ROZDZIAŁ III
Wezwana do grupy szła z niejasnym przeczuciem, że coś się wydarzy.
Z daleka dostrzegła mężczyznę o nietypowej urodzie. Jasne, lekko kręcone włosy opadały mu na czoło, jakby zapominał je odgarniać. Było w nim coś chłopięcego, co odejmowało mu lat.
Był w niewielkiej grupie, którą tego dnia oprowadzała. Jego obecność wywołała w niej coś na kształt déjà vu.
Mówiła spokojnie, bez nadmiaru dat i muzealnego patosu. Wolała opowiadać o ludziach ukrytych za przedmiotami — o dłoniach, które kiedyś je trzymały, o myślach, które im towarzyszyły.
Kiedy grupa się rozproszyła, nie odszedł. Stał jeszcze chwilę, jakby na coś czekał. W jego spojrzeniu była ciekawość. I coś więcej — uważność, która ją zatrzymała.
— Zapraszam
panią na kawę — powiedział, obracając w palcach bilet
wstępu.
—Włodzimierz. Włodek.
— Ewa.
Nie brakowało turystów, którzy składali jej podobne propozycje. Ten był inny. Spokojniejszy. Uważny.
Zawahała się — i skinęła głową.
W kawiarni panował półmrok. Pachniało kawą i wilgotnym drewnem stolików.
Zanim usiadła, odsunął krzesło. Zrobiła to nieco niezgrabnie, niemal tracąc równowagę. Ten drobny gest ją zmieszał.
— Zamówimy coś?
Skinęła głową.
Kawa była gorzka, z fusami osiadającymi na dnie.
— Prawdziwa
— powiedział. — Nie udaje niczego.
—W-Z.
—Poważnie?
—
Nie ryzykuję przy pierwszym spotkaniu.
Z głośnika, trochę za głośno, popłynęło „Mniej niż zero”.
—Znasz?
—Wszyscy
znają.
— Ale nie wszyscy naprawdę słuchają.
— Co cię tak zainteresowało? — zapytała ciszej.
Włodek spojrzał na nią uważnie.
— Ludzie rzadko są prawdziwi przy pierwszym spotkaniu. Ty jesteś. To się nie zdarza.
Przez chwilę milczał.
— Pomyślałem, że… moglibyśmy mieć sobie coś do powiedzenia.
Rumieniec pojawił się na jej twarzy — nie wiedziała, czy to ulga, czy niepokój.
Zza okna wpadł chłodny podmuch wiatru i przewrócił stojak z gazetami. Schylili się jednocześnie. Ich dłonie zetknęły się na moment. Włodek nie cofnął ręki od razu.
Ewa zamarła.
Poczuła ciepło jego skóry — wyraźne, jakby nieprzypadkowe.
W kawiarni zrobiło się gwarno, lecz oni słyszeli tylko siebie.
Rozmowa potoczyła się dalej, spokojnie, jakby znali się od dawna.
—A
ty? Jakiej muzyki słuchasz?
—Różnej.
— Jakiej „różnej”?
Zawahała się.
— Francuska piosenka… poezja śpiewana. Juliette Gréco. Aznavour. Okudżawa.
Włodek uśmiechnął się lekko.
— Ja też.
— Lubię poezję… Czasem coś zapisuję.
— Pokażesz mi kiedyś?
Zawahała
się.
— Może.
I wtedy coś się w niej otworzyło.
Z zamkniętych szkatułek pamięci wysypały się słowa, których nigdy wcześniej nikomu nie powiedziała. On był pierwszym.
Na pożegnanie ujął jej dłoń.
— Jesteś… delikatna, Ewo.
Zadrżała.
— Wypijemy jeszcze niejedną kawę. Jestem ciekawy twojej poezji — dodał.
— Tak… do następnego razu.
Popatrzył na nią uważnie, jakby chciał zapamiętać coś więcej niż twarz.
Długo patrzyła za odjeżdżającym Włodkiem w srebrnym Volkswagenie.
Miała wrażenie, że już kiedyś, gdzieś z nim rozmawiała. Déjà vu?
ROZDZIAŁ IV
Tego dnia oprowadzała dwie wyjątkowo trudne grupy. Kiedy żegnała ostatnich turystów, uśmiech trzymał się jej twarzy już tylko z przyzwyczajenia. Do swojego maleńkiego mieszkania dotarła niemal na autopilocie. Lubiła je za to, że było blisko pracy.
Szła powoli, jakby każda klatka schodowa była o jedno piętro wyższa. Zamknęła drzwi i przez chwilę stała w ciszy. Język miała suchy, a całe ciało domagało się wody. Najchętniej od razu weszłaby do wanny. Opadła na fotel i wstawiła stopy do miski z chłodną wodą.
Chłód powoli rozlewał się po zmęczonych stopach. Zamknęła oczy. Telefon zadzwonił tak nagle, że drgnęła. Podniosła się zbyt gwałtownie. Stopa ześlizgnęła się z mokrej podłogi. Po chwili leżała na plecach, patrząc w sufit. Słuchawka kołysała się na kablu. Przez moment leżała bez ruchu, próbując złapać oddech.
— Słucham… — wydyszała.
— Dlaczego tak dyszysz? — zapytał Włodek. — Co się stało?
— Nic… Poślizgnęłam się. Leżę na podłodze.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Zaraz będę. Mam szczęście — dzwonię z pobliskiej budki telefonicznej.
Ewa westchnęła i oparła głowę o chłodną podłogę.
Jakie licho go teraz do mnie niesie…
Kilka minut później Włodzimierz wszedł do mieszkania. Zatrzymał się w progu i przyjrzał jej uważnie.
— Wyglądasz… źle.
Odwróciła wzrok i zaczęła poprawiać rękaw sukienki.
— Miałam ciężki dzień.
Uśmiechnął się lekko i przyciągnął ją do siebie. Oparła głowę o jego ramię. Przez moment stali w milczeniu.
— Mam ochotę na kąpiel — powiedziała półżartem. — Z olejkami.
— Brzmi dobrze.
W łazience było ciepło i parno. Woda szumiała, a powietrze gęstniało od pary.
I wtedy —
w przedpokoju trzasnęły drzwi.
Ewa zesztywniała.
— Ewa? — rozległ się głos matki. — Kupiłam pomidory, zrobię zupę!
Ewa spojrzała na Włodzimierza.
Na jego twarzy pojawiło się zdumienie. A potem coś znacznie chłodniejszego.
— Twoja matka ma klucze? — zapytał cicho.
— Myślałam, że wyjechała…
— Czy ona tak zawsze…?
— No… widzisz.
Zasłoniła twarz rękami.
— Ale ty nawet nie próbujesz — powiedział.
— Kiedy się jej sprzeciwiam, wpada w histerię. Zawsze wychodzę na tę złą…
— To nie jest normalne…
— Ewa…
Zawahał się.
— Jest takie miejsce… może… mogłabyś tam odpocząć.
Odwrócił się i zamknął w łazience.
Z kuchni dobiegł szczęk garnków.
Ewa stanęła w progu.
— Dziecko, jak ty wyglądasz! — zawołała Maria. — Blada jak ściana. Zaraz zjesz zupę, to ci przejdzie.
Coś ścisnęło Ewę w gardle. Poczuła mdłości.
— Mamo…
to jest moje mieszkanie.
Maria spojrzała na nią zaskoczona.
— Co?
— To już kolejny raz… Jak długo jeszcze?
Mam trzydzieści trzy lata.
Ewa na chwilę straciła orientację i odruchowo oparła dłoń o blat stołu.
Kuchnia zawirowała.
ROZDZIAŁ V
Jechali krętymi drogami — coraz węższymi, coraz bardziej zapomnianymi. Las gęstniał z każdym kilometrem, a światło dnia przygasało, jakby ktoś powoli przykręcał jego źródło.
Ewa spoglądała na Włodka pytająco, ale on tylko uśmiechał się lekko, z tą samą tajemnicą w oczach.
— Zobaczysz — mruknął. — To miejsce jest… inne.
— Jak ty? — spróbowała zażartować.
— Jeszcze bardziej.
Nie odpowiedziała. Coś w jego tonie sprawiło, że żart nie wybrzmiał do końca.
— Ewuś, pasujesz do tego zamku — powiedział, poprawiając jej kosmyk włosów.
— Dlaczego? — zdziwiła się.
— Sam nie wiem.
Gdy skręcili w wąską aleję, drzewa zamknęły się nad nimi jak sklepienie. Opony zaszeleściły na żwirze.
Potem zapadła cisza.
I wtedy go zobaczyli.
Zamek wyłonił się spomiędzy drzew bez zapowiedzi. Strzeliste wieże i wieżyczki wbijały się w niebo, lecz ich krawędzie rozmywały się w oczach, jakby nie do końca należały do tego świata.
Mury porastały pnącza — zbyt gęste, zbyt żywe. Pulsowały pod cienką warstwą liści.
Złote światło słońca osiadało na kamieniach, ale nie rozpraszało mroku — tylko go podkreślało.
— To niemożliwe… — wyszeptała Ewa. — Jak z bajki.
— Bajki też mają swoje drugie tło — odpowiedział Włodek.
Nie była pewna, czy mówił do niej.
Wysiedli z samochodu.
Powietrze pachniało intensywnie — azaliami, wilgocią, czymś słodkim, aż mdlącym. Ewa odruchowo wzięła płytszy oddech.
— Czujesz to? — zapytała.
— Tak tu jest zawsze o tej porze roku — odparł.
Ruszyli w stronę wejścia. Kamienna ścieżka była miękka pod stopami, jakby ziemia pod nią nie była do końca twarda. Gdzieś w oddali szemrała woda, ale nie było widać strumienia.
Im bliżej podchodzili, tym bardziej Ewa miała wrażenie, że zamek… patrzy.
Zatrzymała się nagle.
— Włodek…
— Co?
— Mam wrażenie, że już tu byłam.
Spojrzał na nią uważnie. Zbyt uważnie.
— Możliwe — powiedział po chwili. — Niektórzy tak mają.
Nie zapytała, co to znaczy.
Weszli do ogrodu. Azalie tworzyły plamy koloru — zbyt intensywne, żeby były prawdziwe. Alejki wiły się wśród krzewów i srebrzystych strumyków, które pojawiały się i znikały. Ewa była pewna, że idą prosto. A jednak co chwilę wracali do tego samego mostku. Mały, łukowaty most prowadził na wyspę.
Usiedli.
Woda była idealnie gładka. Zbyt gładka.
Odbijała ogród — ale jakby jaśniej. Chłodniej.
Ewa nachyliła się.
Na ułamek sekundy zobaczyła w tafli nie siebie.
Salę.
Białe światło.
Kamienne ściany.
Drgnęła.
— Coś się stało? — zapytał Włodek.
— Nie… nic.
Serce biło jej szybciej.
Włodek objął ją ramieniem.
— Tu wszystko wygląda inaczej…
Zawahał się.
— Czasem… więcej niż powinno.
Patrzyła na wodę.
Tym razem widziała już tylko swoją twarz.
Ale wiedziała, że to nie było złudzenie.
Oparła głowę na jego ramieniu. Ciepło jego ciała było realne. Jedyna rzecz, której mogła się uchwycić. Obraz wokół zaczynał się rozmywać na krawędziach. Zapach azalii gęstniał. Zbyt intensywny, żeby był naturalny.
Powieki same jej opadały. Jeszcze próbowała się skupić — na wodzie, na dłoni Włodka, na własnym oddechu. Na czymś pewnym.
— Ewuś… jesteś tutaj?
Głos
przeciął przestrzeń. Nie wiedziała, skąd dochodzi.
Otworzyła
oczy szerzej.
Świat wyostrzył się nagle — jakby ktoś
przywrócił ostrość obrazu, tylko pozostało echo, którego nie
zrozumiała...

