Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prawdziwe opowieści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prawdziwe opowieści. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 września 2025

Wojenne historie

 


Maria

Fot. Lidia Foryciarz


Ranek był rześki. Maria leżała na wzgórzu wśród wysokich traw, wdychając zapach wilgotnej ziemi. Źdźbła były miękkie i delikatne, otulały jej ciało jak zielone morze. Nad głową przesuwały się chmury, układając się w fantastyczne kształty, jakby niebo chciało ją pocieszyć swoją dziecięcą wyobraźnią. Poniżej, na równinie, rozkwitały polne kwiaty – czerwone, błękitne, żółte – tak piękne, że krajobraz przypominał rajski ogród.

Maria chłonęła ten widok, starając się uciszyć rozdygotane serce. Myśli krążyły jak oszalałe ptaki, nie pozwalając jej zaznać spokoju. Wbiła palce w ziemię, jakby pragnęła zakorzenić się w niej na zawsze. Lecz nagle, w desperackim odruchu, poderwała się z miękkiej trawy i pobiegła w dół zbocza. Jej długie, złote włosy połyskiwały w słońcu, a ruchy przypominały taniec.

Kiedy dotarła między kolorowe kwiaty, naprawdę wyglądało to tak, jakby tańczyła. A jednak w nogach czuła drżenie, w całym ciele ból, a w głowie pulsowanie, które niemal rozsadziło czaszkę. Kurz z drogi drażnił oczy, łzy popłynęły po policzkach. W oddali ujrzała sylwetki niemieckich samochodów stojących na podwórzu. Lęk, który towarzyszył jej od miesięcy, w jednej chwili przemienił się w czyste przerażenie.

Przed domem zobaczyła swoją rodzinę ustawioną w szeregu pod pobielaną ścianą. Milcząc, stanęła obok nich, unosząc ręce ku górze. Pomyślała o swoim smutnym, beznadziejnym wojennym życiu – i ku własnemu zdumieniu nagle przestała się bać. Myśli odpłynęły, a serce znieruchomiało. Zapanowała cisza. Tylko metaliczny zgrzyt odbezpieczanej broni złowrogo przeciął powietrze.

Strzały nie padły. Nastąpiła najdłuższa cisza w krótkim życiu Marii. Potem wszyscy usłyszeli rozmowę, którą zrozumiał zdumiony Stanisław:


– Franz, wenn wir sie erschießen, wird es nie wieder solche Pierogi mit Fleisch geben.
(Franz, jeśli ich rozstrzelamy, nigdy już nie zjem takich pierogów z mięsem).

– Stimmt. Ein Himmel im Mund.
(Prawda. Niebo w gębie).

– Und erinnerst du dich an den roten Borschtsch mit Uszka?
(A pamiętasz czerwony barszczyk z uszkami?).

– Wie könnte ich nicht? Zum Niederknien gut.
(Jakżeby nie! Palce lizać).


Niemcy podeszli do stojącego na brzegu Stanisława – ojca Marii. Silnymi ciosami kolb zmasakrowali mu twarz i połamali nogi. Kobiety, zamiast krzyczeć, pobiegły do kuchni. Zaczęły wyrabiać ciasto i gotować pierogi.

Przez długie miesiące Stanisław leżał w milczeniu, znosząc cierpienie z godnością, jakby rany odniósł na polu chwały. Wieś Marii pozostała samotną wyspą pośród morza płonących domostw na Kielecczyźnie.

Od tamtego dnia dziewczyna zrozumiała, że walka o życie może przybierać różne formy. Czasem nie prowadzi się jej w lesie z karabinem w dłoni. Czasem narzędziami oporu stają się garnki, rondle i ogień, w którym zamiast śmierci rodzi się chleb i przetrwanie.

Wieczór tamtego dnia zapadł gwałtownie, jakby ktoś jednym ruchem nakrył świat ciężkim, brudnym kocem. Maria siedziała na niskim stołku obok łóżka ojca. Stanisław – niegdyś silny gospodarz, którego krok rozbrzmiewał echem po podwórzu – teraz leżał bez ruchu, zmasakrowany, obcy samemu sobie. Twarz miał obrzękłą, sino-fioletową, nogi sztywno owinięte deskami. Oddychał płytko, lecz w jego oczach wciąż tliła się iskra uporu, której nic nie mogło zgasić.

Maria delikatnie przykładała lnianą chustę do jego rozpalonego czoła. Każdy ruch wykonywała powoli, cicho, jakby bała się, że zbyt gwałtowny gest przywoła z powrotem niemieckie sylwetki. W kuchni rozlegało się rytmiczne uderzanie dłoni o stolnicę, stukot garnków, szept sąsiadek pomagających matce. Ten dźwięk, tak zwyczajny, nagle nabrał innego znaczenia: przypominał kroki żołnierzy, ale zamiast śmierci paradoksalnie niósł życie. 

Noc nadeszła ciężka i bezgwiezdna. W powietrzu unosił się dym z odległych pożarów, mieszał się z zapachem gotowanego mięsa i cebuli. Maria siedziała nieruchomo, jakby bała się poruszyć, by nie naruszyć kruchej granicy między życiem a śmiercią, która i tak mogła runąć w każdej chwili. 







poniedziałek, 23 listopada 2020

Niezwykła historia z KL Auschwitz





fot. Ewa Bielańska


Jadąc do Krakowa na spotkanie z dziennikarzami obywatelskimi, nie przypuszczałam, że czeka mnie tak zaskakująca „przygoda”. Z całej wesołej gromadki, która zakotwiczyła w przytulnej kawiarence, ja i Basia Romer byłyśmy najstarsze. Z tego spotkania najbardziej utkwiły mi w pamięci jej figlarne oczy… i zupełnie niezabawne słowa: „mój dziadek był w KL Auschwitz”.

Przez kilka lat swojej pracy patrzyłam na resztki dokumentów, w których zaklęte było cierpienie oświęcimskich więźniów. Moje zawodowe „czujki” były wyjątkowo wyczulone na tego rodzaju informacje. Dotarło do mnie, że jej dziadek i ciocia wraz z narzeczonym byli przez dwa lata numerami obozowymi. Wiadomość, że pisali z tego piekła listy, sprawiła, że w moim – skrzywionym zawodowo – umyśle natychmiast przesunęły się tysiące więźniarskich styków, fragmentów dokumentów z ledwo widocznymi wpisami. Z pożółkłych kart wydobywałam treść, by utrwalić ją na trwałe w pamięci komputera. Dzięki temu możliwa jest analiza, a po konfrontacji z innymi dokumentami — niczym z puzzli — wyłaniają się z niebytu indywidualne, często tragiczne i heroiczne losy więźniów. Sprawia to, że odzyskują godność, z której obóz ich odarł.

Prośba Basi, aby odnaleźć ślady pobytu jej krewnych w KL Auschwitz, stała się dla mnie czymś niezwykle ważnym. Jeszcze wówczas nie wiedziałam, że stoję u progu niezwykłej tajemnicy, okupacyjnej historii rodzin Romerów i Lohman. Po intensywnych poszukiwaniach w archiwalnych zasobach śladów więźniów: Rodryga Romera, Elżbiety Romer i jej narzeczonego Maksymiliana Lohmana, poczułam niedosyt. Pomyślałam, że za listami, które pisali do rodziny z obozu, kryje się coś znacznie bogatszego i ciekawszego.

Listy obozowe to gotowe blankiety z nadrukami „KL Auschwitz” i znaczkiem pocztowym z portretem Adolfa Hitlera. To dokumenty o wielopłaszczyznowym znaczeniu, bo oprócz zawartego w nich ładunku emocjonalnego znajdują się tam niezwykle ważne dla historyków informacje: imię i nazwisko, numer obozowy, data, numer bloku (np. blok śmierci nr 11). Czas płynie nieubłaganie i jest zabójczy dla obozowych listów, przechowywanych często w nieodpowiednich warunkach. Z rozsypującego się papieru znikają pisane ołówkiem słowa ludzi, którzy doświadczyli niewyobrażalnego cierpienia w KL Auschwitz. Nie mogłam dopuścić, aby taki los spotkał listy Rodryga, jego córki Elżbiety i Maksymiliana Lohmana. 



Fot. Internet

Tak wyglądają listy obozowe z KL Auschwitz

  • Wiedziałam, że listy te są dla rodzin Romerów i Lohman relikwiami, z którymi rozstanie będzie bolesne. Mimo to podjęłam próbę przekonania Basi, że przekazanie ich do Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau ocali je od zniszczenia. Moja argumentacja — że będą przechowywane w specjalnie do tego przystosowanych, klimatyzowanych magazynach, pod profesjonalnym nadzorem archiwistów i konserwatorów, a dla historyków staną się kapitalną bazą do odtworzenia losów więźniów — przekonała ją oraz rodzinę Lohman o słuszności tego kroku. W efekcie listy obozowe trafiły pod opiekę oświęcimskiego Muzeum.


    Cenne pamiątki rodzinne zostały przekazane na ręce zastępcy dyrektora Muzeum, Rafała Pióro, przez członków rodzin: Barbarę Romer-Kukulską oraz Aleksandra, Pawła i Rafała Lohmanów. Dyrektor Pióro wyraził ogromną wdzięczność za zaufanie, jakim obdarzono Muzeum, przekazując tak cenne i osobiste relikwie rodzinne.

    Ceremonia przekazania listów obozowych miała niezwykle uroczysty przebieg. Dyrektor Muzeum nie ukrywał wzruszenia i głębokiego zainteresowania, słuchając historii rodziny. Usłyszeliśmy wówczas, że cała trójka — Rodryg, Elżbieta i Maksymilian — trafiła do obozu Auschwitz w 1943 r. z więzienia w Tarnowie, gdzie znaleźli się po aresztowaniu w Jaśle. Aresztowanie było wynikiem denuncjacji konspiracyjnego zebrania podziemnego ruchu oporu, które odbywało się w prywatnym mieszkaniu. W tym czasie Maksymilian Lohman ukrywał się pod fałszywym nazwiskiem, gdyż był zbiegiem z oflagu dla oficerów Wojska Polskiego.

    Elżbieta Romer dobrze zapisała się w pamięci byłych więźniów. Jej postać powraca w ich relacjach i publikacjach dotyczących historii obozu. Podkreśla się tam jej ofiarność i bezinteresowność w niesieniu pomocy współwięźniom. Po ucieczce z kolumny ewakuacyjnej Marszu Śmierci pracowała do końca wojny jako pielęgniarka. Za jej zasługi Międzynarodowy Czerwony Krzyż odznaczył ją swoim najwyższym odznaczeniem — medalem Florence Nightingale.



Fot. Internet


Jej ojciec, Rodryg Romer — mimo cierpień doznanych w obozie — po wojnie aktywnie uczestniczył w procesie pojednania pomiędzy Polską a Niemcami. W 1965 r. przetłumaczył na język niemiecki znany list–orędzie biskupów polskich do biskupów niemieckich.

Przekazanie listów obozowych Państwowemu Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu stało się początkiem współpracy z rodzinami Romerów i Lohmanów, którzy dostarczają dodatkowe informacje wzbogacające wartość przekazanego zbioru dokumentów. W dużym stopniu pomoże to w przekazywaniu kolejnym pokoleniom często bardzo wzruszających historii indywidualnych losów konkretnych ludzi.






piątek, 5 kwietnia 2019

Zaściankowy Oświęcim?







     Są w życiu człowieka chwile przełomowe w dążeniu do zrozumienia kim i po co znalazł się na tym świecie. Dla mnie jedną z przełomowych chwil było zetknięcie się z niezwykle pokrewnym postrzeganiem życia jakie prezentuje Krzysztof Pieczyński. Mogę tę chwilę porównać do wejścia w nurt czystej źródlanej wody. Przekonana o tym jak wiele cennych informacji Krzysztof Pieczyński ma do przekazania postanowiłam zaprosić go do Oświęcimia. Sądziłam, że jako znakomity, znany aktor i pisarz będzie przyjęty z otwartymi rękami. Byłam przekonana, że człowiek o tak bogatym artystycznym i życiowym doświadczeniu będzie cennym Gościem dla kulturalnego środowiska Oświęcimia. Niestety, przeżyłam ogromne rozczarowanie. Oświęcimskie Centrum Kultury Krzysztofem Pieczyńskim nie było zainteresowane.

Na propozycję darmowego spotkania z wybitnym aktorem zareagowała Miejska Biblioteka w Oświęcimiu, co wzbudziło we mnie ostrożną nadzieję... .





Ustalono termin spotkania z aktorem. Wykonano plakat, który rozwieszono na słupach ogłoszeniowych w mieście. Informację o wydarzeniu opublikowano w lokalnych gazetach. Nagle zaczęły piętrzyć się trudności, które pani vice-dyrektor nie umiała początkowo szczerze wyrazić. Czuło się jednak w głosie, że chętnie wycofałaby się z przygotowanego artystycznego przedsięwzięcia. Zdołała wydukać, że spotkanie ma się odbyć ściśle wg napisanego przeze mnie scenariusza. 

„Kontrowersyjny” światopogląd Gościa tak przeraził Dyrekcję placówki kulturalnej w Oświęcimiu, że w scenariuszu wykluczono ewentualność zadawania pytań z widowni. Nic więc dziwnego, że przy takich absurdalnych i żenujących ograniczeniach do spotkania z Krzysztofem Pieczyńskim dojść nie mogło  i  nie doszło.

Nie  da  się  wyrazić  w  słowach  jak  wielkie było moje  rozczarowanie i  ogromny  wstyd. 






Krzysztof  Pieczyński napisał:

„Do spotkania w Oświęcimiu przygotowywałem się kilkanaście dni. Gdy okazało się, że do niego nie dojdzie, powstała pustka, z którą musiałem coś zrobić. Zacząłem pisać wiersz. Dla poety to coś szczególnie osobistego, związanego z tym co w nim samym najpiękniejsze i najbardziej tajemnicze. Skończyłem po kilku dniach. Przez ten czas byłem w myślach z Wami.”





MIESZKAŃCOM OŚWIĘCIMIA



Para zakochanych posiada wspólne oczy

Patrząc widzą tą samą rzecz

Jeśli jest to kłos zboża na wietrze

Mają pewność że kłania się miłości

Stu innych zobaczy sto rożnych rzeczy

Mówię o matematyce jedności

Choć dla mnie jest tylko

Pół sercem pół płomieniem opartym o ścianę

Drżącą powłoką wody której wyssałem kroplę

Małym okręgiem obecnym we wszystkim

Rzecz jednak między okręgami

Ciało nie słyszy niczego z ust

Bo jest zbyt wielkie zbyt odległe

Tylko z powtórzeń echa: czekam czekam 




Krzysztof Pieczyński








Pomimo wszystko świat jest piękny











Od 14 czerwca br. zapraszam do kina  na film ze 

znakomitą główną rolą Krzysztofa Pieczyńskiego.  





























piątek, 8 września 2017

Mobbing w pracy*




Mój gabinet po ponownej reaktywacji zespołu.




Spała lepiej. Znowu malowała. Coraz rzadziej budziła się w nocy z uczuciem lęku. W muzeum znów zaczynała czuć się bezpiecznie. Wracając z magazynu do biura, Ewa usłyszała za plecami głos kolegi Jaśka.

— Przyłączysz się do zespołu sekcji komputerowej, którą tworzę?

Ewa odwróciła się zaskoczona. Przez chwilę nie wiedziała, co odpowiedzieć.

— Słyszałam, że jest to nowatorski projekt, którego nie ma żadne muzeum.

— Tak. Będziemy pionierami w tej dziedzinie — odpowiedział z dumą kolega.

Zgodziła się. Tym sposobem trafiła do niewielkiej grupy „wybrańców”. Autorski program napisany przez historyka był tak osobliwy, że Ewie przypominał starożytne pismo. Muzeum, zakorzenione w dawnych czasach, nagle zaczynało pracować z czymś, czego jeszcze niedawno nikt tu nie znał. W celach organizacyjnych każdy dzień rozpoczynał się zebraniem. Ewa uważała ten pomysł za znakomity.

Jednak nie program okazał się najtrudniejszy. Najtrudniejsi byli ludzie.

Ewa przychodziła na kolejne zebrania w nadziei, że wszystkie jej wątpliwości zostaną wyjaśnione. Otwierała notes.

— Jasiek, czy użycie slasha w tym miejscu zmienia zapis w programie?

— Tak, tu masz na kartce wszelkie reguły dotyczące prawidłowego zapisu.

Ewa ucieszyła się. W tym przypadku niczego nie musiała notować.

— Dzięki.

Oczekiwała dalszych dyskusji, zapytań pozostałych współpracowników. Lecz potem ktoś rzucał mimochodem:

— Widzieliście tego konserwatora z drugiego piętra? Kilka osób uśmiechało się porozumiewawczo.

— Chyba znowu kupił marynarkę o dwa numery za dużą.

Roześmiali się. Ewa nie.

— On zawsze wygląda, jakby ubierał się po ciemku — kontynuował kolega Patryk.

Ich śmiech przeszedł w rechot, który poniósł się echem po długim korytarzu.

Ewa, zafascynowana poznanymi regułami zapisu, od razu postanowiła je sprawdzić. Wycofała się z roześmianego towarzystwa. Usiadła i, wpatrując się w klawiaturę, mozolnie wprowadzała dane z archiwalnych dokumentów do programu. Jednak nie zawsze spod jej palców wychodził prawidłowy tekst. Sprawdzała kilka razy... i nic. Podczas następnego zebrania postanowiła ten problem rozstrzygnąć. Siedziała cierpliwie, bo tego ranka ważniejsza była Zosia. Najpierw Ewa słyszała stukot szpilek. Potem w progu gabinetu pojawiała się Zosia — każdego dnia w innym stroju przysłanym z Ameryki. Na jej widok rozmowy milkły. Zajmowała fotel w centrum gabinetu. Ewa już wiedziała, że za chwilę rozpocznie się kolejna porcja plotek. Wszyscy czekali na najnowsze wieści. Kartkę trzymała już przygotowaną. Wiedziała jednak, że najpierw musi poczekać na Zosię. A ona, uśmiechając się zalotnie, wygłosiła swym dźwięcznym głosikiem:

— Słuchajcie, nie uwierzycie, co przed chwilą działo się na korytarzu administracji! Aśka z Mariolą szarpały się za włosy i wrzeszczały. Podobno poszło o faceta. Aśka to przecież gruba baba i ona ma jeszcze jakieś urojone ambicje? 

Gabinet szefa ponownie zalała fala dzikiego śmiechu. Nad wszystkimi górował perlisty śmiech Zosi, tak donośny, że docierał na zewnątrz, gdzie słyszeli go zwiedzający.

— Urojone ambicje, idealnie to ujęłaś! — ryczał Jasiek. Ryk wszystkich i piskliwy chichot zlały się w jedno, niosące się echem po całym bloku. Gdy wszyscy w końcu usiedli, a śmiech ucichł, Ewa wyciągnęła kartkę aby skonsultować z szefem swoje wątpliwości:

— Szefie... tu się coś nie zgadza. Mógłbyś mi to wyjaśnić? 

Spojrzał na kartkę.

— Rzeczywiście. Tu jest błąd w instrukcji.

— To się później poprawi — mruknął Jasiek.

— Nie przeszkadzaj. Ale jesteś namolna.

Na kolejnym porannym zebraniu Ewa usiadła na swoim miejscu. Kiedy po raz kolejny usłyszała:

— No dobrze, a teraz posłuchajcie...

Zamknęła notes i wstała. W pokoju zrobiło się cicho.

— Dokąd?

— Mam pracę.

Gdy wychodziła, dobiegły ją słowa:

— Ale z niej dziwoląg.

— Namolna.

— Przecież z niej to taka oferma.

Gdy docierała do swojego pokoju, za plecami wciąż słyszała rechot towarzystwa wzajemnej adoracji. Zamknęła się w swoim pokoju.

  Przestała chodzić na poranne zebrania.

Następnego dnia po skończonej pracy wpisała hasło, by uzyskać dostęp do kopii zabezpieczającej dane. Na ekranie pojawił się błąd. Wpisała je drugi raz. Potem trzeci. Jeszcze raz. Niemożliwe... Serce zaczęło mocniej bić. Wstała i poszła do gabinetu szefa z pytaniem:

— Dlaczego nie mogę dostać się do backupu?

— Jestem szefem. Stwierdziłem, że nie musisz go mieć.

— Nie rozumiem. Dlaczego?! — krzyknęła zaskoczona.

Nie rozumiała. Dostęp do kopii zabezpieczających był przecież podstawą bezpieczeństwa danych. Z goryczą krzyknęła:

— Jaśku, dlaczego zabrałeś mi hasło!

— Budzisz niepokój w zespole. Jesteś niezrównoważona i zagrażasz bezpieczeństwu sprzętu oraz zespołu. — grzmiał przełożony.

Głośne domaganie się wyjaśnień uznano za „szaleństwo” Ewy. Kierownik opisał jej zachowanie w notatce służbowej. Wezwanie przyszło następnego dnia. Kartka z krótką informacją leżała na jej biurku. Przez kilka godzin nie potrafiła skupić się na pracy. Wiedziała już, że nie idzie na rozmowę, lecz na przesłuchanie. Szła korytarzem, który znała od lat. Tego dnia wydawał się dłuższy niż zwykle. Każdy krok odbijał się od starej posadzki głuchym stuknięciem. Mijała drzwi kolejnych pokoi, unikając spojrzeń współpracowników. Miała wrażenie, że wszyscy już wiedzą.

Otworzyła drzwi. Zanim zdążyła powiedzieć „dzień dobry”, zrozumiała, że wszystko zostało już ustalone. Trzy osoby siedziały po jednej stronie stołu. Krzesło dla niej stało samotnie naprzeciw.

Oprócz naczelnego zobaczyła panią wicedyrektor, pełniącą także obowiązki „czynnika społecznego”, oraz kierownika sekcji komputerowej. Stała w progu. Pot spływał jej po plecach. W uszach narastał jednostajny szum. Na miękkich nogach podeszła do krzesła. Pokój nagle zawirował. Słowa dyrektora dotarły do niej jak przez grubą warstwę filcu, gdy odczytywał notatkę służbową.

— „W dniu... pracownica zachowywała się agresywnie...” — przeczytał spokojnym głosem.

Zamilkł na chwilę, jakby sprawdzał, czy wszyscy nadążają.

— „Swoim zachowaniem wywołała niepokój wśród współpracowników...”

Z każdym kolejnym zdaniem miała wrażenie, że oskarżają zupełnie inną osobę.

— „Przejawiała brak panowania nad emocjami, czym stwarzała zagrożenie dla bezpieczeństwa sprzętu oraz zespołu...” 

Zacisnęła dłonie pod stołem. Miała ochotę powiedzieć: „To nieprawda”. Nie odezwała się.

Dyrektor zamknął teczkę. W pomieszczeniu zrobiło się cicho. Nawet zegar na ścianie wybijał sekundy głośniej niż zwykle. Wtedy spojrzał na nią.

— Czy przyznaje pani, że zachowała się agresywnie?

Pokręciła lekko głową, czując, jak łzy bezsilności napływają jej do oczu.

— Nie. Może zbyt głośno domagałam się tylko wyjaśnień, ale ich nie otrzymałam — wykrztusiła Ewa.

Tam, gdzie przed chwilą był strach, nagle eksplodowała czysta, bezsilna rozpacz. Poczuła, że jeśli teraz zamilknie, już nigdy nie odzyska głosu.

Zacisnęła dłonie na krawędzi stołu i nagle krzyknęła, patrząc przełożonemu prosto w twarz:

— Dlaczego mnie tak traktujesz? Co ja ci zrobiłam?

Echo jej okrzyku na dłuższą chwilę zawisło w powietrzu. Naczelny spojrzał na nią zdumiony.

Jasiek patrzył na nią spokojnie, z cieniem zniecierpliwienia. Jakby właśnie potwierdziła wszystko, co napisał w notatce.

Głos wicedyrektorki dochodził do niej jak z oddali.

— Panie dyrektorze, rekrutacja i wdrożenie nowego pracownika byłyby dla nas zbyt kosztowne. Myślę, że lepiej pozostawić panią Ewę na obecnym stanowisku.

— Tak, to prawda, nie stać nas na nowego pracownika do tak trudnego programu, na którym pracuje sekcja komputerowa — zgodził się.

Nie rozumiała już, o czym mówią. Jak zza szyby docierały do niej tylko pojedyncze słowa: „rekrutacja”, „wdrożenie”, „koszt”... i:

— Pani Ewo, proszę się we wszystkim podporządkować mgr Janowi Krasowskiemu.

Gdy wszyscy zaczęli wychodzić, została sama przy stole. Próbowała wstać. Nogi odmówiły posłuszeństwa. Siedziała nieruchomo, patrząc na puste krzesła. Próbowała nabrać powietrza, ale każdy oddech przychodził z wysiłkiem.

Następnego dnia weszła do sekcji komputerowej i jak zwykle powiedziała:

— Dzień dobry

Przywitało ją milczenie.

Kierownik nie był zadowolony z decyzji dyrekcji. Ewa nadal pozostawała w sekcji. Jeszcze tego samego dnia wezwał ją do swojego gabinetu.

— Natychmiast proszę przynieść mi dwie karty magnetyczne: jedną do wejścia do naszego działu, drugą na korytarz i klucze do bloku.

Zakryła twarz dłońmi i krzyknęła:

— Jeśli nie będę miała kluczy, jak wejdę do bloku, do pracy?

— Od tej chwili nie jest to mój problem. — odrzekł z pogardą.

Po nieprzespanej nocy w jej głowie wirował chaos. Przyniosła je i rzuciła Jaśkowi na biurko. Odbiły się od szklanego blatu i z brzdękiem spadły na podłogę.

— Nikt cię nie nauczył kultury? — odburknął złośliwie.

Od tej chwili każdego ranka musiała czekać na pracowników innych biur, by wejść z nimi do budynku.

Zdarzało się, że w mroźny, zimowy poranek widziała przed sobą postać, która szybkim krokiem zmierzała do drzwi wejściowych bloku. Ewa krzyknęła:

   — Proszę zostawić mi otwarte drzwi!

Biegła, żeby zdążyć wejść. Nie zdążyła. Drzwi zatrzasnęły się przed jej nosem. Tupała, aby stopy nie zmarzły. Mróz szczypał w policzki, palce w rękawiczkach skostniały, aż przestały boleć. Za plecami mijali ją obojętnie pracownicy idący do swoich biur w innych blokach. Wciąż patrzyła na zegarek. Dopiero po piętnastu minutach nadszedł kierownik archiwum.

  — Jak dobrze, że w końcu pan nadszedł. Stoję tu już od piętnastu minut i bardzo zmarzłam.

  — Nie ma pani swojego klucza? — zdziwił się.

  — Szef mi je odebrał.

  — Aaa, przypominam sobie, niestety nie mam na to wpływu — tłumaczył się.

Kiedy zdołała w końcu dostać się do swojego miejsca pracy, archiwistka przyniosła jej partię dokumentów, by wprowadzić je do bazy danych. Spojrzała z niedowierzaniem.

 — Przecież to nie są oryginały, tylko fotokopie. Proszę spojrzeć — w niektórych miejscach prawie nic nie widać. Litery rozpływają się. Każde słowo trzeba odgadywać.

 — Takie dostałam polecenie — wzruszyła ramionami dokumentalistka.

  — Pozostali też dostali fotokopie? — spytała Ewa dławiącym się głosem.

Wychodząc w pośpiechu, kobieta nic nie odpowiedziała.

Tego samego dnia na ekranie komputera zobaczyła komunikat: „Proszę sporządzać codzienny raport z ilości wykonanej pracy.”. Wyznaczony zakres danych był tak duży, że trudno było wprowadzić go w ciągu ośmiu godzin.

Ewa wzięła do ręki lupę i z mozołem próbowała odgadnąć zlewające się litery. Przechylała kartkę pod różnymi kątami, próbując odczytać zapis. Włączyła lampkę. Papier fotograficzny odbił światło prosto w jej oczy; podskoczyła i strąciła z biurka lupę.

— Przecież tego nie da się przeczytać...

Policzyła ilość zadanych jej rekordów do wprowadzenia w pamięć komputera i popłynęły jej łzy bezradności.

Nazajutrz, ogromnym wysiłkiem, znów przyszła do pracy.

Po wpuszczeniu jej do bloku przez pracowników innych biur, zastała zamknięte drzwi do sekcji komputerowej. Usiadła bezradnie w fotelu pod oknem. Mijali ją obojętnie pracownicy z innych wydziałów, aż kierownik archiwum zauważył:

   — Znowu wszyscy gdzieś wyjechali...

   — Jak widać, moim miejscem pracy jest korytarz.

  — Niestety nic na to nie poradzę — próbował się tłumaczyć mężczyzna.

 Co kilka minut wzdychała ciężko. Patrzyła bezmyślnie w jeden punkt. Poczuła, jak żołądek kurczy się w ciasny, bolesny supeł, wywołując mdłości. Ciągle zerkała na ścienny zegar, którego wskazówki poruszały się w ślimaczym tempie.

  — Co tu pani robi na korytarzu? — zainteresował się Adam z działu naukowego.

 — Czekam do piętnastej, żeby iść do domu — odpowiedziała cicho Ewa.

Każde nowe upokorzenie odbierało jej coś, co wcześniej uważała za oczywiste. Najpierw zaufanie, potem możliwość obrony, w końcu zwykłe prawo wejścia do własnego miejsca pracy. Najbardziej męczyła ją nie złośliwość przełożonego, lecz to, że nie umiała znaleźć żadnego logicznego wyjaśnienia. Gdyby popełniła błąd, mogłaby go naprawić. Ale nie wiedziała, za co właściwie jest karana.

Gubiła okulary. Ręce drżały jej nad klawiaturą, wciąż się myliła. Na każde „dzień dobry” odpowiadało jej milczenie.

W nocy budziła się z uczuciem, że nie spała. Przestała wierzyć sobie.

Rodzina miała dla niej jedną radę: „Jak weszłaś między wrony, kracz tak jak i one”.

Przez tydzień leżała bez ruchu. Patrzyła w sufit i miała wrażenie, że życie zatrzymało się gdzieś obok niej. Nie płakała. Była zbyt zmęczona nawet na to. Nie zauważyła nawet, kiedy przestała malować. Wieczorami nie miała już siły czytać ani słuchać radia. Cały wysiłek wkładała w to, żeby następnego dnia znów wejść do muzeum.

W końcu wzięła tydzień urlopu, spakowała niewielką torbę i pojechała na wieś, do dziadków.

 

ROZDZIAŁ XII

Obudziła się, gdy w pokoju panował jeszcze gęsty, lodowaty chłód. Każdy oddech zmieniał się w parę, a spod wielkiej pierzyny wystawał tylko czubek nosa. Przez chwilę nie miała odwagi wysunąć spod pierzyny nawet stóp. Po chwili rozszedł się zapach palonego w piecu drewna i poczuła stopniowo rozchodzące się zbawienne ciepło. Z oddali słychać było pianie koguta i gdakanie kur. Dziadek w kufajce i gumofilcach przyniósł już ze źródła dwa wiadra wody. Postawił je w sieni i otarł pot z czoła. Od gorących kafli pieca biło ciepło. Woda była lodowata. Gdy Ewa zanurzyła w niej dłonie, odskoczyła, a gęsia skórka pokryła jej całe ciało. Dziadek roześmiał się:

  — To nie kranówka z bloku, Ewunia. To żywa woda.

Babcia zdjęła z gorącego pieca ogromny garnek, z którego roznosił się słodki zapach mleka.

  — No, Ewa, zostaw tę wodę, bo ci palce odpadną, i siadaj do stołu — zawołała.

Babcia z niesamowitą zręcznością zrywała z ciasta małe kluseczki i wrzucała na wrzątek. Chwilę później na drewnianym stole wylądował głęboki talerz pełen parującej zacierki. Nad talerzem unosiła się para. Gorąca zacierka w mleku szybko rozlała ciepło po całym jej ciele.

Ewa ubrała gumowce o trzy numery za duże, tak bardzo chciała wyjść na podwórko. Podwórko tętniło wiejskim chaosem. W wyschniętych miejscach pojawiła się trawa, w której grzebały kury. Pod ścianą obory kot rozciągał się leniwie. Słychać było pomrukiwanie świnek i ciche buczenie krów. Powietrze pachniało wilgotną ziemią i topniejącym śniegiem. Ewa człapała przez podwórko, gubiąc stopy w wielkich gumowcach, które przy każdym kroku głośno mlaskały w błocie. Każde wdepnięcie w głębokie, błotniste kałuże przynosiło jej ogromną frajdę. Kiedy tak brnęła w błocie, usłyszała rozbawiony głos dziadka, który stał nieopodal, oparty o płot:

— Ewuś, ty jesteś miastowa. Rąbanie drewna to nie za ciężka robota dla twoich delikatnych rączek?

— Dziadku, dam radę! — fuknęła i podbiegła do pieńka, przy którym leżała siekiera.

  — No dobrze, tylko palców nie poucinaj — zaśmiał się pod wąsem.

Ewa zamachnęła się i uderzyła w pniak. Ostrze odbiło się z głuchym stukotem, zostawiając na korze zaledwie płytką rysę.

  — Widzisz? Sosna ma twarde sęki. Trzeba wiedzieć, gdzie uderzyć.

   — Dziadku, naucz mnie.

 — No dobrze, miastowa, to patrz uważnie — powiedział poważniejszym tonem.

  — Po pierwsze postawa. Nie stój złączonymi nogami, bo stracisz równowagę.

Ewa posłusznie rozstawiła nogi na szerokość ramion.

   — Lepiej — skinął dziadek głową.

  Ewa posłuchała wskazówek dziadka, wzięła głęboki oddech i mocno zacisnęła dłonie na drewnianym trzonku. Wbiła wzrok w niewielkie pęknięcie na środku nowego pniaka.

  — Spokojnie, bez pośpiechu — powiedział dziadek, stojąc o krok z tyłu.

Uniosła siekierę nad głowę. Zamachnęła się, wykorzystując ciężar całego ciała. Ostrze trafiło idealnie w sam środek szczeliny. Kloc drewna z głośnym stukotem pękł na dwie części, które potoczyły się w błoto. Ewa zamarła na chwilę, patrząc na swoje dzieło z szeroko otwartymi oczami, po czym podskoczyła z radości.

— Udało się! Dziadku, widziałeś?! Rozłupałam — zawołała, promieniując dumą.

  — No, no! Może i miastowa jesteś, ale krew nie woda, genów nie oszukasz — zaśmiał się, poklepując ją po ramieniu.

  — Jutro bierzemy się na poważnie do rąbania drewna — dodał z udawaną powagą.

Ewa uśmiechnęła się, ale czuła się już zmęczona nietypowym wysiłkiem. Szła wydeptaną ścieżką wzdłuż zagajnika. Za plecami został stuk siekiery i gdakanie kur. Przy potoku słychać było tylko szemrzącą wodę. Zatrzymała się na jego skraju, tam gdzie ziemia była najbardziej wilgotna, i kucnęła nieomal tracąc równowagę. Jej wzrok przyciągnęły wiosenne kwiaty, maleńkie białe przebiśniegi. Nie mogąc ich sfotografować, złożyła dłonie w ramkę, udając obiektyw aparatu, mrużąc jedno oko. Przez chwilę poprawiała kadr, przesuwając go o kilka centymetrów, aż objął także połyskującą wodę potoku. Nie przyszło jej nawet do głowy, że błoto ochlapało gumowce i dół spódnicy. Ten kadr był właściwy. Obraz przebiśniegów zatrzymała w pamięci. Nie potrzebowała aparatu. Wystarczyło, że go zobaczyła. Choć gumowce ciążyły i zsuwały się z nóg, nie ruszała się jeszcze przez chwilę. Stała pośród budzącego się do życia świata. Ten dobry nastrój zabrała ze sobą do pracy przy komputerze.



ROZDZIAŁ XIII

Od kilku miesięcy każdy dzień wyglądał podobnie.

Dzień za dniem cierpliwie siadała z lupą w dłoni i pochylała się nad błyszczącymi fotokopiami.

Odbijające się światło zmuszało ją do nieustannego zmieniania kąta patrzenia, zanim rozszyfrowała kolejne litery.

Przesuwała palcem po śliskiej powierzchni fotokopii. Nagle zatrzymała go.

Zauważyła, że początek kolejnych zapisów powtarza się niemal słowo w słowo. Sprawdziła jeszcze kilka kart. Schemat powtarzał się bez wyjątku.

Wystarczyło raz przepisać najlepiej zachowany fragment, a potem kopiować go do kolejnych rekordów.

— Przecież tę partię tekstu mogę zapisać w Wordzie jako gotowca, a potem tylko metodą „kopiuj–wklej” przenosić do komputera — pomyślała z ulgą.

Dzięki temu narzuconą liczbę rekordów wykonywała w cztery godziny zamiast przez cały dzień. To odkrycie sprawiło, że miała czas na powolne czytanie dokumentów.

Coraz bardziej rozumiała, że każdy dokument ocala czyjeś nazwisko od zapomnienia. Może dlatego tak bolało ją, gdy inni próbowali wymazać ją z zespołu. Dokumenty stały się dla niej ważniejsze niż rechoczące głosy zza ściany. Przestała poświęcać im uwagę.

Czasem otwierała szufladę i wyjmowała album Krzysztofa. Czytała dedykację: „Nie szukaj w sobie tego, co widzą inni. Spróbuj zobaczyć to sama”. Wtedy przed oczami znów pojawiał się obraz przebiśniegów.

Z miesiąca na miesiąc odzyskiwała spokój. Całą uwagę skupiała na pracy, która mimo wszystkiego stała się jej pasją. Wracały siły.

W pewnym momencie uświadomiła sobie, że powtarzająca się w dokumentach parafka może mieć znaczenie historyczne. Nie potrafiła jednak przypisać jej do konkretnej osoby.

Zeskanowała wszystkie nieczytelne podpisy.

Dawny przełożony Ewy, uczony-historyk, już na emeryturze, często przesiadywał w kafejce niedaleko muzeum. Idąc po pracy do domu, weszła do niej. Ku swojej radości zobaczyła go, siedzącego jak zwykle przy swoim stoliku z filiżanką kawy.

— Dzień dobry, panie profesorze!

Usiadła naprzeciwko, jak robiła to już nieraz.

— Dzień dobry. Widzę w twoich oczach jakiś błysk — odpowiedział, zadowolony, że już nie siedzi sam. 

— Przeczytałam pana doskonały przewodnik po muzeum. Moje gratulacje.

— Dziękuję, młoda damo, ale coś mi się wydaje, że przyszłaś do mnie z problemem.

— Tak — roześmiała się Ewa.

Obok filiżanki położyła kartkę ze zeskanowanymi parafkami.

— Jestem przekonana, że pan profesor będzie wiedział, która z nich do kogo należy.

Starszy pan założył okulary w rogowej oprawce. Nie przyglądał się długo.

— Pierwszy raz ktoś się z tym problemem do mnie zgłasza.

Spojrzał na Ewę, przechylając głowę tak mocno, że okulary zsunęły mu się na czubek nosa.

— Naprawdę? — zdziwiła się.

Profesor wyciągnął z teczki pióro i obok każdej parafki czytelnie przypisał konkretne imię i nazwisko.

— Rozumiem, do czego są ci potrzebne...

Uśmiechnęła się z wdzięcznością.

— Bardzo panu dziękuję. Ogromnie mi pan pomógł.

Profesor odłożył pióro i przez chwilę przyglądał się zapisanej kartce.

— Cieszę się, że jeszcze czasem mogę się na coś przydać — powiedział z lekkim uśmiechem.

Ewa spojrzała na niego uważniej. Dopiero teraz zauważyła, że wygląda na bardziej zmęczonego niż zwykle.

— A jak się pan czuje, panie profesorze?

Machnął ręką.

— Jak człowiek w moim wieku. Raz lepiej, raz gorzej. Ostatnio trochę gorzej, ale proszę się tym nie przejmować.

— Właśnie że będę. — Uśmiechnęła się. — Życzę panu przede wszystkim zdrowia. I żeby jeszcze długo mógł pan pomagać takim jak ja.

Profesor popatrzył na nią znad okularów.

— To bardzo miłe życzenia. Chyba nawet lepsze niż „powodzenia”.

— Bo zdrowie jest ważniejsze.

— Tego nie będę z panią profesorską dyskutował — odpowiedział z rozbawieniem.

Ewa wstała od stolika.

— W takim razie proszę na siebie uważać.

— Postaram się, młoda damo.

— I proszę nie rezygnować z kawy.

Profesor spojrzał na swoją filiżankę.

— Tego akurat lekarz mi nie zabronił.

Roześmiali się oboje.

— Do widzenia, panie profesorze. I jeszcze raz dziękuję.

— Do widzenia, Ewo. Powodzenia.

Wyszła z kafejki z poczuciem, że tym razem to nie tylko ona otrzymała coś od niego.

Idąc w stronę domu, pomyślała o nazwiskach, które każdego dnia ratowała od zapomnienia. Ktoś tymczasem próbował wymazać ją z pamięci własnego zespołu. Tym razem jednak ta myśl nie zabolała. Liczyło się tylko to, że wykonała swoją pracę dobrze.

Wreszcie projekt digitalizacji dobiegł końca i nadszedł czas podsumowania pracy całego zespołu.

Drzwi jej pokoju uchyliły się gwałtownie.

— Szef kazał wszystkim przyjść.

Ewa uniosła wzrok znad dokumentów.

— Wszystkim?

— Wszystkim.

Zatrzymała się niechętnie tuż za progiem gabinetu. Wszyscy już tam byli. Nikt nie siedział.

W pokoju panowała taka cisza, że Ewie aż dźwięczało w uszach.

Jasiek siedział za biurkiem z kartką w dłoni. Twarz miał nienaturalnie czerwoną. Patrzył na zespół w milczeniu.

— Waldek! Gdy zobaczyłem twoje wyniki, to mi ręce opadły!

Jasiek trzęsącymi się rękami uderzył w blat biurka.

Ku swojemu zdziwieniu zauważyła, że gniewnym wzrokiem omiótł wszystkich... oprócz niej.

— Ja?! — oburzył się głośno Waldek, stojąc wyprostowany jak struna, z piersią wysuniętą do przodu.

— To niemożliwe. Jeszcze raz przelicz wyniki. Ja napisałem dobrze.

— Czy ty masz pojęcie, jak działa liczenie komputerowe? To nie ja sobie wymyśliłem. Tak wyliczył komputer — warknął.

Po pokoju przebiegło nerwowe poruszenie. Ktoś spuścił wzrok, ktoś inny zacisnął pięści.

— A ty, Zosieńko? Tylko pięćdziesiąt procent! — wrzasnął już bez opamiętania, wymachując kartką z wynikami.

Zosia z wdziękiem zamrugała rzęsami i ułożyła usta w serduszko.

— Ja? Naprawdę? To niemożliwe — zaćwierkała swoim wdzięcznym głosikiem, poprawiając mankiet ślicznej bluzeczki.

Ewa omal się nie uśmiechnęła.

Szef zacisnął usta. Przez chwilę wyglądał, jakby próbował się opanować. Bezskutecznie.

— Wszyscy jesteście kompromitacją!

— Nie wszyscy. Ewa napisała najwięcej. I bezbłędnie. Tylko ona rozszyfrowała nieczytelne podpisy — dodał już ciszej.

Nie poczuła satysfakcji. Odruchowo spuściła wzrok. Czuła tylko nieprzyjemny ciężar. Wiedziała już, że właśnie przestała być niewidzialna.

Na twarzach zgromadzonych w pokoju Ewa dostrzegła niedowierzanie i lodowate spojrzenia. Waldek zacisnął usta. Zosia przestała się uśmiechać.

Zapadła cisza.

Wszyscy zaczęli wychodzić, potrącając stojącą w progu Ewę.

— Teraz sobie nas upatrzył! Z żoną się pokłócił i gdzieś musi się wyładować.

Jeszcze tego samego dnia do pokoju Ewy weszła niemal bezszelestnie pani sprzątająca.

— Ale u was wrze. Co się stało? — zapytała z zaciekawieniem.

— Długo by opowiadać...

W korytarzu co chwilę głośno trzaskały drzwi. Słychać było nerwowe rozmowy.

— U was dziś aż strach wchodzić. Kierownik polecił mi pani przekazać tę małą paczkę.

— Dziękuję pani — odpowiedziała zdziwiona.

Kobieta jeszcze przez chwilę patrzyła na Ewę, ale ta milczała. Wyszła.

Bez pośpiechu otworzyła paczkę. Zadźwięczały wszystkie klucze do drzwi wejściowych.

— Łaskawca — pomyślała.

Nie był to jednak koniec niespodzianek.

Podczas podpisywania listy obecności usłyszała głos kadrowej.

— Pani Ewo, proszę nie wychodzić. Zapraszamy do biura.

— Proszę tu podpisać — podsunęła jej dokument.

— To dla mnie? Aż tyle? — zaskoczona Ewa spojrzała na urzędniczkę.

— Tak. Ma pani podwyżkę i najwyższą możliwą premię — powiedziała uroczystym tonem.

Jeszcze długo nie mogła oderwać wzroku od podpisanego dokumentu.

Wróciła do biura oszołomiona. Pieniądze nie potrafiły wymazać pamięci.

Na korytarzu, gdy mijała szefa, usłyszała:

— Ewa, organizuję nowy zespół do pracy na zlecenie. Można na tym dobrze zarobić. Wybieram najlepszych. Zapraszam do nowego zespołu.

Ewa spojrzała na niego obojętnie. Nie odpowiedziała. Poszła dalej.

Kiedy szef przyszedł z kwiatami, by ją przeprosić, powiedziała:

— Kwiaty przyjmuję. Ale proszę zachować ode mnie metr odległości.