![]() |
| Fot. Włodzimierz |
ROZDZIAŁ IV
Wezwana do grupy, szła lekko, z niejasnym przeczuciem, że coś się zaraz wydarzy. Zobaczyła go, zanim podeszła bliżej.
Wyróżniał się — nie tylko urodą. Jasne, lekko kręcone włosy opadały mu na czoło, jakby zapominał je odgarniać. Było w nim coś młodzieńczego, ale i skupionego. Stał spokojnie, jakby nie do końca należał do reszty grupy.
Poczuła znajome ukłucie. Niepokój. A może rozpoznanie. Déjà vu.
Mówiła jak zawsze — spokojnie, bez zbędnych dat i muzealnego patosu. Wolała opowiadać o ludziach ukrytych za przedmiotami. O dłoniach, które kiedyś je trzymały. O myślach, które im towarzyszyły. O tym, co zostaje, kiedy człowiek znika. W połowie zdania urwała.
Jego usta poruszyły się minimalnie. Dokończył jej zdanie bezgłośnie — o ułamek chwili wcześniej. Zawahała się. Po chwili mówiła dalej.
Czuła jego wzrok. Nie odwracał go, nawet kiedy milczała.
Kiedy grupa się rozproszyła, nie odszedł. Stał jeszcze chwilę, jakby na coś czekał.
Podszedł.
— Zapraszam
panią na kawę — powiedział, obracając w palcach bilet wstępu.
—
Włodzimierz. Włodek.
— Ewa.
Uścisnęli dłonie. Jego dłoń była ciepła. Puls wyraźny, szybki. Przez moment nie cofnął ręki. Puścił ją dopiero, gdy sama lekko drgnęła.
Nie brakowało turystów, którzy składali jej podobne propozycje. Ten był inny. Spokojniejszy. Jakby nigdzie mu się nie spieszyło.
Zawahała się przez ułamek sekundy. Skinęła głową.
W kawiarni panował półmrok. Pachniało kawą i wilgotnym drewnem stolików. Powietrze było ciężkie. Trochę senne.
Zanim usiadła, odsunął jej krzesło. Usiadła niezgrabnie, lekko zmieszana, nie przyzwyczajona do takich gestów.
— Zamówimy coś?
Skinęła głową.
Kawa była gorzka. Fusy powoli osiadały na dnie.
— Prawdziwa — powiedział. — Niczego nie udaje.
Spojrzała na niego uważniej.
— W-Z?
Uniósł brwi.
— Poważnie?
Kącik jego ust drgnął.
— Nie ryzykuję przy pierwszym spotkaniu.
Na moment zamilkł.
Długo spoglądał ponad jej ramieniem. Ewa odwróciła się. Za jej plecami nikogo nie było. Kiedy znów na niego spojrzała, nadal patrzył w tamto miejsce.
— Co tam jest? — zapytała.
Drgnął.
— Nic… — odpowiedział szybko. — Pomyliło mi się — powiedział niepewnie.
Z głośnika, trochę za głośno, popłynęło „Mniej niż zero”.
— Znasz?
— Wszyscy znają.
— Ale nie wszyscy naprawdę słuchają.
Zamilkli na chwilę.
— Co cię tak zainteresowało? — zapytała ciszej.
Włodek spojrzał na nią uważnie. Jakby dobierał słowa.
— Ludzie rzadko są… naprawdę sobą przy pierwszym spotkaniu.
Na moment zamilkł i dodał.
— Ty jesteś.
Nie odpowiedziała od razu. Zarumieniła się speszona.
— Skąd możesz to wiedzieć?
Uśmiechnął się.
— Widziałem cię wcześniej.
Zapadła cisza.
— Gdzie?
Nie odpowiedział od razu.
— Nie pamiętam — powiedział w końcu. — Ale pamiętam ciebie.
To zdanie zawisło między nimi.
— Pomyślałem, że… moglibyśmy mieć sobie coś do powiedzenia — powiedział z dziwną nutką, która Ewę lekko zaniepokoiła.
Zza okna wpadł chłodny podmuch wiatru i przewrócił stojak z gazetami. Schylili się jednocześnie. Ich dłonie zetknęły się na moment.
Włodek nie cofnął ręki od razu, czekał. Ewa znieruchomiała. Czuła ciepło jego skóry.
W kawiarni zrobiło się gwarno, ale słyszeli tylko siebie.
Rozmowa potoczyła się dalej — spokojnie, jakby znali się od dawna.
— A ty? Jakiej muzyki słuchasz?
— Różnej.
— Jakiej „różnej”?
Zawahała się.
— Francuska piosenka… poezja śpiewana. Juliette Gréco. Aznavour. Okudżawa.
Włodek uśmiechnął się lekko.
— Ja też. Lubię te klimaty.
— Lubię poezję… — dodała ciszej. — Czasem coś zapisuję.
— Pokażesz mi kiedyś?
Zawahała się.
— Może.
I wtedy coś w niej pękło. Z zamkniętych dotąd szkatułek pamięci zaczęły, bez obawy, wydobywać się słowa. Był pierwszym, który słuchał jej uważnie. Był pierwszym, któremu powiedziała tak wiele.
Na pożegnanie ujął jej dłoń.
— Jesteś… delikatna, Ewo — powiedział ciszej.
Zadrżała.
— Wypijemy jeszcze niejedną kawę. Jestem ciekawy twojej poezji.
— Tak… do następnego razu.
Patrzył na nią chwilę dłużej. Próbował zapamiętać coś więcej niż twarz? Jego spojrzenie trochę Ewę zaniepokoiło. Nikt wcześniej tak na nią nie patrzył.
Odprowadziła go wzrokiem. Srebrny Volkswagen zniknął za zakrętem.
Stała jeszcze chwilę, nieruchomo. Miała wrażenie, że już kiedyś z nim rozmawiała.
I że wtedy też nie wiedziała, kim dla niej będzie.
ROZDZIAŁ V
Dni upływały na częstych, długich rozmowach telefonicznych z Włodkiem. Był czerwiec.
Ewa wracała z pracy lekka, niemal nie dotykając stopni. Sama myśl o telefonie od Włodzimierza wywoływała lekki zawrót głowy.
Na schodach usłyszała dzwonek telefonu. Zamarła na moment. A potem niemal pobiegła.
Drżącymi rękami przeszukiwała torbę. Kluczy nie było. Dzwonek rozbrzmiewał uparcie. Wydawało się, że z każdą sekundą głośniej. W końcu wysypała zawartość torby na podłogę. Monety, długopisy, drobiazgi potoczyły się po schodach korytarza. Nie zwracała na to uwagi. Chwyciła tylko klucze. Drzwi ustąpiły dopiero po chwili. Ewa wpadła do mieszkania i porwała słuchawkę tak gwałtownie, że telefon na ścianie się zakołysał.
— Wreszcie jesteś — odezwała się zniecierpliwiona matka.
Ewa westchnęła cicho.
— Jestem.
— Przyjdź na obiad. Ugotowałam ogórkową.
Ton Marii nie dopuszczał sprzeciwu.
— Jadłam w pracy — odpowiedziała Ewa, opierając się ramieniem o ścianę.
Zapadła cisza.
— Mówiłam ci, żebyś nic nie jadła! — głos matki zadrżał. — Staram się, żeby wszystko było świeże…
Ewa przymknęła oczy. Nie miała dziś siły na kolejną kłótnię. W głowie miała tylko jedno: spotkanie z Włodkiem w Krakowie. Planowali mały rajd po kawiarniach. Szukać tej jednej, najlepszej. Wyobrażała sobie zapach świeżo mielonej kawy, brzęk filiżanek, ciepło letniego popołudnia.
W końcu zadzwonił.
— Ewuś, bądź gotowa pojutrze. Wyruszamy!
W jego głosie był uśmiech, który czuła nawet przez telefon.
I wtedy pojawił się problem. Co na siebie włożyć. Mały pokoik Ewy zniknął pod warstwą letnich sukienek. Leżały na łóżku, na krześle, na parciu fotela. Przez otwarte okno wpadało ciepłe powietrze, niosąc zapach lata. Obracała się przed lustrem. Raz. Drugi. Trzeci. Na moment zakręciło jej się w głowie. Jakby podłoga lekko się poruszyła. Sukienki wirowały wokół niej. Chciała wyglądać lekko. Naturalnie. Tak, jak on ją pamiętał. Miała wrażenie, że tylko on ją rozumie.
Ale czy zobaczy w niej także kobietę?
Dwa dni później stała w umówionym miejscu, przy wylocie drogi. Samochody przejeżdżały obok, wzbijając w powietrze kurz nagrzanego asfaltu. Z daleka zobaczyła srebrną Jettę.
Natychmiast ją rozpoznała.
Włodek wysiadł z auta. Zagwizdał z zachwytu na widok Ewy i wykonał znajomy gest, zapraszając ją do środka.
Przez chwilę poczuła się, jakby była jedyna.
Ciepłe powietrze wpadające przez uchylone okno mieszało się z zapachem tapicerki i nagrzanego asfaltu. Wszystko dookoła zniknęło. Liczyła się tylko jego obecność. Spojrzenie. I delikatny uśmiech, który natychmiast rozpraszał jej wątpliwości.
ROZDZIAŁ VI
Tego dnia oprowadzała dwie wyjątkowo trudne grupy. Kiedy żegnała ostatnich turystów, na jej twarzy został już tylko uśmiech służbowy.
Do swojego maleńkiego mieszkania dotarła niemal bezwiednie. Lubiła je za to, że było blisko pracy — że można było wrócić, zanim zmęczenie zdążyło się w niej na dobre rozgościć.
Szła powoli, jakby każda klatka schodowa była o jedno piętro wyższa.
Zamknęła drzwi i przez chwilę stała w ciszy. Język miała suchy. Ciało domagało się wody. Najchętniej od razu weszłaby do wanny i zniknęła pod powierzchnią.
Opadła na fotel. Wsunęła stopy do miski z chłodną wodą. Chłód rozlewał się powoli, centymetr po centymetrze, przynosząc ulgę.
Zamknęła oczy.
Na moment świat przestał istnieć.
Telefon zadzwonił nagle.
Drgnęła i poderwała się gwałtownie. Stopa ześlizgnęła się z mokrej podłogi. Ułamek sekundy — potem twarde uderzenie.
Leżała na plecach, patrząc w sufit. Słuchawka kołysała się na kablu, stukając o ścianę.
Przez chwilę nie mogła złapać oddechu.
— Słucham… — wydyszała w końcu.
— Dlaczego tak dyszysz? — zapytał Włodek. — Co się stało?
— Nic… Poślizgnęłam się. Leżę na podłodze.
Krótka cisza.
— Dzwonię z pobliskiej budki telefonicznej. Zaraz będę.
Odłożyła słuchawkę i oparła głowę o chłodną podłogę.
Jakie licho go teraz do mnie niesie…
I jeszcze przez chwilę — zanim zdążyła to ocenić — poczuła ulgę, że w ogóle zadzwonił.
Przyszedł szybciej, niż się spodziewała.
Będąc jeszcze w progu spojrzał na nią z troską.
— Wyglądasz… źle.
Odwróciła wzrok i poprawiła rękaw sukienki.
— Miałam ciężki dzień.
Podszedł bliżej, ale nie od razu ją dotknął. Dopiero kiedy nie cofnęła się, przyciągnął ją do siebie. Oparła głowę o jego ramię.
— Mam ochotę na kąpiel — powiedziała ciszej. — Z olejkami.
— Brzmi dobrze.
W łazience zrobiło się ciepło, parno. Woda szumiała jednostajnie, uspokajająco.
Na chwilę wszystko zwolniło.
I wtedy —
w przedpokoju trzasnęły drzwi.
Ewa zesztywniała.
— Ewa? — rozległ się głos Marii. — Kupiłam pomidory, zrobię zupę!
Włodek nie od razu się odezwał.
Spojrzał w stronę korytarza. Potem na Ewę.
W jego spojrzeniu nie było paniki, lecz zdumienie.
— Twoja matka ma klucze? — zapytał cicho.
Ewa nie odpowiedziała od razu.
— Myślałam, że wyjechała…
Maria weszła do kuchni, jakby nic się nie wydarzyło.
Włodek będąc wciąż w łazience z niedowierzaniem zapytał:
— Czy ona tak zawsze…?
— No… widzisz — odpowiedziała Ewa i odruchowo zasłoniła twarz dłońmi.
Poczuła, jak napięcie wraca. Szybciej niż oddech.
— Ale ty próbujesz coś z tym zrobić? — zapytał szeptem Włodek
— Kiedy się jej sprzeciwiam, wpada w histerię… zawsze wychodzę na tę złą…
— To nie jest normalne — powiedział.
— Wiem.
Włodek zawahał się.
Jakby ważył, czy wolno mu wejść głębiej.
— Jest takie miejsce… — powiedział w końcu. — Gdzie ludzie dochodzą do siebie.
Spojrzał na nią uważnie.
— Mogłabyś tam odpocząć.
Nie dokończył. Nie naciskał.
W pośpiechu wsunęła mu do rąk kartkę.
— Przeczytaj.
Włodek spojrzał na nią jeszcze raz, jakby chciał coś powiedzieć, ale pozostał w łazience.
Nie zamknął drzwi od razu.
Stał chwilę, jakby potrzebował oddzielić dwie rzeczywistości.
Dopiero potem rozłożył kartkę. Czytał wolno.
Nie
zrozumiana,
nie umiała zrozumieć.
Nie
widziana,
nie nauczyła się widzieć.
Nie
dopuszczona —
walkę o siebie
nazwano złem.
Teraz
czuję
mniej
niż nic
w przestrzeni,
która oplata mnie latami
jak
pajęcza sieć.
Światełko.
Tam
mknę
na smudze snu,
by napisać
ten wiersz.
Zadrżał i zacisnął powieki... .
Z kuchni dobiegł szczęk garnków.
Ewa stanęła w progu.
— Dziecko, jak ty wyglądasz! — zawołała Maria. — Blada jak ściana. Zaraz zjesz zupę, to ci przejdzie.
Włodek wyszedł z łazienki powoli.
Nie patrzył na Marię od razu.
Najpierw na Ewę.
Jakby sprawdzał, czy ona jeszcze jest „tu”.
— Mamo… — zaczęła Ewa.
— Co znowu? — Maria nawet nie odwróciła się od garnków.
Ewa wzięła oddech.
— To jest moje mieszkanie.
Maria spojrzała na nią, jakby nie dosłyszała.
— Co?
Cisza zrobiła się ciężka.
— Jak długo jeszcze będziesz tu wchodzić bez pytania?
Maria odłożyła łyżkę.
— O czym ty mówisz?
Ewa nie cofnęła się.
— O tym, że traktujesz to, jakby było twoje.
Włodek stał kilka kroków dalej.
— Przesadzasz — powiedziała Maria.
Ewa poczuła, jak grunt pod nią zaczyna się rozsuwać.
Tym razem — nie była sama.
Kuchnia była jasna, przesycona zapachem gotującej się zupy.
Maria mieszała w garnku spokojnie, rytmicznie. Jakby nic się nie wydarzyło.
Włodek podszedł do stołu. Nie usiadał.
Ewa siedziała pomiędzy nimi — rozdarta między światami, do których nie należała.
— Nic o panu nie wiem — powiedziała Maria oschle, nie odwracając się.
— Ewa rzadko przyprowadza kogoś do domu.
— To nie znaczy, że moja obecność tutaj jest niewskazana? — powiedział z wymuszoną uprzejmością Włodek.
— To nie był planowany moment.
Maria uśmiechnęła się krótko, bez ciepła.
— Z Ewą wiele rzeczy nie jest planowanych.
Odłożyła łyżkę.
Odwróciła się w końcu.
— Ona ma tendencję do… nagłych decyzji. I równie nagłych upadków.
Włodek nie odpowiedział od razu.
— Upadków?
— Tak to można nazwać — powiedziała spokojnie Maria. — Ewa sama nie wie czego chce.
Ewa nerwowo poruszyła się na krześle.
Włodek spojrzał na nią.
— Nie mam takiego wrażenia — powiedział.
Maria uniosła brwi.
— Jak długo pan zna Ewę?
— To prawda, krótko — przyznał. — Ale mam oczy.
Zapadła cisza.
Nieprzyjemna, ale uprzejma.
Maria wróciła do garnka.
— Ewa nie radzi sobie w życiu.
— A kto decyduje, co to znaczy „radzić sobie”? — zapytał spokojnie Włodek.
Maria
uśmiechnęła się lekko.
— Życie.
— Czyli: pani?
Spojrzała
na niego dłużej.
— Ja jestem jej matką.
— Wiem.
— I wiem też, co dla niej dobre.
Włodek
skinął głową.
— To ciekawe. Bo Ewa nie wygląda na kogoś,
kto jest zagubiony w życiu.
Maria zesztywniała minimalnie.
— Ona mieszka sama. Pracuje. Funkcjonuje.
— Funkcjonuje — powtórzył cicho Włodek.
— Pan sugeruje, że ja jej szkodzę?
— Nie. Ja tego nie wiem.
— Ewa
ma skłonność do dramatyzowania — powiedziała Maria. — Mylnej
oceny rzeczywistości.
— Prawda, kochanie?
Ewa milczała.
— Widzę to, czego pani nie dostrzega — powiedział Włodek.
— Słucham?
— Mówi pani o Ewie tak, jakby była opisem. A nie osobą.
Cisza.
— Ewa ma trzydzieści lat — dodał po chwili.
— A jakie to ma znaczenie?
I to jedno zdanie zatrzymało wszystko.
ROZDZIAŁ VII
Jechali krętymi drogami — coraz węższymi, coraz bardziej dzikimi. Las gęstniał z każdym kilometrem. Światło dnia przygasało, jakby ktoś poza ich zasięgiem powoli je przykręcał.
Ewa
spojrzała na Włodka pytająco.
On tylko się
uśmiechnął. Lekko. Z tą samą tajemnicą w oczach.
— Zobaczysz — mruknął. — To miejsce jest… inne.
— Jak ty? — spróbowała zażartować.
— Jeszcze bardziej.
Coś w jego tonie sprawiło, że żart zawisł w powietrzu.
— Ewuś, pasujesz do tego zamku — powiedział, poprawiając kosmyk jej włosów.
— Dlaczego?
Spojrzał przed siebie.
— Sam nie wiem.
Ale brzmiał tak, jakby wiedział.
Gdy skręcili w wąską aleję, drzewa zamknęły się nad nimi jak sklepienie. Opony zaszeleściły na żwirze. Potem zapadła cisza.
Nie
ta zwykła.
Głębsza. Jakby coś ją podtrzymywało.
I wtedy go zobaczyli.
Strzeliste wieże wbijały się w niebo, lecz ich krawędzie lekko drgały, jakby nie do końca należały do tego świata. Mury porastały pnącza — gęste, ciężkie, niemal nienaturalnie żywe. Pod cienką warstwą liści coś zdawało się pulsować. Złote światło słońca osiadało na kamieniach, ale nie rozpraszało mroku — podkreślało go.
— To niemożliwe… — wyszeptała Ewa. — Jak z bajki.
— Bajki też mają swoje drugie dno — dopowiedział Włodek.
Nie była pewna, czy mówił do niej.
Wysiedli z samochodu.
Powietrze było ciężkie. Pachniało azaliami, wilgocią i czymś słodkim — aż mdlącym.
Ewa odruchowo wzięła płytszy oddech.
— Czujesz to?
— Tak tu jest o tej porze roku — odparł spokojnie.
Ruszyli w stronę wejścia. Kamienna ścieżka uginała się lekko, jakby ziemia pod nią nie była do końca twarda.
Gdzieś w oddali słychać było wodę. Szemrała — choć nie było widać żadnego strumienia. Im bliżej podchodzili, tym silniejsze było wrażenie, że zamek… im się przygląda.
Ewa zatrzymała się nagle.
— Włodek…
— Co?
— Mam wrażenie, że już tu byłam.
Spojrzał na nią uważnie. Z niepokojącą intensywnością.
— Możliwe — powiedział po chwili. — Niektórzy tak mają. Zwłaszcza za pierwszym razem.
Nie zapytała, co to znaczy. Bała się odpowiedzi.
Ogród był przytłaczający.
Azalie tworzyły plamy koloru tak nasycone, że aż bolały oczy. Alejki wiły się między krzewami i srebrzystymi strumykami, które pojawiały się i znikały.
Szli
prosto.
A jednak co chwilę wracali w to samo miejsce.
Mały, łukowaty most. Za każdym razem wyglądał odrobinę inaczej.
— Byliśmy tu już… — zaczęła.
— Może tylko ci się wydaje — przerwał tajemniczo.
Znaleźli się na wyspie. Usiedli na mostku.
Woda była idealnie gładka. Nienaturalnie spokojna. Odbijała ogród — ale jaśniej, chłodniej.
Ewa nachyliła się.
Na ułamek sekundy zobaczyła w tafli nie siebie.
Salę.
Białe
światło.
Kamienne ściany.
Zatrzymała oddech.
Drgnęła i cofnęła się gwałtownie.
— Coś się stało? — zapytał Włodek.
— Nie… nic.
Patrzył na nią chwilę.
— Zobaczyłaś ją — powiedział cicho.
Zamarła.
— Co?
— Nic.
Ale jej głos zadrżał. Serce biło szybciej.
Włodek objął ją ramieniem.
— Oddychaj wolniej — powiedział cicho.
— Nie mogę…
— Możesz. Tu zawsze jest tak na początku.
— Tu wszystko wygląda inaczej… — powiedział w zadumie.
Patrzyła na wodę. Teraz widziała już tylko swoją twarz. Zwyczajną. Spokojną. I obcą. Ale wiedziała, że to, co zobaczyła wcześniej, nie było złudzeniem. Oparła głowę na jego ramieniu. Ciepło jego ciała było realne — jedyna rzecz, której mogła się uchwycić. Reszta zaczynała się rozmywać. Krawędzie świata miękły. Kolory traciły ostrość. Zapach ogrodu gęstniał i oplatał ją powoli, jak żywa mgła.
Oddychało
się coraz trudniej. Powieki same jej opadały. Jeszcze próbowała
się skupić. Na wodzie. Na dłoni Włodka. Na własnym oddechu.
Na
czymś pewnym.
— Ewuś… jesteś tutaj?
Głos przeciął przestrzeń. W pierwszej chwili nie wiedziała, skąd dochodzi. Otworzyła oczy szerzej. Świat wyostrzył się gwałtownie, jak po szarpnięciu.
Ale coś zostało.
Cichy
ślad pod powiekami.
Echo.

