Przed oczami Ewy pojawiła się twarz Włodka. Jasne, kręcone włosy opadały mu na czoło, jakby wciąż zapominał je odgarnąć. Był wysoki i szczupły, z tą nieco niepewną, chłopięcą postawą, która sprawiała, że wyglądał młodziej, niż był w istocie.
Przypomniała sobie dzień, gdy oprowadzała niewielką grupę przez sale muzeum. Mówiła spokojnie, bez nadmiaru dat i bez muzealnego patosu. Wolała opowiadać o ludziach ukrytych za przedmiotami — o dłoniach, które kiedyś je trzymały, o myślach towarzyszących komuś dawno zapomnianemu.
Zauważyła go od razu.
Kiedy grupa się rozproszyła, on nie odszedł. Stał jeszcze chwilę, jakby na coś czekał. W jego spojrzeniu była ciekawość — i coś jeszcze. Uważność, która ją zaskoczyła.
— Zapraszam panią na kawę — powiedział naturalnie. Jego głos miał lekko chropowate „r”.
Przez chwilę obracał w palcach bilet wstępu do muzeum, po czym dodał:
— Włodzimierz. Włodek.
Jakby chciał skrócić dystans.
Uścisnęli sobie dłonie.
— Mam na imię Ewa — odpowiedziała.
Nie brakowało turystów, którzy obdarzali ją uprzejmością albo składali grzeczne zaproszenia. Ten mężczyzna był jednak inny. Spokojny, pewny siebie.
Bez wahania przyjęła zaproszenie do niewielkiej kawiarenki niedaleko muzeum.
Zanim zdążyła usiąść, Włodek odsunął krzesło i wskazał jej miejsce. Ewa usiadła nieporadnie, niemal tracąc równowagę. Ten drobny gest uprzejmości nagle ją zmieszał.
Włodek zajął miejsce naprzeciwko i przez chwilę wpatrywał się w jej twarz, jakby próbował coś z niej odczytać. Nie speszyła się. Mogła przyjrzeć mu się z bliska — był od niej starszy, ale w jego spojrzeniu było coś życzliwego i rozumnego, co dodawało jej odwagi.
Po chwili milczenia zapytał z lekkim uśmiechem:
— Zamówimy coś?
Ewa skinęła głową. Zamówili kawę plujkę i kawałek WZ-tki.
Cisza między nimi nie trwała długo.
— Czym tak bardzo cię zainteresowałam? — zapytała cicho. — Przecież oprowadzałam zupełnie zwyczajnie.
Włodek spojrzał na nią uważnie, jakby dobierał słowa.
— Powiedziałaś coś ciekawego. Rzadko się to słyszy. Pomyślałem, że moglibyśmy mieć sobie wiele do powiedzenia.
W tej chwili zza okna wpadł chłodny podmuch wiatru i przewrócił stojak z gazetami. Kilka egzemplarzy rozsypało się po podłodze.
Ewa schyliła się po nie, a Włodek zrobił to samo.
Ich dłonie zetknęły się na moment. Włodek nie cofnął ręki od razu. Ewa zamarła.
Przez ułamek sekundy miała dziwne wrażenie, że ten gest coś zmieni — choć jeszcze nie wiedziała co.
Kawiarnia była półmroczna, pachniała kawą i wilgotnym drewnem stolików. Z głośnika przy barze sączyła się cicho piosenka „Mniej niż zero”.
Rozmowa potoczyła się naturalnie — o wszystkim, co nagle wysypywało się z dawno zamkniętych szkatułek pamięci Ewy.
— Jestem melomanem. A ty jakiej muzyki słuchasz? — zapytał Włodzimierz.
— Jestem zafascynowana francuską piosenką i poezją śpiewaną. Juliette Gréco, Charles Aznavour — dodała szybko, jakby bała się, że zapomni. — A także Bułat Okudżawa.
Włodzimierz nie ukrył zdumienia.
— Przypominasz mi moje dawne fascynacje — powiedział cicho. — Jakbym na chwilę wrócił do wczesnej młodości.
Rozmawiali o filmach, filozofii, Camusie. Tematy pojawiały się jeden po drugim. Mogliby tak rozmawiać jeszcze długo.
Na pożegnanie Włodek uścisnął jej drobną dłoń i lekko ją pocałował.
Ewa zadrżała.
— Mam wrażenie, że dotykam mgiełki. Taka jesteś drobna, Ewo — powiedział z uśmiechem. — Wypijemy jeszcze niejedną kawę. Jestem ciekaw twoich wierszy.
— To do następnego razu — odpowiedziała z nadzieją.
Długo patrzyła za oddalającym się Włodkiem w srebrnym volkswagenie Jetta.
* * *
Był czerwiec.
Ewa wracała z pracy lekka, niemal nie dotykając stopni. Serce podskakiwało jej na samą myśl o telefonie od Włodzimierza.
Kiedy była już na pierwszym piętrze, z mieszkania dobiegł dzwonek telefonu.
Zamarła na sekundę, a potem niemal pobiegła. Przed drzwiami zaczęła gorączkowo przeszukiwać torbę. Ręce jej drżały.
Kluczy nie było.
Dzwonek telefonu rozbrzmiewał w mieszkaniu uparcie, jakby z każdą sekundą głośniej.
W końcu w panice wysypała całą zawartość torby na podłogę. Monety, długopisy i drobiazgi rozsypały się po korytarzu. Kilka potoczyło się po schodach.
Nie zwróciła na to uwagi. Chwyciła tylko klucze.
Drzwi ustąpiły dopiero po chwili. Ewa wpadła do mieszkania i z zadyszką porwała słuchawkę tak gwałtownie, że wiszący na ścianie telefon niebezpiecznie się zakołysał.
— Wreszcie jesteś — odezwał się zniecierpliwiony głos mamy.
Ewa westchnęła cicho.
— Jestem.
— Przyjdź na obiad. Ugotowałam pyszną ogórkową — powiedziała Maria tonem, który nie dopuszczał sprzeciwu.
— Jadłam w pracy.
Po drugiej stronie zapadła chwila ciszy.
— Mówiłam ci, żebyś nic nie jadła! — głos matki zadrżał. — Staram się, żeby wszystko było świeże… a teraz wszystko się zmarnuje.
Ewa oparła się ramieniem o ścianę.
Dobrze chociaż, że mama gotowała u siebie — pomyślała. Nie miała dziś siły na te emocje.
Na horyzoncie widziała tylko jedno: spotkanie z Włodkiem w Krakowie. Planowali mały rajd po kawiarniach, żeby znaleźć tę najlepszą. Wyobrażała sobie zapach świeżo mielonej kawy, brzęk filiżanek i ciepło letniego popołudnia.
Czekała tylko na telefon.
W końcu zadzwonił.
— Ewuś, bądź gotowa pojutrze. Wyruszamy!
W jego głosie słychać było uśmiech.
I wtedy pojawił się nagle bardzo poważny problem.
Co na siebie włożyć?
Mały pokoik Ewy szybko zniknął pod warstwą letnich sukienek. Leżały na łóżku, na krześle, nawet na oparciu fotela.
Przez otwarte okno wpadało ciepłe powietrze, niosąc zapach zbliżającego się lata. Gdzieś w tle miarowo tykał stary zegar.
Ewa obracała się przed lustrem.
Sukienki wirowały wokół niej jak kolorowe chmury w słońcu.
Tak bardzo chciała mu się podobać.
Tylko on rozumiał jej myśli i problemy. Tylko z nim rozmowy układały się tak łatwo.
Ale czy zobaczy w niej także kobietę?
Dwa dni później czekała w umówionym miejscu, u wylotu dróg. Samochody przejeżdżały obok, wzbijając w powietrze kurz nagrzanego asfaltu.
Wtedy zobaczyła go z daleka. Srebrny Volkswagen Jetta.
Wyróżniał się wśród innych samochodów, a dla niej był natychmiast rozpoznawalny.
Gdy Włodek wysiadł i zobaczył Ewę, przeciągle zagwizdał.
— Uuu!
Po chwili wykonał znajomy gest, zapraszając ją do środka.
Przez moment Ewa poczuła się tak, jakby była jedyną kobietą na świecie.
* * *
Tego dnia oprowadzała dwie wyjątkowo trudne grupy. Kiedy żegnała ostatnich turystów, uśmiech trzymał się jej twarzy już tylko z przyzwyczajenia.
Do swojego maleńkiego mieszkania dotarła niemal na autopilocie. Lubiła je właśnie za to, że było tak blisko pracy.
Szła powoli, jakby każda klatka schodowa była o jedno piętro wyższa.
Zamknęła drzwi i stała chwilę w ciszy. Język miała suchy, a całe ciało domagało się wody.
Najchętniej od razu weszłaby do wanny.
Opadła na fotel i wstawiła stopy do miski z chłodną wodą. Chłód powoli rozlewał się po zmęczonych stopach.
Zamknęła oczy.
Telefon zadzwonił tak nagle, że drgnęła.
Podniosła się zbyt gwałtownie. Stopa ześlizgnęła się z mokrej podłogi i po chwili leżała na plecach, patrząc w biały sufit. Słuchawka telefonu kołysała się na kablu.
Przez chwilę leżała bez ruchu, próbując złapać oddech.
— Słucham… — wydyszała w końcu.
— Dlaczego tak dyszysz? — zapytał Włodek. — Co się stało?
— Nic… Poślizgnęłam się. Leżę na podłodze.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Zaraz będę. Masz szczęście — jestem w pobliżu. Dzwonię z budki telefonicznej.
Ewa westchnęła i oparła głowę o chłodną podłogę. Jakie licho go akurat teraz do mnie niesie? — pomyślała.
Kilka minut później Włodzimierz wszedł do mieszkania. Zatrzymał się w progu i przyjrzał jej uważnie.
— Masz sińce pod oczami — powiedział spokojnie. — Wyglądasz fatalnie.
Odwróciła wzrok i zaczęła poprawiać rękaw sukienki.
— Miałam ciężki dzień.
Po chwili uśmiechnął się lekko i przyciągnął ją do siebie. Oparła głowę o jego ramię. Przez moment stali w milczeniu.
— Mam ochotę na kąpiel — powiedziała półżartem. — Z olejkami.
— Brzmi cudownie.
W łazience było ciepło i parno. Woda szumiała, wypełniając wannę.
I wtedy w przedpokoju trzasnęły drzwi.
Ewa zesztywniała.
— Ewa? — rozległ się głos matki. — Kupiłam pomidory, zrobię zupę!
Ewa spojrzała na Włodzimierza. Na jego twarzy zobaczyła najpierw zdumienie, a po chwili coś znacznie chłodniejszego.
— Twoja matka ma klucze? — zapytał cicho.
— Myślałam, że wyjechała…
— Czy twoja mama tak zawsze…?
— No widzisz… z tym właśnie nie potrafię sobie poradzić.
— Musimy coś z tym zrobić. Tak być nie może — powiedział Włodzimierz i z rezygnacją zamknął się w łazience.
Z kuchni dobiegł szczęk garnków.
Ewa stanęła w progu.
— Dziecko, jak ty wyglądasz! — zawołała Maria. — Blada jak ściana. Zaraz zjesz zupę, to ci przejdzie.
Coś ścisnęło Ewę w gardle.
— Mamo… to jest moje mieszkanie.
Maria spojrzała na nią zaskoczona.
— Co?
— To już kolejny raz… — powiedziała cicho. — Jak długo jeszcze? Mam trzydzieści trzy lata.
Głos jej się załamał.
Ewa na chwilę straciła orientację i odruchowo oparła dłoń o blat stołu.
