Wezwana do grupy, szła lekko, z niejasnym przeczuciem, że coś się zaraz wydarzy. Zobaczyła go, zanim podeszła bliżej.
Wyróżniał się — nie tylko urodą. Jasne, lekko kręcone włosy opadały mu na czoło, jakby zapominał je odgarniać. Było w nim coś jednocześnie swobodnego i uważnego. Stał spokojnie, jakby nie do końca należał do reszty grupy.
Poczuła znajome ukłucie. Niepokój. Déjà vu?
Mówiła jak zawsze — spokojnie, bez zbędnych dat i muzealnego patosu. Wolała opowiadać o ludziach ukrytych za przedmiotami. O dłoniach, które kiedyś je trzymały. O myślach, które im towarzyszyły. O tym, co zostaje, kiedy człowiek znika.
W połowie zdania urwała.
Jego usta poruszyły się ledwie zauważalnie. Dokończył jej zdanie bezgłośnie — o ułamek sekundy wcześniej.
Zawahała się. Po chwili mówiła dalej. Czuła jego wzrok. Nie odwracał go, nawet kiedy milczała.
Kiedy grupa się rozproszyła, nie odszedł. Stał jeszcze chwilę, jakby na coś czekał.
Podszedł.
— Zapraszam panią na kawę — powiedział, obracając w palcach bilet wstępu. — Włodzimierz. Włodek.
— Ewa.
Uścisnęli dłonie.
Jego dłoń była ciepła. Puścił ją dopiero po chwili.
Nie brakowało turystów, którzy składali jej podobne propozycje. Ten był inny. Nie narzucał się. Jakby był pewien, że nie musi.
Zawahała się przez ułamek sekundy i skinęła głową.
W kawiarni panował półmrok. Pachniało kawą i wilgotnym drewnem stolików. Powietrze było ciężkie, lekko senne.
Zanim usiadła, odsunął jej krzesło. Usiadła niezgrabnie, trochę zmieszana, nieprzyzwyczajona do takich gestów.
— Zamówimy coś?
Skinęła głową.
Kawa była gorzka. Fusy powoli osiadały na dnie.
— Prawdziwa — powiedział. — Nie udaje niczego.
Spojrzała na niego uważniej.
— W-Z?
Uniósł brwi.
— Poważnie?
Kącik jego ust drgnął.
— Nie ryzykuję przy pierwszym spotkaniu.
Na chwilę zamilkł.
Długo patrzył ponad jej ramieniem.
Ewa odwróciła się. Za jej plecami nikogo nie było. A jednak przez moment miała wrażenie, że ktoś tam stał. Kiedy znów na niego spojrzała, nadal patrzył w tamto miejsce.
— Co tam jest? — zapytała.
Drgnął.
— Nic... Pomyliło mi się.
Jeszcze przez chwilę patrzył w to samo miejsce.
Z głośnika, trochę za głośno, popłynęło „Mniej niż zero”.
— Znasz?
— Wszyscy znają.
— Ale nie wszyscy słuchają.
Zamilkli na chwilę.
— Co cię tak zainteresowało? — zapytała ciszej.
Włodek spojrzał na nią uważnie, jakby dobierał słowa.
— Na początku każdy trochę gra — powiedział w końcu. — Ty nie.
Nie odpowiedziała od razu. Zarumieniła się lekko.
— Skąd możesz to wiedzieć?
Uśmiechnął się.
— Widziałem cię wcześniej.
— Gdzie?
Nie odpowiedział od razu.
— Nie pamiętam gdzie — powiedział w końcu. — Ale pamiętam ciebie.
To zdanie zawisło między nimi.
Poczuła niepokój, którego nie potrafiła nazwać.
— Pomyślałem, że… moglibyśmy mieć sobie coś do powiedzenia — dodał ciszej.
Zza okna wpadł chłodny podmuch wiatru i przewrócił stojak z gazetami. Schylili się jednocześnie. Ich dłonie zetknęły się na moment.
Włodek nie cofnął ręki od razu. Czekał. Ewa znieruchomiała. Czuła ciepło jego skóry.
W kawiarni zrobiło się gwarno, ale słyszeli tylko siebie.
— A ty? Jakiej muzyki słuchasz?
— Różnej.
— Jakiej „różnej”?
Zawahała się.
— Francuska piosenka… poezja śpiewana. Juliette Gréco. Charles Aznavour. Bułat Okudżawa.
Włodek uśmiechnął się lekko.
— Lubię ten klimat.
— Lubię poezję… — dodała ciszej. — Czasem coś zapisuję.
— Pokażesz mi kiedyś?
Zawahała się.
Nie była pewna, czy powinna.
— Może.
Nagle zaczęła mówić o rzeczach, o których zwykle nie mówiła nikomu. On był pierwszym, który ją słuchał.
Na pożegnanie ujął jej dłoń.
— Jesteś delikatna, Ewo. Nie mogłem przestać cię słuchać. — powiedział cicho.
Zadrżała.
— Wypijemy jeszcze niejedną kawę. Jestem ciekawy twojej poezji.
Patrzyła, jak odchodzi. Srebrny Volkswagen zniknął za zakrętem. Jeszcze przez chwilę stała bez ruchu.
Miała wrażenie, że już kiedyś z nim rozmawiała.
I że wtedy również nie wiedziała, kim dla niej będzie.
ROZDZIAŁ VIII
Jedynym
wytchnieniem Ewy były długie rozmowy telefoniczne z Włodkiem.
Myśl o jego telefonie nie pozwalała jej usiedzieć w miejscu.
Gdy na klatce schodowej zadzwonił telefon, ruszyła biegiem.
Drżącymi
rękami szukała kluczy w torebce. Zdawało jej się, że dźwięk
dzwonka narasta. Wysypała zawartość torebki. Monety, długopisy i
drobiazgi potoczyły się po schodach. Chwyciła tylko klucze, w
końcu zamek ustąpił.
Ewa wpadła do mieszkania i chwyciła słuchawkę tak gwałtownie, że telefon zakołysał się na kablu.
— Wreszcie jesteś — odezwała się matka.
Ewa
westchnęła.
— Jestem.
— Przyjdź na obiad. Ugotowałam ogórkową.
— Jadłam w pracy — odpowiedziała, opierając się o ścianę.
— Mówiłam ci, żebyś nic nie jadła! — głos matki zadrżał. — Staram się, żeby wszystko było świeże…
Myślami była już jednak w Krakowie, przy Włodku. Planowali włóczyć się po kawiarniach. Wyobrażała sobie zapach świeżo mielonej kawy, brzęk filiżanek i ciepło letniego popołudnia.
W końcu zadzwonił Włodek.
— Ewuś,
bądź gotowa pojutrze. Wyruszamy!
Mówił tak lekko, że
wyobraziła sobie jego uśmiech.
Od razu pojawił się problem: co na siebie włożyć. Mały pokój Ewy zniknął pod warstwą letnich sukienek. Leżały na łóżku, krześle i oparciu fotela. Obracała się przed lustrem raz po raz. W odbiciu widziała tę samą niepewną wersję siebie sprzed lat — drobną, zagubioną dziewczynę.
Dwa dni później stała w umówionym miejscu, przy wylocie drogi. Samochody przejeżdżały obok, wzbijając w powietrze kurz nagrzanego asfaltu. Z daleka zobaczyła srebrną Jettę.
Włodek wysiadł z auta, zagwizdał z zachwytu na widok Ewy i wykonał znajomy gest, zapraszając ją do środka. Na moment przestała słyszeć uliczny hałas.
Ruszyli w stronę Krakowa. W samochodzie robiło się coraz duszniej. Kosmyki włosów przyklejały się do jej twarzy i karku. Kiedy wreszcie zaparkowali, wysiadła z ulgą.
Miasto przywitało ich gołębiami i letnim hałasem. Zatrzymali się u stóp Wawelu, po czym ruszyli ulicą Kanoniczną. Śmiali się, co chwilę wpadając na siebie i na tłum turystów. Na rynku wtopili się w tłum wokół mima „Białej Damy”. Ewa przecisnęła się bliżej. Przyglądała się kredowo białej twarzy. Nagle tłum za jej plecami wybuchł śmiechem. Zdezorientowana odwróciła się — mim przedrzeźniał jej ruchy.
Rozległy się brawa. Włodek patrzył na nią rozbawiony, a ona odruchowo oparła się o jego ramię.
— Jest
piękna pogoda. Może kawa w ogródku? — zaproponował Włodek.
—
Czytasz w moich myślach. Zbyt gorąco, żeby urządzać wędrówkę
po kawiarniach — ucieszyła się Ewa.
Błądząc pomiędzy zaułkami, trafili do kawiarni Camelot przy zaułku św. Tomasza. Ogródek otaczały stare mury oplecione bluszczem. Właśnie takie miejsca lubili najbardziej.
Brakowało wolnych miejsc. Przy niewielkim stoliku stało tylko jedno krzesło. Przez chwilę rozglądali się bezradnie, więc Ewa usiadła na jego kolanach. Zamówili lody truskawkowe. Bawiąc się, podsunął jej łyżeczkę do ust, ale na ułamek sekundy zawahał się, sprawdzając, czy nie odsunie głowy. Turyści przeciskali się między stolikami. Starsze małżeństwo potrąciło ją na tyle mocno, że omal nie zsunęła się z jego kolan.
— Przepraszam śliczną panienkę — powiedziała kobieta, głaszcząc ją po ramieniu.
Włodek uśmiechnął z irytacją. Ewa zamilkła. Na moment zamknęła się w sobie. Zsunęła się z jego kolan i odwróciła wzrok a on ją podtrzymał. Wydostali się z dusznego tłumu i ruszyli w spokojniejsze uliczki.
— Czy
wiesz, że jako pracownik muzeum mam prawo za darmo wejść do
dowolnego muzeum — nie tylko w tym mieście — i to z osobą
towarzyszącą? — powiedziała z dumą Ewa.
— Dawno nie byłem
na Wawelu. Naprawdę mnie wpuszczą? — odparł z niedowierzaniem
Włodek.
Kamienne mury zamku przyniosły ulgę po ulicznym upale. Echo kroków odbijało się od sklepień, mieszając się z cichym szmerem przewodników i skrzypieniem starych podłóg.
Strażniczka
spojrzała na nią pobłażliwie i uśmiechnęła się.
—
Legitymację poproszę… i rodzica albo opiekuna — mruknęła
zmęczonym głosem.
Nie
mógł powstrzymać śmiechu. Ewa przewróciła oczami i wyciągnęła
dokument potwierdzający jej zatrudnienie w siostrzanym muzeum.
Kobieta zarumieniła się.
— Przepraszam… bardzo młodo pani
wygląda.
— Przejmujesz się tym? — zapytał.
Wzruszyła ramionami.
— Przywykłam.
— Nie powinnaś.
Ruszyli
dalej, a Włodek nachylił się do niej.
— Mogę dalej udawać
twojego opiekuna?
Szturchnęła
go łokciem, ale śmiała się pod nosem.
— Widzisz? Mówiłam,
że warto było spróbować. — powiedziała, prostując się.
Przechodzili powoli przez królewskie komnaty. Ciężkie arrasy tłumiły światło i dźwięk. Złocenia migotały w półmroku, a powietrze pachniało drewnem i kurzem.
— A
tutaj podobno straszy — szepnęła teatralnie, wchodząc do
węższego korytarza.
— Jeśli wyskoczy duch królowej, chowam
się za tobą.
— Dziękuję za odwagę.
Zauważyła, że Włodek prawie nie patrzył na eksponaty. Bardziej obserwował sposób, w jaki mówiła — jak ożywiały się jej oczy, kiedy wskazywała detale stropów albo stare włoskie meble. Jak odruchowo ściszała głos w pustych salach.
W jednej z komnat zatrzymali się przy wysokim oknie. W migotliwym świetle Ewie przez chwilę zdawało się, że stoi w ogromnej srebrzystej sali. Miała wrażenie, że już kiedyś tu była. Zacisnęła palce na framudze okna.
— Dobrze
się czujesz? — zapytał Włodek z troską.
— Wszystko w
porządku — odpowiedziała, ocierając pot z czoła.
Na zewnątrz miasto falowało w gorącym powietrzu. Gdzieś ponad dachami odezwał się Dzwon Zygmunta.
Gdy wyszli, skierowali się w stronę przystanku, ale szybko porzucili ten plan. Zamiast tego ruszyli pieszo, aż trafili do Lasu Wolskiego. Tam zrobiło się ciszej i chłodniej. W dali było słychać kukułkę. Im głębiej wchodzili między drzewa, tym rzadziej spotykali ludzi. Ścieżka wiła się między sosnami, a miasto zostało gdzieś daleko za nimi. Ewa została kilka kroków z tyłu i odwróciła głowę. Potem przyspieszyła kroku, żeby zrównać się z Włodkiem. Szli powoli wśród leśnej gęstwiny. Objął ją ramieniem i wsunął dłoń w jej bujne włosy, bawiąc się kosmykami. Przymknęła oczy. W otoczeniu zapachu mchu i rozgrzanych sosen odwrócili się powoli do siebie. Przez chwilę stali nieruchomo. Nie była pewna, czy powinna zrobić krok bliżej. Spojrzeli sobie w oczy. Stanęli tak blisko, że czuła jego oddech. Kiedy objął ją ostrożnie, usiedli wśród igliwia pod rozłożystą sosną. Przesunęli się bliżej siebie, aż w końcu położyli się w miękkim igliwiu. Przez chwilę znów poczuła się tak niepewna jak dziewczyna, którą rano zobaczyła w lustrze. Obawiała się, że Włodek zobaczy ją taką samą. Jednak gdy spojrzała mu w oczy, zobaczyła tę samą niepewność, którą sama odczuwała. Dłonią musnęła jego policzek i usta. Czuła jego bliskość, a lęk powoli ustępował.
— Boisz się? — zapytał.
— Ja… ja nigdy wcześniej nie byłam z nikim w ten sposób.
Bała się, że usłyszy rozczarowanie albo pobłażliwy śmiech, i że nie będzie już miała gdzie się ukryć. Włodek patrzył na nią przez chwilę. W jego oczach pojawiło się coś, czego nie potrafiła odczytać — troska, niepewność, może strach.
Nie śmiał się.
— Ewuś — powiedział cicho.
Odgarniając jej włosy, delikatnie pocałował w czoło. Nie odwróciła wzroku. Objął ją i przyciągnął do siebie tak mocno, że aż zabrakło jej tchu. Ich usta się odnalazły, a dłonie wędrowały po skórze. Pocałunki były długie i namiętne. Przeszedł ją dreszcz. Zamknęła oczy. Dłońmi pochwyciła jego twarz, delikatnie gładząc włosy, policzki, usta. Ogarnęło ją uczucie, którego nigdy wcześniej nie znała. Byli tylko oni i szum drzew. Długo nie mówili nic, pozwalając, by zmysły powoli się uspokoiły.
— O czym teraz myślisz? — zapytał z niepokojem.
Odetchnęła głęboko, a na jej twarzy malował się tylko spokój i odprężenie.
— Bardzo się cieszę, że to dzieje się tutaj, z tobą.
Słyszała tylko ich przyspieszone oddechy. Widziała, jak Włodek patrzy na nią z tkliwością. Nie mogła do końca uwierzyć, czy widzi w jego oczach miłość.
Dopiero po dłuższej chwili zauważyli, że dzień zaczyna gasnąć. Było jej tak gorąco, że została tylko w zwiewnej sukience.
— Chyba trochę przesadziłeś z tym „spokojnym spacerem” — mruknęła sennie.
— To ty zrobiłaś z tego wyprawę — odpowiedział z uśmiechem.
Włodek zatrzymał się i przez chwilę przyglądał się Ewie, która coraz bardziej powłóczyła nogami. W końcu zapytał:
— Czy nie zaprotestujesz gdy cię wezmę na ręce? — Widzę, jaka jesteś słaba.
Spojrzała na niego zaskoczona. Skinieniem głowy i zmęczonym wzrokiem wyraziła zgodę. Przypomniała sobie swój wiersz.
„Chciałabym być perłą
w muszli twoich ramion”.
Dla Włodka, mężczyzny o potężnej posturze, nie stanowiło to żadnego wysiłku. Bez trudu wziął ją na ręce. Zapadła się w jego ramionach tak jak w wierszu. Przypomniała sobie słowa własnego wiersza i uśmiechnęła się do tej myśli.
Wrócili do miasta wieczorem, zmęczeni. Kraków był już spokojniejszy — rozgrzany dzień ustępował chłodniejszemu powietrzu.
CZĘŚĆ II
ROZDZIAŁ I
— Ewa
często dramatyzuje — powiedziała Maria.
— Prawda, kochanie?
Ewa milczała.
— Widzę to, czego pani nie dostrzega — powiedział Włodek.
— Słucham?
— Mam wrażenie, że mówi pani o niej, jakby jej tu nie było.
— Ewa ma trzydzieści lat — dodał po chwili.
— A jakie to ma znaczenie?
W tym momencie w oczach Włodka pociemniało i nerwowym głosem zwrócił się do Ewy.
— Jest takie miejsce, gdzie odzyskasz siebie.
Spojrzał na nią uważnie.
— Mogłabyś tam odpocząć.
Kiedy Ewa podniosła głowę, zobaczył w jej oczach nadzieję. Pocałował ją w czoło i odwrócił się gwałtownie w stronę przedpokoju. Drzwi zamknęły się za nim cicho.
Ewa Usiadła na łóżku. Ręce drżały lekko. Oddychała płytko, jak po biegu. Za ścianą dźwięki kuchni trwały dalej. Łyżka. Garnek. Kroki. Zamknęła oczy. Zapadł zmrok. Maria jeszcze krzątała się w kuchni, jakby dzień nie miał końca.
Tej nocy Ewa znowu nie zasnęła.
Leżała nieruchomo. Ciało było ciężkie, jakby należało do kogoś innego. Myśli kotłowały, rozpływały się. Cisza nie była spokojem. Nad ranem wstała. Nie była w stanie pójść do pracy.
Telefon zadzwonił dokładnie w tej chwili, kiedy sięgnęła po kubek. Zatrzymała się. Drugi sygnał.
Podniosła słuchawkę.
— Ewuś…
Jego głos był spokojny.
— Nie spałaś? — spytał z troską
— Tak. — Odpowiedziała smutno.
— Jest takie miejsce — przypomniał. — Gdzie ludzie odzyskują siebie.
Zamknęła oczy. Nie zapytała gdzie.
— Zabierz mnie — powiedziała.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Dobrze — odpowiedział.
Szybko spakowała walizkę. Wyjechali wcześnie.
Miasto zostało za nimi szybciej, niż się spodziewała. Bloki ustąpiły miejsca polom. Pola — lasom.
Ewa patrzyła przez okno. Krajobraz przesuwał się powoli, ale miała wrażenie, że to nie on się zmienia, tylko coś w niej.
Droga stawała się coraz węższa. Zakręty ostrzejsze. Drzewa bliższe.
Światło zaczęło gasnąć, choć był środek dnia.
— Daleko jeszcze? — zapytała.
Włodek uśmiechnął się lekko.
— Już niedługo.
Nie dopytała.
Z każdym kilometrem cisza w samochodzie gęstniała. Minęli ostatnie zabudowania.
Droga skręciła w wąską aleję. Drzewa zamknęły się nad nimi jak sklepienie. Opony zaszeleściły na żwirze.
Ewa poczuła coś znajomego. Nie wspomnienie.
Raczej rozpoznanie.
— Włodek…
Nie odpowiedział od razu.
— Byłam tu kiedyś?
Spojrzał na nią krótko. Potem znów na drogę.
— Możliwe — powiedział. — Niektórzy tak mają.
Jego głos był spokojny.
Droga lekko opadła. Zakręt. Drugi.
I nagle — zobaczyła go. Zamek. Nie wyłonił się z krajobrazu.
Raczej… był.
Strzeliste wieże wbijały się w niebo, ale ich krawędzie drgały lekko, jakby nie do końca należały do tego świata. Mury porastały pnącza ciężkie, gęste, nienaturalnie żywe. Światło osiadało na kamieniu i nie rozpraszało mroku. Podkreślało go.
— To niemożliwe… — wyszeptała.
Włodek nie odpowiedział.
Zatrzymali się. Silnik zgasł. Zapadła cisza. Wysiedli. Powietrze było ciężkie. Pachniało wilgocią, azaliami i czymś słodkim.
Ewa wzięła płytszy oddech.
— Czujesz to?
— Tak tu jest — powiedział.
Ruszyli w stronę wejścia.
ROZDZIAŁ II
Kamienna ścieżka uginała się lekko pod stopami. Jakby ziemia nie była do końca twarda.
Gdzieś w oddali słychać było wodę. Szemrała, choć nie było widać strumienia.
Im bliżej podchodzili, tym silniejsze było wrażenie, że zamek… patrzy.
Ewa zwolniła.
— Włodek…
— Co?
— Mam wrażenie, że już tu byłam.
Zatrzymał się.
Spojrzał na nią uważnie.
— Możliwe — powtórzył. Nie zapytała, co to znaczy. Bała się odpowiedzi.
Ogród był przytłaczający. Azalie tworzyły plamy koloru tak nasycone, że aż bolały oczy. Alejki wiły się między krzewami i srebrzystymi strumykami, które pojawiały się i znikały.
Szli
prosto.
A jednak co chwilę wracali w to samo miejsce.
Mały, łukowaty most. Za każdym razem wyglądał odrobinę inaczej.
— Byliśmy tu już… — zaczęła.
— Może tylko ci się wydaje — przerwał tajemniczo.
Znaleźli się na wyspie. Usiedli na mostku.
Woda była idealnie gładka. Nienaturalnie spokojna. Odbijała ogród. Ewa nachyliła się.
Na ułamek sekundy zobaczyła w tafli nie siebie.
Salę.
Białe
światło.
Kamienne ściany.
Zatrzymała oddech. Drgnęła i cofnęła się gwałtownie.
— Coś się stało? — zapytał Włodek.
— Nie… nic.
Patrzył na nią chwilę.
— Zobaczyłaś ją... — powiedział cicho.
Zamarła.
— Co?
— Nic.
Ale jej głos zadrżał. Serce biło szybciej. Włodek objął ją ramieniem.
— Oddychaj wolniej — powiedział cicho.
— Nie mogę…
— Możesz. Tu zawsze jest tak na początku.
Patrzyła na wodę. Teraz widziała już tylko swoją twarz. Zwyczajną. Spokojną. I obcą. Ale wiedziała, że to, co zobaczyła wcześniej, nie było złudzeniem. Oparła głowę na jego ramieniu. Ciepło jego ciała było realne — jedyna rzecz, której mogła się uchwycić. Reszta zaczynała się rozmywać. Krawędzie świata miękły. Kolory traciły ostrość. Zapach ogrodu gęstniał i oplatał ją powoli, jak żywa mgła. Oddychało się coraz trudniej. Powieki same jej opadały. Jeszcze próbowała się skupić. Na wodzie. Na dłoni Włodka. Na własnym oddechu.
Na czymś pewnym.
— Ewuś… jesteś tutaj?
Głos przeciął przestrzeń. W pierwszej chwili nie wiedziała, skąd dochodzi. Otworzyła oczy szerzej. Świat wyostrzył się gwałtownie.
Ale coś zostało.
Cichy
ślad pod powiekami.
Echo.
ROZDZIAŁ III
Ewa
i Włodek odwrócili się w stronę zamku.
Wysokie okna zdawały
się śledzić ich wejście.
Ewa zwolniła. Włodek co chwilę zerkał przez ramię, aż w końcu chwycił ją za rękę. Gdy weszli do holu, w pierwszej sekundzie Ewę oślepił blask światła wpadający z okien. Zadrżała na widok przytłaczającego sklepienia i masywnego, kamiennego kominka.
Spokojny
głos recepcjonistki przywołał ją do rzeczywistości:
– Dzień
dobry, Włodku, apartament jest już gotowy.
– Dzień dobry.
Dziękuję – odpowiedział radośnie, z nutą tajemnicy.
Chwycił Ewę za ramiona i przytulił, chcąc ją uspokoić.
Wchodzili w coraz ciemniejsze korytarze. Pod stopami skrzypiały drewniane schody. Mijali sale, gdzie promienie słońca tworzyły na posadce złote plamy. W korytarzach rzeźbione twarze ludzi i potworów zdawały się śledzić każdy ich krok.
Ewa
przełknęła ślinę i ścisnęła mocniej dłoń Włodka. Jego
palce były ciepłe i pewne jakby nie czuł, jej drżącej dłoni w
jego dłoni.
– Spokojnie – szepnął tylko. – To miejsce
lubi robić wrażenie na początku.
Korytarze wiły się bez końca, a każdy zakręt wyglądał tak, jakby prowadził do innego świata.
Nagle
Ewa zatrzymała się.
– Słyszysz to? – zapytała cicho.
Włodek również przystanął. Przez chwilę zostali tylko ich oddechy i skrzypienie starego drewna w oddali. A potem… coś jeszcze. Ledwie uchwytne, jak szept.
– Tu wszystko ma swój głos – odpowiedział z lekkim lękiem.
Gdy dotarli do drewnianych drzwi otworzył je i, rycerskim ukłonem zaprosił Ewę do komnaty.
W środku była cisza, która zdawała się tłumić nawet oddech. Wielkie łóżko pod baldachimem, ciężkie zasłony i kominek, w którym ogień palił się sam z siebie, mimo że nie było widać nikogo, kto mógłby go rozpalić.
Ewa
zrobiła krok do środka, potem drugi. Nagle poczuła drżenie —
podłoga czy jej własne nogi?
— Włodek… — zaczęła, ale
on już patrzył w stronę okna.
Za szybą nie było ogrodu. Tylko ciemność i pohukiwanie sowy.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz