ciemniejsze korytarze. Pod stopami skrzypiały drewniane schody. Mijali sale, gdzie promienie słońca, wpadające przez okna tworzyły na posadce złote plamy. W korytarzach rzeźbione twarze ludzi i potworów zdawały się śledzić każdy ich krok.
Korytarze zdawały się nie mieć końca, a każdy zakręt wyglądał tak, jakby prowadził do innego świata.
Włodek również przystanął. Przez chwilę zostali tylko ich oddechy i skrzypienie starego drewna w oddali. A potem… coś jeszcze. Ledwie uchwytne, jak szept.
– Tu wszystko ma swój głos – odpowiedział, ale jego ton nie był już tak lekki jak wcześniej.
Otworzył drzwi i, rycerskim ukłonem, zaprosił Ewę do komnaty.
W środku panowała cisza tak gęsta, że aż nienaturalna. Wielkie łóżko pod baldachimem, ciężkie zasłony i kominek, w którym ogień palił się sam z siebie, mimo że nie było widać nikogo, kto mógłby go rozpalić.
CDN
