![]() |
| Fot. Włodzimierz |
ROZDZIAŁ III
Wyróżniał się — nie tylko urodą. Jasne, lekko kręcone włosy opadały mu na czoło, jakby zapominał je odgarniać. Było w nim coś młodzieńczego, a jednocześnie skupionego. Stał spokojnie, jakby nie do końca należał do reszty grupy.
Mówiła jak zawsze — spokojnie, bez zbędnych dat i muzealnego patosu. Wolała opowiadać o ludziach ukrytych za przedmiotami. O dłoniach, które kiedyś je trzymały. O myślach, które im towarzyszyły. O tym, co zostaje, kiedy człowiek znika.
Kiedy grupa się rozproszyła, nie odszedł. Stał jeszcze chwilę, jakby na coś czekał — albo na coś się decydował.
Podszedł.
Zawahała się przez ułamek sekundy — i skinęła głową.
W kawiarni panował półmrok. Pachniało kawą i wilgotnym drewnem stolików. Powietrze było ciężkie, trochę senne.
Zanim usiadła, odsunął jej krzesło. Usiadła niezgrabnie, lekko zmieszana tym drobnym gestem.
Kawa była gorzka. Fusy powoli osiadały na dnie.
— Prawdziwa — powiedział. — Niczego nie udaje.
Spojrzała na niego uważniej.
— W-Z.
Na moment zamilkł.
Jego spojrzenie przesunęło się ponad jej ramieniem — nagle, jakby coś dostrzegł.
Ewa odruchowo się odwróciła. Nikogo nie było.
Kiedy znów na niego spojrzała, uśmiechał się lekko. Miał wyraz twarzy trudny do odgadnięcia.
Z głośnika, trochę za głośno, popłynęło „Mniej niż zero”.
Zamilkli na chwilę.
— Co cię tak zainteresowało? — zapytała ciszej.
Włodek spojrzał na nią uważnie, jakby dobierał słowa.
— Ludzie rzadko są prawdziwi przy pierwszym spotkaniu…
Urwał.
— Ty jesteś.
Nie odpowiedziała od razu.
Rumieniec pojawił się na jej twarzy — nie wiedziała, czy to ulga, czy niepokój.
— Pomyślałem, że… moglibyśmy mieć sobie coś do powiedzenia — dodał.
Zza okna wpadł chłodny podmuch wiatru i przewrócił stojak z gazetami. Schylili się jednocześnie. Ich dłonie zetknęły się na moment.
Włodek nie cofnął ręki od razu — jakby czekał, czy ona zrobi to pierwsza. Ewa znieruchomiała.
Ciepło jego skóry było wyraźne.
W kawiarni zrobiło się gwarno, lecz oni słyszeli tylko siebie.
Rozmowa potoczyła się dalej — spokojnie, jakby znali się od dawna.
Zawahała się.
— Francuska piosenka… poezja śpiewana. Juliette Gréco. Aznavour. Okudżawa.
— Lubię poezję… — dodała ciszej. — Czasem coś zapisuję.
— Pokażesz mi kiedyś?
I wtedy coś w niej puściło.
Cicho.
Jakby pękła cienka nić, której istnienia nawet nie była świadoma. Ze szczelnie zamkniętych szkatułek pamięci zaczęły wysypywać się słowa — nieuporządkowane, nagłe, długo w niej zatrzymywane.
Był pierwszym, któremu powiedziała tak wiele.
Na pożegnanie ujął jej dłoń.
— Jesteś… delikatna, Ewo — powiedział ciszej, jakby to słowo mogło się rozpaść, gdyby wypowiedział je głośniej.
Zadrżała.
— Wypijemy jeszcze niejedną kawę. Jestem ciekawy twojej poezji.
— Tak… do następnego razu.
Patrzył na nią chwilę dłużej, jakby próbował zapamiętać coś więcej niż twarz. Albo upewnić się, że naprawdę tam jest.
Odprowadziła go wzrokiem. Srebrny Volkswagen zniknął za zakrętem.
Stała jeszcze chwilę, nieruchomo.
ROZDZIAŁ IV
Tego dnia oprowadzała dwie wyjątkowo trudne grupy. Kiedy żegnała ostatnich turystów, na jej twarzy został już tylko uśmiech służbowy.
Do swojego maleńkiego mieszkania dotarła niemal bezwiednie. Lubiła je za to, że było blisko pracy — że można było wrócić, zanim zmęczenie zdążyło się w niej na dobre rozgościć.
Szła powoli, jakby każda klatka schodowa była o jedno piętro wyższa.
Zamknęła drzwi i przez chwilę stała w ciszy. Język miała suchy. Ciało domagało się wody. Najchętniej od razu weszłaby do wanny i zniknęła na chwilę pod powierzchnią.
Opadła na fotel. Wsunęła stopy do miski z chłodną wodą. Chłód rozlewał się powoli, centymetr po centymetrze, przynosząc ulgę.
Drgnęła i poderwała się gwałtownie. Stopa ześlizgnęła się z mokrej podłogi. Ułamek sekundy — potem już tylko twarde uderzenie.
Leżała na plecach, patrząc w sufit. Słuchawka kołysała się na kablu, stukając lekko o ścianę.
Przez chwilę nie mogła złapać oddechu.
— Słucham… — wydyszała w końcu.
— Dlaczego tak dyszysz? — zapytał Włodek. — Co się stało?
— Nic… Poślizgnęłam się. Leżę na podłodze.
— Dzwonię z pobliskiej budki telefonicznej. Zaraz będę.
Nie zdążyła zaprotestować.
Odłożyła słuchawkę i oparła głowę o chłodną podłogę.
Jakie licho go teraz do mnie niesie…
Przyszedł szybciej, niż się spodziewała. Wszedł bez wahania, jakby wiedział, że drzwi będą otwarte. Zatrzymał się w progu i przyjrzał jej się uważnie.
— Wyglądasz… źle.
Odwróciła wzrok i zaczęła poprawiać rękaw sukienki.
— Miałam ciężki dzień.
Podszedł bliżej. Uśmiechnął się lekko — jakby chciał rozładować napięcie. Przyciągnął ją do siebie. Oparła głowę o jego ramię. Przez chwilę stali objęci w milczeniu.
Ciepło jego ciała było uspokajające.
— Mam ochotę na kąpiel — powiedziała półżartem. — Z olejkami.
— Brzmi dobrze.
W łazience było ciepło i parno. Woda szumiała jednostajnie, a powietrze gęstniało od pary.
Na chwilę wszystko zwolniło.
I wtedy —
w przedpokoju trzasnęły drzwi.
Ewa zesztywniała.
— Ewa? — rozległ się głos. — Kupiłam pomidory, zrobię zupę!
Spojrzała na Włodzimierza.
Na jego twarzy pojawiło się zdumienie. A potem coś znacznie chłodniejszego. Jakby w jednej chwili cofnął się o krok — choć wciąż stał w tym samym miejscu.
— Twoja matka ma klucze? — zapytał cicho.
— Myślałam, że wyjechała…
— Czy ona tak zawsze…?
Zawahała się.
— No… widzisz.
Zasłoniła twarz rękami.
Poczuła znajome napięcie — to, które zawsze pojawiało się chwilę przed tym, jak przestawała być sobą.
— Ale ty nawet nie próbujesz — powiedział.
Nie było w tym złości. Było coś gorszego. Ocena.
— Kiedy się jej sprzeciwiam, wpada w histerię. Zawsze wychodzę na tę złą…
— To nie jest normalne…
— Wiem.
Ale to „wiem” nie zabrzmiało wiarygodnie.
— Ewa…
Zawahał się, jakby układał coś w myślach.
— Jest takie miejsce… gdzie ludzie dochodzą do siebie.
Spojrzał na nią uważnie.
— Mogłabyś tam odpocząć.
W pośpiechu wsunęła mu do rąk kartkę.
— Przeczytaj — powiedziała ciszej.
Włodzimierz spojrzał na nią przez moment, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć. Potem odwrócił się i zamknął w łazience. Jakby potrzebował chwili tylko dla siebie. Albo bez niej.
Rozłożył kartkę. Czytał powoli.
Zadrżał. Jakby coś w tych słowach nie było tylko słowami.
Z kuchni dobiegł głośny szczęk garnków.
Ewa stanęła w progu.
— Dziecko, jak ty wyglądasz! — zawołała Maria. — Blada jak ściana. Zaraz zjesz zupę, to ci przejdzie.
Zapach pomidorów był duszący.
Coś ścisnęło Ewę w gardle. Poczuła mdłości.
— Mamo…
Zawahała się.
Ale tym razem nie spuściła wzroku.
— To jest moje mieszkanie.
Maria spojrzała na nią, jakby nie dosłyszała.
— Co?
— To już kolejny raz… Jak długo jeszcze?
Maria odłożyła łyżkę.
— O czym ty mówisz?
— O tym, że wchodzisz tu, kiedy chcesz. Jakby to wciąż było twoje.
Jej głos był cichy. Ale stabilny.
— Wciąż nie zauważasz, że mam już trzydzieści lat.
Na ułamek sekundy coś przemknęło przez twarz Marii. Zaskoczenie. A może coś więcej.
Potem zniknęło.
— Przesadzasz.
To jedno słowo wystarczyło.
Ewa poczuła, jak grunt pod nią się rozsuwa.
Jak zawsze.
Dźwięki zaczęły się oddalać. Światło przygasło. Jakby ktoś powoli wyciszał rzeczywistość.
Kuchnia zawirowała.
ROZDZIAŁ V
Jechali krętymi drogami — coraz węższymi, coraz bardziej zapomnianymi. Las gęstniał z każdym kilometrem. Światło dnia przygasało powoli, jakby ktoś poza ich zasięgiem przykręcał jego źródło.
— Zobaczysz — mruknął. — To miejsce jest… inne.
— Jak ty? — spróbowała zażartować.
— Jeszcze bardziej.
Coś w jego tonie sprawiło, że żart zawisł w powietrzu, niedokończony.
— Ewuś, pasujesz do tego zamku — powiedział, poprawiając kosmyk jej włosów.
— Dlaczego?
Spojrzał przed siebie.
— Sam nie wiem.
Ale brzmiał, jakby wiedział.
Gdy skręcili w wąską aleję, drzewa zamknęły się nad nimi jak sklepienie. Opony zaszeleściły na żwirze. Potem zapadła cisza.
I wtedy go zobaczyli.
Zamek nie tyle wyłonił się spomiędzy drzew, co odsłonił — jakby był tam od zawsze, tylko wcześniej nie chciał być widziany.
Strzeliste wieże i wieżyczki wbijały się w niebo, lecz ich krawędzie lekko drgały, rozmywały się, jakby nie do końca należały do tego świata.
Mury porastały pnącza — gęste, ciężkie, niemal nienaturalnie żywe. Pod cienką warstwą liści coś pulsowało.
— To niemożliwe… — wyszeptała Ewa. — Jak z bajki.
— Bajki też mają swoje drugie dno — dopowiedział Włodek.
Nie była pewna, czy mówił do niej.
Wysiedli z samochodu.
Powietrze było ciężkie. Pachniało azaliami, wilgocią i czymś słodkim — aż mdlącym.
Ewa odruchowo wzięła płytszy oddech.
— Czujesz to?
— Tak tu jest o tej porze roku — odparł.
Ruszyli w stronę wejścia. Kamienna ścieżka uginała się lekko, jakby ziemia pod nią nie była całkiem twarda.
Im bliżej podchodzili, tym silniejsze było wrażenie, że zamek… patrzy.
Ewa zatrzymała się nagle.
— Włodek…
— Co?
— Mam wrażenie, że już tu byłam.
Spojrzał na nią uważnie. Z niepokojącą intensywnością. Jakby na coś czekał.
— Możliwe — powiedział po chwili. — Niektórzy tak mają. Zwłaszcza za pierwszym razem.
Nie zapytała, co to znaczy. Bała się odpowiedzi.
Ogród był przytłaczający.
Azalie tworzyły plamy koloru tak nasycone, że aż bolały oczy. Alejki wiły się między krzewami i srebrzystymi strumykami, które pojawiały się i znikały, jakby nie podlegały żadnemu porządkowi.
Mały, łukowaty most.
Za każdym razem wyglądał odrobinę inaczej.
— Byliśmy tu już… — zaczęła.
— Może tylko ci się wydaje — przerwał łagodnie.
Znaleźli się na wyspie. Usiedli na mostku.
Woda była idealnie gładka. Nienaturalnie spokojna. Odbijała ogród — ale jaśniej. Chłodniej. Jakby należał do innej pory dnia.
Albo innego świata.
Ewa nachyliła się.
Na ułamek sekundy zobaczyła w tafli nie siebie.
Zatrzymała oddech.
Drgnęła i cofnęła się.
— Coś się stało? — zapytał Włodek.
— Nie… nic.
Ale jej głos zadrżał. Serce biło szybciej.
Włodek objął ją ramieniem.
— Tu wszystko wygląda inaczej…
Patrzyła na wodę. Teraz widziała już tylko swoją twarz.
Ale wiedziała, że to, co zobaczyła wcześniej, nie było złudzeniem.
Oparła głowę na jego ramieniu. Ciepło jego ciała było realne — jedyna rzecz, której mogła się uchwycić.
Reszta zaczynała się rozmywać.
Krawędzie świata miękły. Kolory traciły ostrość. Zapach ogrodu gęstniał i oplatał ją powoli, jak żywa mgła.
Nie była pewna.
Powieki same jej opadały.
— Ewuś… jesteś tutaj?
Głos przeciął przestrzeń. Nie wiedziała, skąd dochodzi. Z zewnątrz — czy z niej samej.
Otworzyła oczy szerzej. Świat wyostrzył się nagle.
Gwałtownie. Jak po szarpnięciu.
Ale coś zostało.

