Fragment poszerzony będzie o nowy wątek.
Ewa
porządkowała dokumenty, gdy ciszę przerwał dźwięk telefonu.
—
Proszę przyjść do mnie, pani Ewo — usłyszała spokojny głos
dyrektora.
Odłożyła papiery i, zaintrygowana niespodziewanym
wezwaniem, ruszyła korytarzem. Kiedy
weszła do gabinetu, jej uwagę od razu przyciągnął mężczyzna
siedzący w fotelu. Miał szczupłą, ascetyczną twarz, opaloną i
wysuszoną słońcem. Patrzył na nią z dyskretną ciekawością.
— Przedstawiam pani naszego gościa — powiedział dyrektor. — To fotograf i artysta. Zamierza stworzyć album poświęcony muzealnym artefaktom. Proszę wprowadzić go w zbiory i współpracować przy projekcie.
Nieznajomy
podniósł się z fotela. Uścisnął dłoń Ewy pewnie i ciepło.
—
Krzysztof — przedstawił się z lekkim uśmiechem. — Mam
nadzieję, że będzie nam się dobrze współpracowało.
Ewa i Krzysztof usiedli w pobliskiej kawiarni, by omówić szczegóły projektu. Za oknem powoli zapadał jesienny zmierzch. W środku pachniało kawą i cynamonem. Ktoś przy sąsiednim stoliku stukał łyżeczką o porcelanę, a zaparowane szyby zasnuwał wieczorny chłód.
— Dyrektor wspominał, że album ma być czymś więcej niż zwykłym katalogiem? — zaczęła Ewa, mieszając herbatę. — Chce pan pokazać historię eksponatów?
— Tak, historię… i coś jeszcze. Chciałem ocalić pamięć o ludziach, którzy ich używali.
Ewa spojrzała na niego z zaciekawieniem. Dotąd traktowała muzealne zbiory jak obiekty wymagające opisu, konserwacji i archiwizacji. Słowa Krzysztofa zabrzmiały inaczej — jak opowieść o żywych świadkach minionych czasów.
— To dość niezwykłe podejście — zauważyła.
— Być może. Właśnie dlatego przyjąłem to zlecenie.
Nie był pierwszym badaczem, który pojawił się w muzeum. Wcześniej przewijali się historycy, reporterzy i dokumentaliści. Większość traktowała archiwum jak zbiór dowodów. Krzysztof mówił o nim tak, jakby przeszłość wciąż była obecna.
Już następnego dnia rozpoczęli intensywną pracę.
Krzysztof fotografował z pewnością siebie doświadczonego artysty. Jego ruchy były precyzyjne. Niczym akrobata przemykał między kablami, ustawiając ciężkie reflektory i aparat marki Nikon zamocowany na statywie. Pracował szybko, ale bez chaosu. Ewa obserwowała jego pracę z zainteresowaniem. Podziwiała jego cierpliwość i precyzję.
Na stole leżał pierścień. Za każdym razem, gdy Krzysztof zmieniał ustawienie lampy, kamień odpowiadał innym odcieniem czerwieni, jakby sprawdzał cierpliwość fotografa. Nie fotografował seriami. Każde naciśnięcie migawki miało być ostateczne, a jednak każde niosło w sobie niepewność, której nie dało się od razu rozstrzygnąć.
Dla artysty wyzwaniem było sprawić, by pierścień na fotografii stał się czymś więcej niż tylko eksponatem. Krzysztof krzątał się między sprzętami, a na jego czole pojawiły się kropelki potu. Wciąż poprawiał ustawienia sprzętu. Przykładał światłomierz do eksponatu, zerkając w obiektyw. Gdy przesunął lampę o kilka centymetrów, kamień rozbłysnął głęboką czerwienią.
Po pół godzinie Ewa w końcu zobaczyła na jego twarzy uśmiech satysfakcji. Nadszedł długo oczekiwany moment kliknięcia migawki.
Następnego dnia Krzysztof przyszedł zmęczony z lekkim przeziębieniem i pracował wolniej. Kilkakrotnie zmieniał ustawienie reflektorów, po czym wracał do poprzedniego. Ewa coraz częściej spoglądała na zegarek. Karty księgi pozostawały w świetle dłużej, niż powinny.
Między statywem i plątaniną kabli leżała stara, bogato zdobiona księga, której złocenia odbijały światło reflektorów. Krzysztof przestawiał je z rosnącym pośpiechem. Wiedziała, że czas ucieka. Stare karty nie powinny zbyt długo leżeć w pełnym świetle. Często zmieniał ustawienia aparatu i światłomierza, ale efekt wciąż go nie zadowalał.
Zniecierpliwiona Ewa otworzyła okno. Do sali wlało się zimne popołudniowe światło. Osiadło na księdze miękkim połyskiem. Ustawiła ją pod lekkim kątem, ostrożnie rozchyliła karty i przesunęła jeden z reflektorów.
— Jeszcze nie tak — mruknęła.
Odruchowo spojrzała przez obiektyw. Efekt sam ją zaskoczył. Księga „ożyła”. Skóra oprawy nabrała głębi, złocenia przestały razić, a pożółkły papier zyskał ciepło, jakby nosił w sobie ślad ludzkich dłoni.
— Krzysztof… teraz zobacz.
Przez chwilę stał nieruchomo, potem podszedł, wycierając dłonie o sweter. Nachylił się nad aparatem. Milczał długo.
— Jak
ty to zrobiłaś? — spytał zdumiony.
Jeszcze raz sprawdził
ustawienia, jakby szukał błędu, który powinien tam być. Na
skroni napięła się żyła. Odwrócił wzrok od obrazu i wyszedł,
by ochłonąć.
— Następnym razem trzymajmy się jednak moich
wytycznych, przypadkowe przebłyski rzadko się powtarzają —
powiedział szorstko, nie patrząc jej w oczy.
— Wiem, że zależy ci na jakości zdjęć, lecz weź też pod uwagę ochronę cennych eksponatów, które nie mogą być narażone na nadmierne działanie światła — powiedziała Ewa, ściągając białe rękawiczki.
Nazajutrz wyjechali w plener. Tym razem tematem sesji fotograficznej była architektura. Gdy zapadł zmierzch, Ewa zauważyła, że Krzysztof jednak coraz częściej szuka jej spojrzenia, pytając bez słów, gdzie ustawić aparat. Bez namysłu spojrzała na zachodzące słońce.
— Krzysztof — spójrz, za chwilę promień słońca przejdzie przez tę szczelinę w murze i wydobędzie fakturę kamienia.
Fotograf natychmiast ustawił aparat we wskazanym miejscu. Gdy spojrzał w obiektyw, jego ruchy nagle stały się jeszcze ostrożniejsze. Nacisnął migawkę i przez chwilę patrzył za znikającą poświatą.
— Oby po wywołaniu w ciemni było to samo, co widzę teraz — pomyślał.
Za zgodą dyrekcji weszli do magazynu zbiorów, gdzie Krzysztof poszukiwał artefaktów, które mogłyby stać się inspiracją do kolejnych zdjęć. Pochylali się nad zabezpieczonymi gablotami.
— Krzysztof, ta filiżanka to cud rękodzieła — wyszeptała Ewa.
Uniósł brwi. Filiżanka trafiła przed obiektyw.
Ponownie zauważyła jego zmagania. Nadal był niezadowolony z ustawień. Nie mogąc ustać w miejscu, bez pytania podeszła i przestawiła filiżankę tak, że półcień wydobył z porcelany lekkość mgły.
Z niepokojem czekała na jego reakcję. Krzysztof zbliżył się powoli. Nachylił się nad aparatem i wypuścił powietrze. Przez chwilę słyszała tylko jego oddech.
Wychodząc, na moment się odwrócił. Przyjrzał się Ewie uważnie. Na tej delikatnej, niemal eterycznej sylwetce światło układało się wyjątkowo dobrze.
Gdy prace nad albumem nabrały tempa, wyjechali do Krakowa. W powietrzu czuć było nadchodzącą zimę. Krajobraz był szary i przygnębiający. Gdy jechali szosą wznoszącą się w górę, Ewa nagle krzyknęła:
— Krzysztof, zatrzymaj się!
— Szybko, rozstaw aparat! — dodała.
Krzysztof bez przekonania zjechał na pobocze i zaczął rozkładać sprzęt.
— Dobrze, że w Nikonie zmieniłem film. Przewidziałem takie okoliczności. — mruknął pod nosem.
I wtedy ciemne chmury rozsunęły się na moment, przepuszczając ostre promienie słońca, które rozświetliły krajobraz, a mokra szosa zabłysła jak lustro.
W Krakowie zatrzymali się w Jamie Michalika. Urok wnętrza spowodował, że wchodzili prawie na palcach. Światło sączyło się przez barwne secesyjne witraże, rzucając barwne refleksy na ciężkie, pluszowe meble i rzeźbione fotele. Usiedli pod lustrem oprawionym w ciężkie, ciemne drewno. Słychać było tylko szmer rozmów gości, wnikający w pluszowe obicia kanap. Nie wiadomo dlaczego, Ewa i Krzysztof rozmawiali szeptem.
Zamówili tylko kawę i ciastko. Nie mogli nasycić się klimatem wnętrza. Nic więc dziwnego, że Krzysztof za sprawą swojego Nikona spróbował zatrzymać go na fotografiach.
Kiedy omiatał spojrzeniem detale, dostrzegł, jak blask z witraża w sposób niezwykły zatrzymuje się na twarzy Ewy. Szybko chwycił aparat i długo się nie namyślając, nacisnął migawkę. Po raz pierwszy pomyślał, że fotografuje nie tylko wnętrze kawiarni. Jakby od początku należała do tej kompozycji. Po raz pierwszy przemknęło mu przez głowę, że jej sylwetka mogłaby unieść projekt, który od miesięcy nosił w sobie.
Po sesji zamknęli się w ciemni. Jedynym światłem była czerwona żarówka.
W kuwecie z ostrym zapachem odczynników powoli pojawiał się obraz. Najpierw cień oprawy. Potem złocenia. Wreszcie miękki blask na krawędzi księgi.
Ewa patrzyła w milczeniu.
Krzysztof stał obok, z rękami w kieszeniach fartucha.
— Coś nie tak? — spytała cicho.
— Właśnie pierwszy raz jest dobrze.
Do ciemni zajrzał laborant.
— Kto ustawił światło?
Krzysztof wskazał Ewę.
— Ma pani oko.
— Ja? — zdziwiła się. — To zasługa przyrody.
Ewa uśmiechnęła się lekko.
— Ty naciskałeś migawkę.
— To nie aparat robi zdjęcia.
W pewnym momencie Ewa poczuła na sobie wzrok Krzysztofa, który ją zaniepokoił.
— Zrobiłem ci kilka zdjęć w Jamie Michalika i dostrzegłem, że nie trzeba było cię „ustawiać”. W pewnym momencie zauważyłem, że patrzę już nie na wnętrze, tylko na ciebie w tym wnętrzu — wyjaśnił.
Nie wiedziała, czy jest to komplement, czy tylko opinia fachowca.
Następnym etapem współpracy była selekcja wywołanych i wysuszonych zdjęć. Choć nie należało to do jej obowiązków, na wyraźną prośbę Krzysztofa została.
Wybierali jak Kopciuszek, ze stosu leżących na ziemi dziesiątek zdjęć, te najlepsze. Stąpali ostrożnie. Zdjęcia przypominały historię ludzi, którzy kiedyś żyli. Krzysztof zatrzymał się nad jednym, tym z mokrej szosy i spojrzał na Ewę inaczej niż dotąd.
— Wiesz, że większość najlepszych ujęć powstała po twoich poprawkach?
Ewa wzruszyła ramionami.
— Po prostu miałeś szczęście.
Przygoda Ewy z fotografikiem dobiegła końca. Zaprosił ją do najlepszego lokalu w okolicy. Choć dla niej ten moment był ważny, nie wystroiła się zbytnio. Ewa siedziała naprzeciw niego, obracając w palcach filiżankę. Krzysztof przez chwilę milczał. Szukał właściwego początku rozmowy.
— Pamiętasz, jak mówiłem, że to, co robimy, nie kończy się na dokumentacji? — zaczął w końcu.
Ewa spojrzała na niego uważnie, ale nie odpowiedziała.
— W środowisku krąży taki pomysł… wystawa. Cykl zdjęć. Kobieta w centrum kadru. — zawahał się. — Roboczo nazywają to „Venus”.
Na moment zamilkł. W kawiarni ktoś przesunął krzesło, porcelana cicho stuknęła o blat.
— To nie jest temat prosty — mówił ciszej. — Wiesz, jak na to patrzą w komisjach, w instytucjach. Od razu robi się nerwowo.
Ewa uniosła wzrok.
— I co mnie to obchodzi? — zapytała spokojnie.
Krzysztof uśmiechnął się niepewnie.
— Właśnie o to chodzi, że mnie obchodzi. Bo szukam kogoś, kto nie będzie tylko… ustawiany. Kogoś, kto rozumie, co się dzieje z obrazem, kiedy zmienia się światło.
Zawahał się na moment.
— Przy większości ludzi aparat trzeba prowadzić. Przy tobie nie muszę.
Ewa odłożyła filiżankę.
— Rozpoznaje?
— Tak — skinął głową. — Bo to, co robiłaś przy zdjęciach… to nie była przypadkowa pomoc. Ty widzisz kadr zanim on powstanie.
Oboje zamilkli.
— I dlatego… — dodał po chwili, już ciszej — pomyślałem, że mogłabyś stanąć przed aparatem. W tym projekcie.
Ewa nie odpowiedziała od razu.
— Przed aparatem — powtórzyła w końcu. — W „Venus”.
— Tak.
— I to się tak nazywa oficjalnie?
Krzysztof wzruszył ramionami.
— Oficjalnie różnie to będzie nazwane. „Studium”, „cykl”… wiesz, jak to bywa. „Venus” to raczej robocza nazwa.
Ewa odchyliła się na krześle.
— A ja mam tam być kim?
Krzysztof spojrzał na nią dłużej.
— Kimś, kogo nie muszę wymyślać.
Zamilkł.
— I dlatego pytam ciebie, a nie kogoś innego.
Ewa nie całkiem rozumiejąc o co chodzi z jej rolą w tym projekcie, dopytała:
— Jeśli mam stanąć przed obiektywem aparatu, to w jakim charakterze?
Potarł nerwowo dłonią podbródek i odpowiedział niepewnie, jąkając się.
— Mają to być akty kobiece, a ty, ty... moją modelką.
Po tej informacji Ewa z niedowierzaniem spojrzała na Krzysztofa. Przez chwilę siedziała nieruchomo Głosy w lokalu się wyostrzyły. Sięgając po filiżankę, zahaczyła o nią dłonią. Kawa rozlała się po obrusie i spłynęła na spódnicę. Gwałtownie wstała, by w łazience szybko opłukać ze spódnicy brązowe plamy. W głowie kotłowały się myśli, nawet te od Leca „Purytanie powinni nosić dwa listki figowe na oczach”. Ciekawość była ogromna, lecz zwątpienie przyszło nagle, gdy zobaczyła swoje odbicie. Zobaczyła w lustrze drobną, bardziej dziewczęcą niż kobiecą sylwetkę i poczuła dyskomfort. Odwróciła oczy.
— Jak na tę chwilę jestem oszołomiona twoją propozycją. Muszę ją przemyśleć — odpowiedziała po powrocie z łazienki.
Krzysztof nie odrywał od niej wzroku tak, jak patrzy się na kadr.
— I? — zapytał cicho.
Ewa nie usiadła od razu. Oparła dłoń o oparcie krzesła.
— To, co powiedziałeś… o „Venus” — zaczęła spokojnie. — To nie jest dla mnie tylko projekt. Krzysztof lekko skinął głową, nie chcąc jej przerywać nawet spojrzeniem.
— Wiem.
— Nie, nie wiesz — poprawiła go stanowczo. — Bo ty myślisz w kadrze. A ja przez chwilę zobaczyłam siebie poza nim.
Ewa odsunęła krzesło i usiadła.
— Zgadzam się — dodała po chwili — ale tylko na warunkach, które sama rozumiem i w każdej chwili będę miała możliwość powiedzieć: stop.
Poprawiła się na krześle ze świadomością, że nie jest naiwną marzycielką. Niewdzięczną córką. Osobą, którą trzeba pilnować. Tym razem nikt nie miał prawa decydować za nią. Ani ciocia Emma. Ani matka. Ani nawet Krzysztof. Jeśli stanie przed aparatem, zrobi to dlatego, że sama tego chce. Zrozumiała, że nie boi się samego zdjęcia, tylko tego, że ktoś inny zdecyduje, co na nim znaczy.
Zima tego roku nie chciała ustąpić miejsca wiośnie. Ewa słuchała wieczorem swej ulubionej audycji radiowej, gdy rozległ się dzwonek telefonu.
— Cześć — rozpoznała niepewny głos Krzysztofa.
— Dawno nie dzwoniłeś. Czyżby projekt „Venus” nie dojdzie do skutku?
Ewa wykazała się zupełnym brakiem wiedzy na ten temat.
— Nie. Nabrała takiego rozpędu, że jest szansa na kolejną edycję. Dzwonię właśnie w tej sprawie — powiedział niezdecydowanym głosem.
Zgasiła radio i bliżej usiadła telefonu.
— Czy twoja decyzja uczestniczenia w tym projekcie jest nadal aktualna?
Ewa przypomniała sobie aforyzm Leca „Purytanie powinni nosić dwa listki figowe na oczach” oraz wszystkie swoje wątpliwości. Po czym zdecydowanym głosem zapytała.
— Kiedy zaczynamy sesje zdjęciowe?
Na drugim końcu kabla telefonicznego zapadła długa cisza.
— Powiem szczerze, że jestem zaskoczony. Wciąż byłem ciebie niepewny.
Początek wiosny sprzyjał pozytywnemu nastrojowi Ewy i już z odwagą, podszytą jednak wstydem, zjawiła się w studiu fotograficznym Krzysztofa. Pomieszczenie przypominało raczej mieszkanie, wyposażone we wszelkie wygody. Ogrom nagromadzonego sprzętu i kabli od razu wskazywał, gdzie znajdowało się główne miejsce pracy. Kiedy zgadzała się na udział w projekcie, wszystko wydawało się odległe i niemal abstrakcyjne. Dopiero tutaj, pośród statywów, lamp i zwiniętych teł fotograficznych, poczuła, że decyzja nabiera realnych kształtów. Było już późno. Ewie zamykały się oczy, a Krzysztof biegał wokoło niej zachwycony. Pytał o podróż i co jej przygotować na kolację. Z noclegiem nie było problemu. W pracowni była już dla niej przygotowana i rozłożona do spania, wygodna leżanka. W tym pierwszym wieczorze i nocy, ku swojemu zaskoczeniu miała pozostać sama. Krzysztof powrócił do swojego mieszkania, do rodziny.
Ewa czuła swoje ciało jakby ważyło tonę. Po kąpieli owinięta się kołdrą i natychmiast zasnęła. Nie myślała, że już następnego dnia stanie przed obiektywem aparatu.
— Pobudka! — usłyszała przez sen wesoły głos Krzysztofa.
Gdy się rozbudziła i usiadła, zobaczyła przed sobą tacę ze śniadaniem.
— Co za pyszności! I różyczka w wazoniku? — krzyknęła.
Nie mogła się oprzeć łakociom. Schrupała grzanki, ze smakiem pochłonęła świeże rogale i wypiła pyszną kawę. Krzysztof nic nie mówiąc, siedział naprzeciwko i się jej przyglądał.
— Już mnie ustawiasz ze światłomierzem? — zażartowała.
— Prawie — odpalił.
