Ewa
znała ten głos lepiej niż niejedną twarz.
Przez lata
towarzyszył jej wieczorami — w ciszy pokoju, przy zapalonej
lampce, gdy radio stawało się jedynym oknem na świat. Był
spokojny, wyważony, z nutą ironii i ciepła.
Szczególnie zapamiętała audycję o losach dwóch poetek — Haliny Poświatowskiej i Sylvii Plath.
Dlatego gdy w zamkowym korytarzu usłyszała znajomą modulację zdań, najpierw pomyślała, że to złudzenie.
Nie było tu przecież radia. Nie o tej porze. Nie wśród kuracjuszy zmierzających na zajęcia.
A jednak.
— Gdzie mamy teraz iść? — zabrzmiało miękko zza uchylonych drzwi biblioteki.
Ruszyła.
Przeszła przez salę lustrzaną, przez oranżerię pachnącą wilgotnymi liśćmi, dalej — krużgankami pełnymi rozmów i śmiechu. Zajrzała do kaplicy, zajrzała do dużych sal, gdzie głosy odbijały się echem i wracały z różnych stron.
Złudzenie rozwiało się dopiero wtedy, gdy pielęgniarka potwierdziła, że dziennikarka Anna krąży po komnatach zamku.
Ewę ogarnęła nagła lekkość, jakby coś w niej się otworzyło. Zaraz potem przyszła obawa. W tłumie kuracjuszek łatwo przecież zniknąć, rozpłynąć się w szumie rozmów. Czy znajdzie w sobie odwagę, żeby podejść, usiąść obok i powiedzieć coś, co zostanie zapamiętane?
Tej nocy długo nie mogła zasnąć.
Rankiem, jeszcze półprzytomna, schodziła ozdobnymi schodami do jadalni.
Gdy mijała uśmiechniętą blondynkę wchodzącą po schodach w górę, powiedziała odruchowo:
Ewa stanęła jak wryta.
To był ten głos.
Nieznajoma zrobiła jeszcze dwa kroki i nagle się zatrzymała. Odwróciły się jednocześnie — jak w zwierciadlanym odbiciu. Przez chwilę patrzyły na siebie z niedowierzaniem.
I wtedy obie się roześmiały.
Zbliżyły się odruchowo, jakby znały się od dawna, i objęły w krótkim uścisku.
— Od dzisiaj razem opalamy się w ogrodzie — powiedziała Anna. — Mam swoje miejsce. Nikt nas tam nie znajdzie.
Ewa nie próbowała tego zrozumieć.
Schodziły razem do ogrodu, a poranne słońce powoli rozlewało się po zamkowych murach.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz