Tekst w ciągłej obróbce, poprawianiu
Prolog
Wraz z majem miłość Marii i Władysława rozkwitła niczym kwiaty w ogrodzie Mietka. Spacerowali alejkami Sopotu, a przechodnie zatrzymywali na nich wzrok — szczególnie na niej, w lekkich sukienkach z paczki UNRRA, które układały się na jej smukłej sylwetce jak obietnica nowego życia. Marysia chowała się za jego ramieniem, wciąż nieprzywykła do zachwytu świata. Władysław cierpliwie uczył ją patrzeć na siebie łagodniej — w drobnych gestach, w milczeniu dłoni, w spojrzeniach, które nie wymagały słów.
Pod koniec października pojechał na Kielecczyznę. Ukląkł przed Stanisławą, matką Marii, i powiedział prosto, bez patosu:
— Dziękuję za wychowanie tak wspaniałej dziewczyny. Chcę spędzić z nią życie. I cieszę się, że ona tego samego pragnie.
Stanisława uśmiechnęła się, objęła go, pobłogosławiła i uściskała serdecznie.
Pierwszy dzień stycznia był jasny i spokojny. Skromny ślub w Sopocie, wesele w domu Mietka. Wczesną wiosną Maria jakby odrodziła się — w jej ciele rosło nowe życie. Władysław nie potrafił ukryć radości. Wkrótce dostali mieszkanie w Gdyni. Rozpoczęli nowy rozdział we wspólnym życiu, który zapowiadał spełnienie ich pragnień.
Pewnego lipcowego poranka, spiesząc do pracy, Władysław pomógł ciężarnej kobiecie wsiąść do przepełnionego autobusu. Pasażerowie zwisali ze stopni, trzymając się siebie nawzajem. Nagle wszystko wymknęło się spod kontroli. Przyczepa wpadła w śliski po deszczu ubytek asfaltu. Kobieta została wyrzucona z pojazdu i uderzyła w przydrożne drzewo — zginęła na miejscu. Inni znaleźli się pod kołami. Władysław, z rozległym krwotokiem wewnętrznym, trafił do szpitala.
Był silny. Chirurg podjął się ryzykownego zabiegu, przeszczepu porwanych jelit. Szwy przyjęły się. Każdy dzień był walką, lecz wracał do życia.
Podczas rutynowego prześwietlenia, w drodze windą na piętro rentgenu, nagłe szarpnięcie zatrzymało kabinę. Władysław krzyknął z bólu — delikatne szwy puściły, wywołując kolejny krwotok. Cud obrócił się w katastrofę. Lekarze wiedzieli, że tym razem nie zdołają go uratować.
Granica między jawą a snem rozmywała się jak mgła. Władysław czuł obecność czegoś jasnego i cichego. Nie był pewien, czy nad nim krążyły ptaki, czy pochylali się aniołowie. Powietrze pachniało krochmalem i żywicą rodzinnych lasów. Wokół łóżka poruszały się siostry zakonne w białych habitach, z tą spokojną harmonią, którą ma tylko ktoś żyjący w rytmie modlitwy.
Zahartowane ciało wciąż się buntowało. Lekarze wymieniali spojrzenia — według ich wiedzy ten człowiek nie powinien już żyć. A jednak żył.
W snach wędrował po miejscach, których nie znał: po tropikalnych wyspach skąpanych w zieleni, po złocistych salach, gdzie echo wołało jego imię. Zawsze jednak wracał do jednego obrazu — ogromnej sali wypełnionej srebrzystym światłem. Pośrodku stała szklana kołyska. Leżała w niej dziewczynka, piękna i krucha. Wiedział bez pytania: to jego dziecko.
Opowiadał o niej siostrom — o drobnych dłoniach i ustach, które poruszały się, jakby szeptały tajemnicę. Słuchały z wiarą, której brakowało innym. Dla Marii były to tylko majaczenia człowieka bliskiego śmierci.
Na dwa dni przed odejściem zobaczył ją znów. Była starsza, a jej oczy miały blask życia.
— Tato. Przyjdę na świat jako prezent od ciebie, pod choinkę — powiedziała, a jej głos brzmiał jak dzwoneczki w śniegu.
— Moja Ewunia — wyszeptał.
Obraz pękł jak kropla na rozgrzanym kamieniu.
Obudził się zlany potem. Jeszcze drżał, gdy do sali weszła Stanisława. Opowiedział jej sen — o córce i o imieniu. Słuchała w milczeniu, z wiarą w spojrzeniu.
Boże Narodzenie zbliżało się, lecz dla Marii jego światło było przygaszone. Nie zniosłaby tych dni na wybrzeżu, gdzie pół roku wcześniej pochowała męża. Wigilię postanowiła spędzić u siostry Emmy. Czuła się fizycznie dobrze, lecz lęk przed porodem narastał — wiedziała, że Władek nie będzie przy niej.
Nazajutrz obudziła się w dziwnej lekkości. Po śniadaniu przyszły skurcze.
— Za wcześnie — wyszeptała.
Akuszerka spojrzała jej prosto w oczy. — Dziecko chce przyjść na świat teraz.
W domu zapanował chaos. A potem wszystko ucichło. Ciszę przeciął pierwszy, czysty płacz.
— Córeczka — powiedziała akuszerka. — Jak będzie miała na imię?
— Wigilia… Może Ewa? — zaproponowała.
— Może być — szepnęła Maria.
Nikt nie połączył tego z opowieściami Władysława. Tylko Stanisława, stojąc w progu, wiedziała, że historia zatoczyła krąg.
Dziś Ewa często odwiedza grób ojca. Patrzy na dwie daty wyryte w kamieniu i myśli, jak niewiele miejsca jest między nimi — i jak wiele można w nim pomieścić. Czasem przymyka oczy i wraca do srebrzystej sali ze szklaną kołyską. I wtedy słyszy głos:
Obiecałaś, córeczko. I dotrzymałaś.
Rozdział I
Wszystko
było na swoim miejscu.
Ściany. Okno. Łóżko.
Tylko ona nie była pewna, gdzie jest.
Ewa obudziła się z krzykiem.
Serce waliło jej tak mocno, jakby ktoś wyrwał ją z innego świata. Przez chwilę nie potrafiła oddzielić snu od rzeczywistości. Wciąż widziała ogromną salę. Kamienne ściany. Białe światło.
I mężczyznę. Leżał na łóżku. Szarpał się w pościeli, jakby walczył z czymś, czego nie było widać. Ewa próbowała podejść bliżej.
Coś
ją zatrzymywało.
Jak niewidzialna ściana.
Mężczyzna poruszał ustami. Długo nie rozumiała słów. Dopiero po chwili zobaczyła jego twarz.
Nie znała jej.
A jednak serce uderzyło gwałtownie.
— Tata…?
Mężczyzna otworzył oczy. Patrzył prosto na nią.
I wtedy usłyszała głos. Nie był głośny.
Brzmiał raczej jak echo, które dociera z bardzo daleka.
— Córeczko… pamiętaj.
Obudziła się.
Pokój
był zwyczajny.
Szafa. Stół. Cisza.
A jednak coś się zmieniło. Jakby nagle spadł na nią ciężar wielu lat życia.
Bezsenność zaczęła się dawno temu.
Tylko wtedy jeszcze nie wiedziała, że zostanie z nią na zawsze.
Rozdział II
Pogrzeb Marii był skromny. Skromny jak na całe jej życie. Ksiądz, dwie kuzynki, kilku znajomych. Ziemia była twarda od pierwszych przymrozków.
Ewa stała nad grobem bez łez. Nie czuła nic — ani smutku, ani ulgi. Tylko pustkę, która była cięższa niż żałoba.
Dopiero wieczorem, kiedy usiadła w fotelu, zaczęły wracać obrazy z przeszłości.
Najpierw jeden. Potem następny.
Przypomniała sobie dzień, w którym po raz pierwszy w życiu wysłała opowiadanie na konkurs do Filipinki.
Miała czternaście lat i czytała wszystko. Lema niemal na pamięć, fantastykę, poezję, a zupełnie nie wiadomo dlaczego także filozofię egzystencjalną i teksty francuskich piosenek.
Świat w jej głowie był znacznie większy niż ten, który ją otaczał.
Polonistka regularnie powtarzała:
— Przyznaj się, kto ci pisze wypracowania?
To bolało bardziej niż zła ocena.
Dlatego wysłanie opowiadania było aktem buntu. Cichym, samotnym dowodem, że jednak potrafi.
Dwa tygodnie później przyszedł list.
Niebieska koperta. Pieczątka redakcji w lewym górnym rogu.
Pierwszy w życiu list zaadresowany na jej imię i nazwisko.
Problem polegał na tym, że odebrała go ciocia Emma.
— No coś podobnego! — zawołała oburzona. — Ewa dostała list urzędowy? Przecież to musi być pomyłka!
— Ciociu… to nie pomyłka — powiedziała Ewa cicho. — Proszę mi go oddać.
Głos jej drżał.
Kiedy wyciągnęła rękę po kopertę, Emma cofnęła ją gwałtownie.
— Jakie listy? Jakie konkursy?
W tej chwili coś w Ewie pękło.
Bez słowa poszła do małego pokoju. Zamknęła drzwi. Osunęła się na łóżko i zaczęła wyć w poduszkę — głośno, rozpaczliwie, bez kontroli. Łzy mieszały się z potem, serce waliło jak oszalałe.
Z oddali słyszała głos Emmy:
— Ewa! Natychmiast przyjdź na obiad! Rosół stygnie!
Nie reagowała.
Dopiero gdy ciocia stanęła nad nią, z twarzą nieznoszącą sprzeciwu, podniosła się z łóżka. Ból głowy i ścisk w żołądku były tak silne, że zamiast do kuchni pobiegła do łazienki. Zwymiotowała.
— Co za nieusłuchane dziewuszysko! — wrzeszczała Emma. — Rosół stygnie! Nie będę go odgrzewała! Gdzieś ty się włóczyła?!
Ewa, blada i obolała, usiadła w końcu przy stole. Patrzyła na talerz, ale nie była w stanie przełknąć ani łyżki.
— No żesz kur…a mać! — ryknęła Emma. — Żryj ten rosół, bo ci napluję!
W tej samej chwili żołądek Ewy wywrócił się na drugą stronę. Zwymiotowała prosto do talerza.
Potem przyszła noc. Bezsenna. I kolejna. I następne. Zmęczenie narastało, ciało słabło, myśli się rozmywały. Ewa chodziła jak w półśnie — ospała, bezradna, jakby ktoś stopniowo wyciągał z niej życie.
A list z Filipinki już nigdy do niej nie wrócił.
Wieczorem Ewa wracała z babcią Stanisławą do maleńkiego mieszkania, w którym sypiała z mamą, Marią. Na każdym półpiętrze babcia przystawała, mówiąc cicho, jakby do siebie:
- Dziecko, jak mi ciebie szkoda… dziecko, jak mi ciebie żal.
Rozdział IV
Ewa mieszkała z mamą Marią w maleńkim mieszkaniu. Mama – wierząca, praktykująca. Ewa – od początku z jakąś wrodzoną niechęcią do religii, której nawet Maria nie potrafiła w niej przełamać. Kolęda dla Ewy była teatrzykiem, szopką dla dorosłych. Zawsze dziwił ją blask w oczach mamy, gdy ksiądz miał stanąć w progu.
Szczególnie zapamiętała jedną zimę. Na stole leżał wykrochmalony obrus, prasowany godzinę, żeby nie został ani jeden ślad zagięcia. Kryształowe naczynie z wodą, dwa świeczniki, krzyż. Tym razem ciekawił ją nowy proboszcz – poprzedni zniknął równie nagle, co nieodwołalnie.
Najpierw zjawili się kolędnicy. Zachrypniętym głosem odśpiewali kolędę i rozpłynęli się na klatce schodowej. A potem w drzwiach pojawił się on. Najpierw brzuch, potem reszta. Czerwony, spocony, ciężki. Wymamrotał modlitwę, pokropił mieszkanie wodą z kranu – święconej Maria nie zdążyła pożyczyć – i z hukiem usiadł na krześle, które zaskrzypiało pod jego ciężarem.
Jego twarz przybrała wyraz zwiastujący burzę. Maria, spięta, niemal na baczność, siedziała naprzeciwko niego z pokorą i bojaźnią.
Z eleganckiej torby wyjął dokumenty i z powagą kata oświadczył, że ma dowody na „skandaliczne prowadzenie się” Marii. Na początku mówił łagodnie, ale po chwili już grzmiał:
– Jesteś grzesznicą! Masz kochanka! Kobieta wierząca tak nie postępuje! Przychodzę, by przynieść ci zbawienie!
Spojrzał na Ewę i warknął:
– A ty jesteś grzesznym bękartem!
Jego słowa spadały na Marię jak bicze. Ewa widziała, jak kurczy się z każdym okrzykiem, coraz mniejsza, jakby próbowała zniknąć. Chciała coś powiedzieć, krzyknąć, stanąć przed nią jak tarcza, ale zagłuszał ją swoim moralnym gromem.
Wreszcie Ewa zebrała się na odwagę.
- Moja Mama jest wdową! – cała drżąc wrzasnęła tak, że usłyszeli sąsiedzi szykujący się na powitanie niosącego zbawienie.
Zapadła cisza. Głucha, ciężka, długa.
Ksiądz zamarł. Poderwał się gwałtownie, krzesło pisnęło, a on zachwiał się, jakby nagle zabrakło mu gruntu pod nogami. Zerknął jeszcze raz w dokumenty, zamrugał, sapnął i mruknął pod nosem, wyraźnie, z bezsilną rozpaczą człowieka, który wie, że przegrał spektakl:
- To pomyłka. Nie ten adres.
I wyszedł.
Zostawił za sobą zapach kadzidła, wstyd i echo słów, które miały ranić na wieczność. A jednak nie zostało po nim nic poza ciszą i cieniem śmieszności.
Maria pozostała praktykującą katoliczką.
Ewa do dziś pamięta tamto „to pomyłka” – jakby całe życie potrafiło czasem pomylić adres.
Rozdział V
Ewie przed oczami stanęło wspomnienie pierwszego wyjazdu nad morze. Tam skończyła się dla jej rodziców wojna.
Kolejne
wakacje przyniosły radość z przyjazdu wujka Mietka.
— Ewa,
pakuj się. Zabieram cię do siebie.
Jej osiemnastoletnie serce
zabiło gwałtownie. Morze. Szum fal. Trójmiasto. Od dawna ją
wołały.
— Mietek, czyś ty oszalał?! Przecież ta smarkula
się tam pogubi! Upilnujesz ją?
— Nie widzisz, jak ona wygląda?
To jeszcze dziecko! — upierała się Emma.
Maria milczała. Jej
spojrzenie mówiło to samo.
Drobna
sylwetka Ewy sprawiała, że wyglądała młodziej niż rówieśniczki.
One dojrzewały szybciej — pewne siebie, zauważane. Ona wciąż
była jak cień. Nikt nie traktował jej poważnie. Nikt nie
zapraszał bliżej.
A teraz pojawiła się szansa — wyrwać się
z miejsca, w którym znała tylko samotność.
Spojrzała na wujka błagalnie. Nie odpuścił.
Po nocnej podróży pociągiem znalazła się w ogrodzie Mietka pełnym róż i azalii. Powietrze było ciężkie od zapachów. W oddali czuć było słony oddech morza.
Mimo zmęczenia pobiegła na dziką plażę. Tam nie czuła wyobcowania. W oddali dostrzegła sylwetkę mężczyzny. Kontury rozmywały się w blasku słońca i morskiej mgle. Nie poczuła lęku. Stała boso, a fale obmywały jej stopy, jakby przypominały ślady rodziców.
Uwielbiała
Trójmiasto: zapach smażonych ryb, stare uliczki Gdańska, wille
Sopotu z ogrodami, w których czas się zatrzymał. Siadywała w
kawiarni „Alga” i patrzyła na kolorowy tłum turystów. Słuchała
rozmów — śmiesznych, dramatycznych, zwyczajnych. Chłonęła
gwar.
Choć była obok, nie w centrum — wystarczało jej to.
Kiedy
szykowała się do powrotu, usłyszała głos starszego kuzyna,
Adama, przystojnego milicjanta:
— Zapraszam cię na pożegnalną
kolację.
Podskoczyła.
— Serio? Gdzie?
— Niespodzianka.
Na
łóżku leżała sukienka, torebka, kapelusik, buty na obcasie i
kosmetyki.
— Ubierzesz się w to. Idziemy do lokalu, gdzie
obowiązuje elegancja.
Patrzyła na te rzeczy jak na rekwizyty z bajki o Kopciuszku. Wszystko pasowało idealnie. Sukienka nadała jej sylwetce kobiecości. Po raz pierwszy zrobiła makijaż.
Gdy
Adam wszedł do pokoju, zatrzymał się w progu.
— Ewa…
wyglądasz rewelacyjnie.
Spojrzała w lustro. Nie rozpoznała siebie.
Lokal przytłoczył ją od pierwszej chwili. Światło było ostre. Zapach perfum i alkoholu ciężki. Kelnerki w prowokacyjnych strojach poruszały się pewnie między stolikami. Na ścianach migotały obrazy, których dotąd nie widziała poza ukradkowym spojrzeniem w kiosku.
Mężczyźni patrzyli na nią w sposób, którego nie umiała nazwać. Ktoś pokazał jej zwinięty plik banknotów. Żart? Propozycja? Nie rozumiała.
Nagle
poczuła bolesne uszczypnięcie. Podskoczyła.
Adam zniknął. Po
chwili wrócił.
— To tylko „mewki”. Weszłaś w ich rewir.
Serce
waliło jej jak oszalałe.
— Adam, wychodzę. Nie wytrzymam.
Gdzie my jesteśmy?
Spojrzał
na nią inaczej niż dotąd. Twardo.
— Widzisz jedną ze stron
życia. Zapamiętaj.
W samochodzie czuła w ustach gorzki smak.
W
domu Adam długo milczał. W końcu powiedział:
— Przepraszam.
Byłaś jedyną osobą, która mogła pomóc w schwytaniu
podejrzanego. Dyskretnie go obserwowaliśmy. Jutro wyjeżdżasz.
Będziesz bezpieczna. I zapomnisz o tym miejscu.
Dopiero
wtedy zrozumiała, że była elementem cudzej gry.
Nie
Kopciuszkiem.
Była rekwizytem — jak sukienka i buty, które jej zabrano.
Rozdział VI
Jeszcze na kilka godzin przed wyjazdem Ewy wujek Mietek, chcąc poprawić jej nastrój, drapiąc się w łysinę powiedział:
– Ewuś, chodź tu na chwilę. Opowiem ci coś o twojej mamie i twoim ojcu.
– Naprawdę? Zawsze chciałam wiedzieć, jak się poznali.
Był maj, Ewa wraz z wujek usiedzieli w ogrodzie pełnym kolorowego kwiecia. Z długiej opowieści Mietka wyłoniła się historia:
Po kilku latach odbudowywania codzienności Maria poczuła, że jeśli zostanie w rodzinnej wiosce, coś w niej zastygnie. Cisza pól i rytm dobrze znanych dni, które kiedyś koiły, zaczęły uwierać. Pragnęła odejść, nie dlatego, że nie kochała tego miejsca, lecz dlatego, że bała się, iż już nigdy nie zrobi kroku naprzód.
Gdy nadarzyła się możliwość wyjazdu do brata Mietka, który po wojnie osiadł w Trójmieście, nie wahała się. Podróż na północ była jak przekroczenie niewidzialnej granicy. Za oknem znikały pagórki i pola, ustępując szerokim równinom. poczuła wilgotny wiatr z zapachem soli i czegoś obcego. Kiedy po raz pierwszy zobaczyła fale Bałtyku uderzające o brzeg z nieustępliwą siłą, zrozumiała, że naprawdę zostawiła dawny świat.
Nad morzem wszystko było inne: zamiast zapachu spalenizny – sól i wiatr; zamiast ciszy – gwar portowych ulic i krzyk mew. Miasto pulsowało młodością, jakby chciało nadrobić radość odebraną przez wojnę. A jednak Maria pozostawała tu obca. W tłumie roześmianych dziewcząt czuła się przezroczysta. Wieczorami siadała przy parapecie i patrzyła na morze. Szum fal uspokajał ją bardziej niż ludzkie głosy. Najlepiej czuła się na pustej plaży. Tam, gdzie piasek był jeszcze chłodny po nocy, a wiatr rozwiewał włosy, miała wrażenie, że naprawdę oddycha. Ślady jej stóp szybko znikały pod wodą. Ten widok przynosił ulgę, jakby morze zabierało pamięć przeszłości. Choć miała w sobie naturalne piękno nie wierzyła w nie. W lustrze widziała wychudzoną dziewczynę o oczach pełnych strachu. Gdy na plaży dostrzegała przystojnego mężczyznę, serce zaczynało bić jej szybciej. Bała się, że zobaczy w niej tylko prostą dziewczynę ze wsi. A kiedy próbował się zbliżyć, odwracała się i odchodziła.
Rozdział VII
Po wojnie Władysław próbował zagłuszyć wspomnienia frontu nad Bałtykiem. Trójmiasto, roztańczone i głośne, dawało mu to, czego potrzebował najbardziej – ruch, muzykę, zapomnienie. Na potańcówkach w rytmie boogie-woogie szalał do utraty tchu, jakby w tańcu mógł wytrząsnąć z siebie echo wybuchów. Jego uroda i młodzieńcza energia szybko przyciągały spojrzenia dziewcząt.
Najczęściej była przy nim Zosia – czarnowłosa, zmysłowa, pewna siebie. Kręciła biodrami z naturalnym wdziękiem, śmiała się głośno, patrzyła na niego tak, jakby był jedynym mężczyzną na sali.
Muzyka przyspieszała, parkiet drżał. Władysław śmiał się, choć jeszcze chwilę wcześniej w jego głowie dudnił huk artylerii. Teraz wszystko ginęło w dźwiękach pianina i saksofonu.
— Jeszcze jeden taniec — rzucił, ocierając pot z czoła. — Dopiero się rozgrzałem. — Uważaj, Władek, bo nie dotrzymasz mi kroku — odpowiedziała zaczepnie, splatając palce z jego dłonią.
Zakreślili szybki obrót. Śmiech Zosi był lekki — koił niepokój czający się w nim od lat. Po raz pierwszy od zakończenia wojny poczuł, że oddycha pełną piersią. Gdy muzyka na moment ucichła, zauważył, że obrazy frontu przestały wracać. Została tylko noc, światła sali i ciepło kobiecej dłoni.
Zaczarowana chwila sprawiła, że Zosia drżała w jego ramionach z emocji i pożądania. Władek również uległ tej fali. Szybkie pocałunki przerodziły się w zachłanną gonitwę rąk, które splotły ich tak mocno, że brakowało tchu. Otrzeźwieli dopiero wtedy, gdy dotarło do nich, że nie są sami.
Rozgrzana emocjami Zosia pociągnęła go z powrotem na parkiet. Jakby napełniona nową energią, niemal zmusiła go do galopującego tańca. Był na granicy wyczerpania; pot zalewał mu twarz, a świat wokół rozmywał się w migotliwych plamach światła. Ostatkiem sił, podtrzymywany przez Zosię, starał się zachować pozory męskiej siły.
W końcu organizm powiedział dość. Wybiegł na zewnątrz, łapiąc powietrze łapczywie, jak tonący. Zaniepokojona Zosia pobiegła za nim i niemal siłą wepchnęła go do nadjeżdżającej taksówki. Władysław nie protestował. W skromnym mieszkaniu Zosi zasnął natychmiast, bez snów.
Nad ranem, w półśnie, poczuł pod palcami ciepło i miękkość kobiecego ciała. Obudziło się w nim pierwotne pożądanie. Pochłaniał Zosię z siłą, której się po sobie nie spodziewał, a ona odpowiadała z równą intensywnością. Ich ciała – przez lata spragnione bliskości – wreszcie znalazły ujście dla tłumionych pragnień.
Rankiem Władysław obudził się rześki i w doskonałym humorze. Obok leżała powabna, rozanielona Zosia. Patrzyła na niego tak, jakby był spełnieniem wszystkich marzeń. Dla niej ta noc była początkiem pierwszej, wielkiej miłości. Wkrótce stali się parą, która każdego wieczoru brylowała na parkietach.
Wiadomość o ciąży spadła na Władysława jak grom z jasnego nieba. Z przerażeniem uświadomił sobie, że nie kocha Zosi. Nigdy nie widział w niej towarzyszki życia. Była hałaśliwa, zaborcza, zachwycona tańcem i uwagą mężczyzn. On zaś miał już dość gwaru i nocy bez ciszy; pragnął spokoju, którego ona nie mogła mu dać.
Znalazł się w psychicznym potrzasku. Chcąc być uczciwym, powiedział to, co od dawna w nim dojrzewało – chłodno, niemal obco:
— Zosiu, nigdy nie obiecywałem ci małżeństwa. Pomogę w wychowaniu dziecka, ale… niczego więcej nie potrafię dać.
Nie przewidział gwałtowności jej reakcji. Zosia rozpłakała się, krzycząc, że ją oszukał, że ją wykorzystał. W napadzie rozpaczy chwyciła wazon i cisnęła nim w jego stronę. Chwilę później osunęła się bezwładnie na podłogę.
Do szpitala trafiła nieprzytomna. Lekarze stwierdzili silny wstrząs psychiczny i poronienie.
Władysław siedział na korytarzu, wpatrując się w podłogę. Czuł coś, czego nie potrafił nazwać – ulgę, wstydliwą i okrutną, że decyzja została za niego domknięta, i jednocześnie stratę. Nie dziecka, które miało się narodzić, lecz wyobrażenia o sobie jako o człowieku przyzwoitym.
Rozdział VIII
Od tamtych wydarzeń Władysław coraz częściej wymykał się na dziką plażę. Wiosenny wiatr niósł zapach rozgrzanego piasku i pierwszych kwiatów wyrastających w nadmorskich wydmach. Szukał tam ukojenia i zapomnienia, lecz poczucie samotności nie opuszczało go ani na chwilę. Tęsknił za ciszą i za miłością, która nie byłaby ucieczką, lecz domem.
Pewnego dnia pobiegł na swoją dziką plażę, by posłuchać szumu fal. Zobaczył w oddali smukłą sylwetkę dziewczyny. Stała nieruchomo jak posąg, z rozwianymi włosami. Choć była daleko, Władysław nie mógł oderwać od niej wzroku. Była jak zjawisko, otoczona światłem słońca. Władysław pomyślał o Wenus – i w myślach tak właśnie ją nazwał.
Na co dzień pracował w drukarni jako zecer. Mozolnie składał pojedyncze litery w całe zdania, z których powstawały kolejne tomy Chłopów Reymonta. Miał kilku przyjaciół z czasów powojennej tułaczki. Najbliższym z nich był Mietek – już żonaty, ojciec dwojga dzieci. Władysław zazdrościł mu tej codziennej, zwyczajnej pełni. Po wojnie stracił kontakt z własną rodziną i coraz dotkliwiej odczuwał brak domu.
Dlatego tak bardzo cenił niedzielne obiady u Mietka. Przez cały tydzień czekał na ten moment – nie tylko dla parującego rosołu, lecz przede wszystkim dla ciepła, które wypełniało dom. Po obiedzie bawił się z dziećmi w ogrodzie, pośród krzewów obsypanych białym kwieciem i młodych tulipanów wychylających się ku słońcu. Ich śmiech mieszał się ze świergotem wróbli w gęstwinie bzu, a dzieci nie chciały wypuścić „wujka Władka” aż do zmierzchu.
Od pewnego czasu zwierzał się Mietkowi z tajemnicy plaży.
— Znalazłem dziewczynę nad morzem — mówił cicho. — Jest piękna jak Wenus. Ale kiedy próbuję do niej podejść, ucieka. Co mam zrobić?
Mietek roześmiał się serdecznie. — Ty, który masz powodzenie u tylu kobiet, nagle nie wiesz, co począć?
Władysław spoważniał. Tym razem chodziło o coś więcej niż urażone męskie ego. Dwie kolejne próby spotkania zakończyły się fiaskiem. Po ostatniej Wenus przestała pojawiać się na plaży.
Nadeszła kolejna niedziela – ciepła, jasna, pachnąca wiosną. Nad ogrodem unosiły się obłoki białego kwiecia, a młode liście mieniły się w słońcu świeżą zielenią. Świat zdawał się lekki, lecz w nim samym narastał ciężar niespełnienia.
Przy stole siedziała młoda dziewczyna, blada i sztywna, o oczach tak wystraszonych, że Władysław poczuł niepokój. Nie była urodziwa w sposób, do którego przywykł, lecz obudziła w nim coś zupełnie nowego – czułość i chęć ochrony.
— Władku, poznaj moją siostrę Marysię. Przyjechała z rodzinnej wioski — powiedział Mietek.
Skinął głową, zaskoczony. Marysia spuściła wzrok, jakby chciała zniknąć. Nerwowo ściskała serwetkę w drobnych dłoniach. W jej ruchach było coś niepokojąco znajomego.
Zapach rosołu mieszał się z aromatem świeżych ziół, które wpadały przez uchylone okno. Dzieci biegały po kuchni, rozmowy toczyły się wartko, lecz myśli Władysława wciąż wracały do dziewczyny siedzącej naprzeciwko. W sposobie, w jaki odgarniała kosmyk włosów z twarzy, było coś, co poruszało go głębiej, niż się spodziewał.
Podszedł do niej, ujął jej dłoń i złożył na niej lekki pocałunek. Marysia uniosła się niepewnie z krzesła – i nagle pobladła. Osunęła się bezwładnie w jego ramiona.
Zadziałał instynktownie. Delikatnie przeniósł ją na tapczan, układając tak, by mogła swobodnie oddychać.
— Marysia! — Stefania wbiegła z kuchni.
W pokoju zapanował chaos. Pytania, szepty, przestraszone głosy dzieci. Władysław cofnął się, czując się nagle obcy, niemal winny. Oddał Marysię w ręce bliskich.
Tego samego dnia Mietek odnalazł go na ganku.
— Zrozum ją — powiedział cicho. — Całe życie spędziła na wsi. Jest pracowita, ale miasto ją przeraża. Jest u nas dopiero od tygodnia.
Władysław kiwnął głową. Prosta dziewczyna ze wsi i delikatna Marysia z przestraszonymi oczami zaczęły splatać się w jego myślach w jeden obraz. Słońce chyliło się ku zachodowi, zalewając ogród morelowym światłem.
Od tej pory każda niedziela była dla niego okazją, by zamienić z nią kilka słów, podać talerz, pomóc w kuchni. Czasem mijali się w ogrodzie, gdy trawa była jeszcze wilgotna od rosy, a powietrze pachniało kwitnącymi jabłoniami. Z drobnych gestów i powściągliwych uśmiechów powoli wyrastał między nimi most, łączący dwa tak odmienne światy.
Rozdział VIII
W końcu nadszedł dzień, w którym Władysław zdobył się na odwagę. Zaprosił Marysię do centrum Sopotu, starając się, by zabrzmiało to lekko, niemal mimochodem, choć serce biło mu szybciej niż zwykle.
— Może… kawiarnia w Grand Hotelu? — rzucił półżartem, przekonany, że usłyszy niepewne „może innym razem”.
Ku jego zaskoczeniu Marysia skinęła głową. W jej spojrzeniu pojawił się błysk — ciekawość, a może cicha determinacja.
Rzadko miała okazję stroić się „na wielkie wyjście”. Los jednak, jakby sprzyjał temu spotkaniu. W powojennej Polsce zaczęły krążyć paczki z amerykańskiej organizacji UNRRA — pełne żywności, koców, ale także ubrań, o jakich wiejskie dziewczyny mogły jedynie marzyć.
Jedna z takich paczek, wypchana sukienkami, kapeluszami, halkami, rękawiczkami z delikatnej koronki i butami na obcasie, krążyła po mieście bez przeznaczenia. Dla jednych była za ciasna, dla innych zbyt obszerna — aż w końcu trafiła do Marysi.
Gdy przymierzała kolejne stroje, słońce przesączało się przez firankę, muskając tkaniny jasnymi plamami światła. Za oknem pachniało świeżo skoszoną trawą i kwitnącym bzem. Stefania i Mietek patrzyli na nią z niedowierzaniem — każda sukienka wyglądała tak, jakby została uszyta specjalnie dla niej.
Szczególnie jedna sprawiła, że Marysia długo stała przed lustrem, niemal nie rozpoznając własnego odbicia. Materiał podkreślał talię, a niewielki kapelusz z woalką dodawał jej elegancji, o jakiej dotąd nie śmiała marzyć. Te ubrania pozwalały jej uwierzyć, że może być kimś więcej niż nieśmiałą dziewczyną ze wsi.
Marysia zakładała sukienkę, a Ewa w półśnie, jakby przez mgłę zobaczyła siebie w lustrze, w seksownej sukience. Patrzyła na swoje odbicie w zachwycie. Gdy się ocknęła, przypomniała sobie, że była tylko rekwizytem w sopockiej akcji.
Rozdział IX
W dniu spotkania wiosenny Sopot pachniał bzem i morzem. Nad promenadą krążyły mewy. Władysław czekał przed Grand Hotelem z bukietem polnych kwiatów zerwanych o świcie. Palce drżały mu lekko.
I wtedy ją zobaczył.
Szła powoli, z naturalną gracją. Suknia falowała na wietrze, kapelusz rzucał cień na jej twarz. Przechodnie zwalniali kroku, jakby i oni chcieli nasycić wzrok tym widokiem. Władysław pomyślał o Wenus z plaży — i nagle ogarnęło go zwątpienie. Przecież czekał na Marysię.
Gdy kobieta minęła go obojętnie. Z pewnością damy z najwyższych sfer weszła do wnętrza hotelu, poczuł impuls, by odejść. Zatrzymała go jednak dana obietnica. Z bijącym sercem wszedł do kawiarni.
W środku pachniało kawą i świeżymi wypiekami. Zza okien dobiegał świergot wróbli. Rozglądał się nerwowo, ściskając bukiet — aż w końcu dostrzegł znajomą sylwetkę.
Wenus… Nie.
Serce uderzyło mu mocniej. Jego Wenus miała twarz Marysi.
Podszedł niepewnie. Zdumiony, jąkając się zapytał
— Marysiu… to ty?
Uniósł wzrok i zobaczył w jej oczach coś, czego wcześniej w nich nie było: spokój. Jasność. Odbicie morza i plaży, kobiety, którą od pierwszego spotkania nazywał Wenus.
Rozdział X
W latach 80. popularne były tzw. prażone, spotkania przyjaciół na ogródkach działkowych. Ciepły wieczór pachniał kwiatami i dymem, a powietrze drżało od bełkotu podchmielonych mężczyzn.
Ewa
czuła się dobrze, do chwili, gdy poczuła na sobie wściekły wzrok
cioci Emmy. Zaraz potem rozległ się jej skrzeczący głos:
—
Nie pozwolę ci spotykać się z tym gagatkiem!
Zaskoczona rozejrzała się. Nieopodal prezes ogródków wznosił kieliszek. Mówiono, że nikt na działkach mu nie odmawia niczego, zwłaszcza kobiety.
- Na zdrowie, piękna panienko!
- Dopiero wtedy zrozumiała, że mówi do niej.
- Uśmiechnęła się lekko.
— Dziękuję.
Ciocia
wpadła w furię.
— Co to ma znaczyć?! Nie pozwolę ci spotykać
się z tym typem!
Impreza dogasała powoli. Wracali przez skoszone pola, fałszując piosenki. Ewa szła pośród nich i zrywała kwiaty, aż uzbierał się bukiet. Było ciepło, pachniało jesienią, księżyc mlecznie oświetlał drogę. Widać było gwiazdy.
Jedynym problemem było narastające parcie na pęcherz. Przy drodze nie rosły żadne krzaki Dopiero przy blokach dostrzegła zarośla i rzuciła się ku nim.
Gdy
wyszła z zarośli, zobaczyła ciocię. W księżycowym świetle jej
twarz wykrzywiał gniew. Chwyciła Ewę i potrząsnęła nią
gwałtownie.
— Nie wrócisz do mieszkania. Będziesz nocować u
mnie.
— Dlaczego?
— Umówiłaś się z tym fagasem! Nie
splamisz dobrego imienia rodziny!
Absurd sytuacji rozbawił ją tak bardzo, że wybuchła śmiechem — śmiała się, dopóki nie poczuła ostrego bólu. Ciocia uderzyła ją w twarz. Zakręciło się jej w głowie. Pobiegła.
W tłumie biegła coraz szybciej, aż ciocia złapała ją za wdzianko. Ewa wysunęła się i uciekła.
Nie miała już siły. Usiadła na przystanku i postanowiła schronić się u kuzynki. Z trudem wdrapała się na czwarte piętro. Ciocia została na dole. Chciała tylko przeczekać jej furię.
Mąż kuzynki kiwał głową z niedowierzaniem, zerkając przez okno. Niestety — ciocia wciąż siedziała na ławce i czekała.
Było
za późno. Obolała schodziła po schodach. Z każdym stopniem obraz
falował, myśli się rozmywały, łzy płynęły. Spróbowała
jeszcze u drugiej kuzynki i pobiegła resztką sił. Ciocia znów
dotrzymywała jej kroku.
— Nie kalaj świętości tej rodziny! —
wrzasnęła.
Po kolejnym ataku ciało odmówiło posłuszeństwa. Przed oczami zapadła ciemność.
Ostatnia
myśl była zdumiewająco trzeźwa:
przecież
mam ponad trzydzieści lat.
Powrót
do mieszkania pamiętała jak przez mgłę — taksówka, autobus,
czyjeś głosy. Obudziła się późno, w ubraniu, z koszmarnym bólem
głowy. We śnie usiłowała uciec przed czymś, co ściskało jej
głowę jak w imadle.
Na podłodze leżały zwiędłe polne
kwiaty. Dopiero ich widok przypomniał, że koszmar nie skończył
się wraz ze snem. Zlana potem i zmęczeniem weszła do wanny, by
zmyć wstyd i upokorzenie. Próbowała rozpuścić myśli w ciszy
wody, pozwolić im odpłynąć.
Wtedy usłyszała zgrzyt klucza w
zamku. Do mieszkania weszła mama, Maria, zmierzając wprost do
kuchni. Bez słowa rozłożyła zakupy i przystąpiła do gotowania
obiadu. Spokój Ewy rozpłynął się jak bańka mydlana. Pomyślała,
jak dobrze, że zabroniła Włodzimierzowi odwiedzać ją w
mieszkaniu. Nie zniosłaby, gdyby zobaczył ją rozdygotaną i
upokorzoną swoją bezradnością.
Ewa, zmęczona, otulona w ręcznik stanęła w progu kuchni, powiedziała cicho:
- Dlaczego weszłaś do mojego mieszkania bez zapowiedzi?
- O co ci chodzi? – odpowiedziała Maria
— Nie byłoby ci wstyd zastać mnie z mężczyzną w łóżku?
— Jezus Maria!!! Znowu masz jakieś pretensje! Przecież zrobiłam ci zakupy, za chwilę będziesz miała obiad! — krzyczała matka. — Nie każdy ma tak dobrze jak ty!
— Nie chcę twojego obiadu! Zostaw mnie w spokoju!
— Taka jest twoja wdzięczność? Co z ciebie za córka? Jestem dla ciebie nikim?! — rozpłakała się głośno.
Ewa stała w progu, próbując uspokoić matkę, choć sama była na granicy wytrzymałości.
Kolejna nieprzespana noc wzmogła wyczerpanie. Rano musiała zmierzyć się z wyzwaniami dnia. Spojrzenie przełożonej pełne było niezadowolenia. Redagowanie pisma stało się niewykonalne, litery skakały przed oczami. Nie potrafiła ich ujarzmić. Z utęsknieniem czekała na noc, by nie myśleć, by nie myśleć i nie czuć odrętwienia.
Kiedy w końcu przyłożyła głowę do poduszki, sen nie nadchodził i nie nadszedł przez następne kolejne noce.
Rozdział XI
Przed oczami Ewy pojawiła się twarz Włodka. Jasne, kręcone włosy opadały mu na czoło, jakby wciąż zapominał je odgarnąć. Był wysoki i szczupły, z tą nieco niepewną, chłopięcą postawą, która sprawiała, że wyglądał młodziej, niż był w istocie.
Przypomniała sobie dzień, gdy oprowadzała niewielką grupę przez sale muzeum. Mówiła spokojnie, bez nadmiaru dat i bez muzealnego patosu. Wolała opowiadać o ludziach ukrytych za przedmiotami — o dłoniach, które kiedyś je trzymały, o myślach towarzyszących komuś dawno zapomnianemu.
Zauważyła go od razu.
Kiedy grupa się rozproszyła, on nie odszedł. Stał jeszcze chwilę, jakby na coś czekał. W jego spojrzeniu była ciekawość — i coś jeszcze. Uważność, która ją zaskoczyła.
— Zapraszam panią na kawę — powiedział naturalnie. Jego głos miał lekko chropowate „r”.
Przez chwilę obracał w palcach bilet wstępu do muzeum, po czym dodał:
— Włodzimierz. Włodek.
Jakby chciał skrócić dystans.
Uścisnęli sobie dłonie.
— Mam na imię Ewa — odpowiedziała.
Nie brakowało turystów, którzy obdarzali ją uprzejmością albo składali grzeczne zaproszenia. Ten mężczyzna był jednak inny. Spokojny, pewny siebie.
Bez wahania przyjęła zaproszenie do niewielkiej kawiarenki niedaleko muzeum.
Zanim zdążyła usiąść, Włodek odsunął krzesło i wskazał jej miejsce. Ewa usiadła nieporadnie, niemal tracąc równowagę. Ten drobny gest uprzejmości nagle ją zmieszał.
Włodek zajął miejsce naprzeciwko i przez chwilę wpatrywał się w jej twarz, jakby próbował coś z niej odczytać. Nie speszyła się. Mogła przyjrzeć mu się z bliska — był od niej starszy, ale w jego spojrzeniu było coś życzliwego i rozumnego, co dodawało jej odwagi.
Po chwili milczenia zapytał z lekkim uśmiechem:
— Zamówimy coś?
Ewa skinęła głową. Zamówili plujkę i kawałek WZ-tki.
Cisza między nimi nie trwała długo.
- Co cię tak zainteresowało? — zapytała cicho. — Przecież oprowadzałam zupełnie zwyczajnie.
Włodek spojrzał na nią uważnie, jakby dobierał słowa.
— Powiedziałaś coś ciekawego. Rzadko się to słyszy. Pomyślałem, że moglibyśmy mieć sobie wiele do powiedzenia.
W tej chwili zza okna wpadł chłodny podmuch wiatru i przewrócił stojak z gazetami. Kilka egzemplarzy rozsypało się po podłodze.
Ewa schyliła się po nie, a Włodek zrobił to samo.
Ich dłonie zetknęły się na moment. Włodek nie cofnął ręki od razu. Ewa zamarła.
Przez ułamek sekundy miała dziwne wrażenie, że ten gest coś zmieni — choć jeszcze nie wiedziała co.
Kawiarnia była półmroczna, pachniała kawą i wilgotnym drewnem stolików. Z głośnika przy barze sączyła się cicho piosenka „Mniej niż zero”.
Rozmowa potoczyła się naturalnie — o wszystkim, co nagle wysypywało się z dawno zamkniętych szkatułek pamięci Ewy.
— Jestem melomanem. A ty jakiej muzyki słuchasz? — zapytał Włodzimierz.
— Jestem zafascynowana francuską piosenką i poezją śpiewaną. Juliette Gréco, Charles Aznavour — dodała szybko, jakby bała się, że zapomni. — A także Bułat Okudżawa.
Włodzimierz nie ukrył zdumienia.
— Przypominasz mi moje dawne fascynacje — powiedział cicho. — Jakbym na chwilę wrócił do wczesnej młodości.
Rozmawiali o filmach, filozofii, Camusie. Tematy pojawiały się jeden po drugim. Mogliby tak rozmawiać jeszcze długo.
Na pożegnanie Włodek uścisnął jej drobną dłoń i lekko ją pocałował.
Ewa zadrżała.
— Mam wrażenie, że dotykam mgiełki. Taka jesteś drobna, Ewo — powiedział z uśmiechem. — Wypijemy jeszcze niejedną kawę. Jestem ciekaw twoich wierszy.
— To do następnego razu — odpowiedziała z nadzieją.
Długo patrzyła za oddalającym się Włodkiem w srebrnym volkswagenie Jetta.
Rozdział XII
Był czerwiec.
Ewa wracała z pracy lekka, niemal nie dotykając stopni. Dostawała przyjemnego zawrotu głowy na samą myśl o telefonie od Włodzimierza.
Kiedy była już na pierwszym piętrze, z mieszkania dobiegł dzwonek telefonu.
Zamarła na sekundę, a potem niemal pobiegła. Przed drzwiami zaczęła gorączkowo przeszukiwać torbę. Ręce jej drżały.
Kluczy nie było.
Dzwonek telefonu rozbrzmiewał w mieszkaniu uparcie, jakby z każdą sekundą głośniej.
W końcu w panice wysypała całą zawartość torby na podłogę. Monety, długopisy i drobiazgi rozsypały się po korytarzu. Kilka potoczyło się po schodach.
Nie zwróciła na to uwagi. Chwyciła tylko klucze.
Drzwi ustąpiły dopiero po chwili. Ewa wpadła do mieszkania i z zadyszką porwała słuchawkę tak gwałtownie, że wiszący na ścianie telefon niebezpiecznie się zakołysał.
— Wreszcie jesteś — odezwał się zniecierpliwiony głos mamy.
Ewa westchnęła cicho.
— Jestem.
— Przyjdź na obiad. Ugotowałam pyszną ogórkową — powiedziała Maria tonem, który nie dopuszczał sprzeciwu.
— Jadłam w pracy.
Po drugiej stronie zapadła chwila ciszy.
— Mówiłam ci, żebyś nic nie jadła! — głos matki zadrżał. — Staram się, żeby wszystko było świeże… a teraz wszystko się zmarnuje.
Ewa oparła się ramieniem o ścianę.
Dobrze chociaż, że mama gotowała u siebie — pomyślała. Nie miała dziś siły na te emocje.
Na horyzoncie widziała tylko jedno: spotkanie z Włodkiem w Krakowie. Planowali mały rajd po kawiarniach, żeby znaleźć tę najlepszą. Wyobrażała sobie zapach świeżo mielonej kawy, brzęk filiżanek i ciepło letniego popołudnia.
Czekała tylko na telefon.
W końcu zadzwonił.
— Ewuś, bądź gotowa pojutrze. Wyruszamy!
W jego głosie słychać było uśmiech.
I wtedy pojawił się nagle bardzo poważny problem.
Co na siebie włożyć?
Mały pokoik Ewy szybko zniknął pod warstwą letnich sukienek. Leżały na łóżku, na krześle, nawet na oparciu fotela.
Przez otwarte okno wpadało ciepłe powietrze, niosąc zapach zbliżającego się lata. Gdzieś w tle miarowo tykał stary zegar.
Ewa obracała się przed lustrem.
Sukienki wirowały wokół niej jak kolorowe chmury w słońcu.
Tak bardzo chciała mu się podobać.
Tylko on rozumiał jej myśli i problemy. Tylko z nim rozmowy układały się tak łatwo.
Ale czy zobaczy w niej także kobietę?
Dwa dni później czekała w umówionym miejscu, u wylotu dróg. Samochody przejeżdżały obok, wzbijając w powietrze kurz nagrzanego asfaltu.
Wtedy zobaczyła go z daleka. Srebrny Volkswagen Jetta.
Wyróżniał się wśród innych samochodów, a dla niej był natychmiast rozpoznawalny.
Gdy Włodek wysiadł i zobaczył Ewę, przeciągle zagwizdał.
— Uuu!
Po chwili wykonał znajomy gest, zapraszając ją do środka.
Przez moment Ewa poczuła się tak, jakby była jedyną kobietą na świecie.
Rozdział XIII
Tego dnia oprowadzała dwie wyjątkowo trudne grupy. Kiedy żegnała ostatnich turystów, uśmiech trzymał się jej twarzy już tylko z przyzwyczajenia.
Do swojego maleńkiego mieszkania dotarła niemal na autopilocie. Lubiła je właśnie za to, że było tak blisko pracy.
Szła powoli, jakby każda klatka schodowa była o jedno piętro wyższa.
Zamknęła drzwi i stała chwilę w ciszy. Język miała suchy, a całe ciało domagało się wody.
Najchętniej od razu weszłaby do wanny.
Opadła na fotel i wstawiła stopy do miski z chłodną wodą. Chłód powoli rozlewał się po zmęczonych stopach.
Zamknęła oczy.
Telefon zadzwonił tak nagle, że drgnęła.
Podniosła się zbyt gwałtownie. Stopa ześlizgnęła się z mokrej podłogi i po chwili leżała na plecach, patrząc w biały sufit. Słuchawka telefonu kołysała się na kablu.
Przez chwilę leżała bez ruchu, próbując złapać oddech.
— Słucham… — wydyszała w końcu.
— Dlaczego tak dyszysz? — zapytał Włodek. — Co się stało?
— Nic… Poślizgnęłam się. Leżę na podłodze.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Zaraz będę. Masz szczęście — jestem w pobliżu. Dzwonię z budki telefonicznej.
Ewa westchnęła i oparła głowę o chłodną podłogę. Jakie licho go akurat teraz do mnie niesie? — pomyślała.
Kilka minut później Włodzimierz wszedł do mieszkania. Zatrzymał się w progu i przyjrzał jej uważnie.
— Masz sińce pod oczami — powiedział spokojnie. — Wyglądasz fatalnie.
Odwróciła wzrok i zaczęła poprawiać rękaw sukienki.
— Miałam ciężki dzień.
Po chwili uśmiechnął się lekko i przyciągnął ją do siebie. Oparła głowę o jego ramię. Przez moment stali w milczeniu.
— Mam ochotę na kąpiel — powiedziała półżartem. — Z olejkami.
— Brzmi cudownie.
W łazience było ciepło i parno. Woda szumiała, wypełniając wannę.
I wtedy w przedpokoju trzasnęły drzwi.
Ewa zesztywniała.
— Ewa? — rozległ się głos matki. — Kupiłam pomidory, zrobię zupę!
Ewa spojrzała na Włodzimierza. Na jego twarzy zobaczyła najpierw zdumienie, a po chwili coś znacznie chłodniejszego.
— Twoja matka ma klucze? — zapytał cicho.
— Myślałam, że wyjechała…
— Czy twoja mama tak zawsze…?
— No widzisz… z tym właśnie nie potrafię sobie poradzić.
— Musimy coś z tym zrobić. Tak być nie może — powiedział Włodzimierz i z rezygnacją zamknął się w łazience.
Z kuchni dobiegł szczęk garnków.
Ewa stanęła w progu.
— Dziecko, jak ty wyglądasz! — zawołała Maria. — Blada jak ściana. Zaraz zjesz zupę, to ci przejdzie.
Coś ścisnęło Ewę w gardle.
— Mamo… to jest moje mieszkanie.
Maria spojrzała na nią zaskoczona.
— Co?
— To już kolejny raz… — powiedziała cicho. — Jak długo jeszcze? Mam trzydzieści trzy lata.
Głos jej się załamał.
Ewa oparła dłoń o blat stołu, jakby nagle zabrakło jej sił.
CDN

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz