wtorek, 23 września 2025

Historia Marii, Władysława i Ewy

     Wersja poprawiana... .






Fot. Lidia Foryciarz




Rozdział I

Ranek był rześki. Maria leżała na wzgórzu pośród wysokich traw, wdychając zapach wilgotnej ziemi. Źdźbła muskały jej skórę, kołysząc się leniwie na wietrze, jak zielone morze bez brzegu. Nad głową przesuwały się chmury, układając w fantastyczne kształty – jakby niebo chciało ją ułudzić dziecięcą wyobraźnią, choć na ziemi od dawna nie było już miejsca na złudzenia.

Poniżej, na równinie, kwitły polne kwiaty: czerwone maki, błękitne chabry, żółte jaskry. Krajobraz był tak piękny, że aż nierzeczywisty – jak obraz z innego świata, który nie znał wojny. Maria patrzyła na niego łapczywie, jakby chciała zapamiętać każdy szczegół, na wypadek gdyby to było ostatnie takie spojrzenie.

Serce biło jej niespokojnie. Myśli krążyły jak spłoszone ptaki, nie pozwalając odnaleźć ciszy. Wbiła palce w ziemię, mocno, do bólu, jakby chciała zakorzenić się w niej na zawsze. Być częścią tego wzgórza, traw, nieba – wszystkiego, co trwało mimo strachu. Nagle zerwała się z miejsca. Jakby coś ją popchnęło. Pobiegła w dół zbocza, a jej długie, jasne włosy rozbłysły w słońcu. Z oddali mogła wyglądać jak dziewczyna tańcząca z wiatrem.

Kiedy dotarła na równinę, nogi drżały jej z wysiłku, a w głowie pulsował tępy ból. Kurz z drogi piekł w oczy, łzy spływały po policzkach, lecz Maria nie zwalniała. Wtedy je zobaczyła – niemieckie samochody stojące na podwórzu. Ciemne, obce sylwetki. Strach, który nosiła w sobie od miesięcy, w jednej chwili zamienił się w czyste przerażenie.

Przed domem stała jej rodzina. Ustawieni w szeregu pod pobielaną ścianą, nieruchomi, milczący. Maria dołączyła do nich bez słowa. Uniosła ręce ku górze, czując, jak ciało przestaje ją słuchać. Przez myśl przemknęło jej całe dotychczasowe życie – wojenne dni wiejskiej dziewczyny, praca, głód, strach – i nagle, ku własnemu zdumieniu, poczuła spokój. Jakby serce zamarło. Jakby wszystko już się dokonało.

Ciszę przeciął metaliczny zgrzyt odbezpieczanej broni.

Strzały jednak nie padły.

Nastała cisza – najdłuższa, jakie znało krótkie życie Marii. Potem rozległy się słowa, które zrozumiał tylko Franciszek, jej ojciec:

Franz, wenn wir sie erschießen, wird es nie wieder solche Pierogi mit Fleisch geben.

Stimmt. Ein Himmel im Mund.

Und erinnerst du dich an den roten Borschtsch mit Uszka?

Wie könnte ich nicht? Zum Niederknien gut.

Śmiech był krótki. Suchy. Niemcy podeszli do Franciszka. Uderzenia kolb spadły na niego nagle – bez gniewu, bez pośpiechu. Zmasakrowali mu twarz, połamali nogi, a potem odeszli, jakby spełnili rutynowy obowiązek.

Kobiety nie krzyczały. Pobiegły do kuchni. Zaczęły wyrabiać ciasto, gotować pierogi. Ręce pracowały same, posłuszne instynktowi silniejszemu niż rozpacz. Był to ich odruch życia.

Przez długie miesiące Franciszek leżał w milczeniu. Znosił cierpienie z godnością, jakby rany odniósł na polu chwały, a nie na własnym podwórzu. Wieś Marii ocalała – samotna wyspa pośród morza spalonych domostw Kielecczyzny.

Od tamtego dnia Maria zrozumiała, że walka o życie przybiera różne formy. Nie zawsze prowadzi się ją w lesie z karabinem w dłoni. Czasem narzędziami oporu stają się garnki, rondle i ogień, w którym – zamiast śmierci – rodzi się chleb.

Wieczór zapadł gwałtownie, jakby ktoś jednym ruchem nakrył świat ciężkim, brudnym kocem. Maria siedziała na niskim stołku przy łóżku ojca. Franciszek, niegdyś silny gospodarz, teraz leżał bez ruchu, obcy samemu sobie. Twarz miał obrzękłą, sino-fioletową, nogi unieruchomione deskami. Oddychał płytko, lecz w jego oczach wciąż tliła się iskra uporu.

Maria delikatnie przykładała lnianą chustę do jego rozpalonego czoła. Każdy ruch wykonywała powoli, jakby bała się, że zbyt gwałtowny gest sprowadzi z powrotem niemieckie sylwetki. Z kuchni dobiegał rytmiczny stuk dłoni o stolnicę, brzęk garnków, cichy szept sąsiadek. Te zwyczajne dźwięki przypominały kroki żołnierzy – a jednak niosły życie.

Noc była ciężka i bezgwiezdna. W powietrzu unosił się zapach dymu z odległych pożarów, mieszając się z wonią gotowanego mięsa i cebuli. Maria siedziała nieruchomo, czuwając przy ojcu, jakby wiedziała, że granica między życiem a śmiercią jest cienka jak nić i może pęknąć w każdej chwili.



Rozdział II

Po kilku latach mozolnego odbudowywania codzienności Maria poczuła, że jeśli zostanie w rodzinnej wiosce, coś w niej na zawsze zastygnie. Cisza pól i rytm dobrze znanych dni, które kiedyś dawały ukojenie, zaczęły ją uwierać. Pragnęła odejść – nie dlatego, że nie kochała tego miejsca, lecz dlatego, że bała się, iż już nigdy nie odważy się zrobić kroku naprzód.

Gdy nadarzyła się możliwość wyjazdu do brata Mietka, który po wojnie osiadł w Trójmieście, nie wahała się długo. Podróż pociągiem na północ była dla niej jak przekroczenie niewidzialnej granicy. Za oknem znikały znajome pagórki i pola, ustępując szerokim równinom. W końcu poczuła powiew wilgotnego wiatru, niosącego zapach soli i czegoś obcego, nieznanego. Kiedy po raz pierwszy zobaczyła fale Bałtyku, uderzające o brzeg z nieustępliwą siłą, zrozumiała, że naprawdę zostawiła za sobą dawny świat.

Nad morzem wszystko było inne. Zamiast zapachu spalenizny i wilgotnej ziemi – sól, wiatr i rozgrzany piasek. Zamiast ciszy przerywanej szczekaniem psów – gwar portowych ulic i przenikliwy krzyk mew. Miasto pulsowało młodością, jakby jego mieszkańcy w kilka lat chcieli nadrobić radość odebraną im przez wojnę.

A jednak Maria pozostawała w tym świecie obca. W tłumie roześmianych dziewcząt w kolorowych sukienkach czuła się przezroczysta. Wieczorami, gdy z okien kamienic dobiegała muzyka i śmiech, siadała przy parapecie i patrzyła na morze. Tylko szum fal koił jej niespokojne myśli – w ich powtarzalnym ruchu odnajdywała rytm życia, którego tak kurczowo się trzymała.

Najlepiej czuła się podczas samotnych spacerów po dzikiej, opustoszałej plaży. Tam, gdzie piasek był jeszcze chłodny po nocy, a wiatr smagał twarz i rozwiewał długie włosy, Maria miała wrażenie, że naprawdę oddycha. Ślady jej stóp szybko znikały, zmywane przez fale, i ten widok przynosił jej ulgę – jakby wraz z nimi morze zabierało część jej ciężkich wspomnień.

Choć miała w sobie naturalne piękno – jasne włosy, smukłą sylwetkę, delikatność ruchów – nie potrafiła uwierzyć we własną kobiecość. W lustrze widziała raczej wychudzoną dziewczynę o zbyt dużych, czujnych oczach niż młodą kobietę zdolną do miłości. Gdy na plaży dostrzegała przystojnego mężczyznę, serce zaczynało bić jej z lęku. Bała się, że i on zobaczy w niej tylko przestraszoną, prostą dziewczynę ze wsi, od gęsi i krów. A kiedy próbował się zbliżyć – odwracała się i uciekała.



Rozdział III

Po wojnie Władysław próbował zagłuszyć wspomnienia frontu nad Bałtykiem. Trójmiasto, roztańczone i głośne, dawało mu to, czego potrzebował najbardziej – ruch, muzykę, zapomnienie. Na potańcówkach w rytmie boogie-woogie szalał do utraty tchu, jakby w tańcu mógł wytrząsnąć z ciała echo wybuchów i krzyków. Jego uroda i młodzieńcza energia szybko przyciągały spojrzenia dziewcząt.

Najczęściej była przy nim Zosia – czarnowłosa, zmysłowa, pewna siebie. Kręciła biodrami z naturalnym wdziękiem, śmiała się głośno, patrzyła na niego tak, jakby był jedynym mężczyzną na sali.

Muzyka przyspieszała, parkiet drżał pod stopami. Władysław śmiał się, choć jeszcze chwilę wcześniej w jego głowie dudnił huk artylerii. Teraz wszystko ginęło w dźwiękach pianina i saksofonu.

Jeszcze jeden taniec — rzucił, ocierając pot z czoła. — Dopiero się rozgrzałem. — Uważaj, Władek, bo nie dotrzymasz mi kroku — odpowiedziała zaczepnie, splatając palce z jego dłonią.

Zakreślili szybki obrót. Śmiech Zosi był lekki, niemal beztroski – i było w nim coś, co koiło niepokój czający się w nim od lat. Po raz pierwszy od zakończenia wojny poczuł, że oddycha pełną piersią. Gdy muzyka na moment ucichła, zauważył, że obrazy frontu przestały wracać. Została tylko noc, światła sali i ciepło kobiecej dłoni.

Zaczarowana chwila sprawiła, że Zosia drżała w jego ramionach z emocji i pożądania. Władek również uległ tej fali. Szybkie pocałunki przerodziły się w zachłanną gonitwę rąk, które splotły ich tak mocno, że brakowało tchu. Otrzeźwieli dopiero wtedy, gdy dotarło do nich, że nie są sami.

Rozgrzana emocjami Zosia pociągnęła go z powrotem na parkiet. Jakby napełniona nową energią, niemal zmusiła go do galopującego tańca. Był na granicy wyczerpania; pot zalewał mu twarz, a świat wokół rozmywał się w migotliwych plamach światła. Ostatkiem sił, podtrzymywany przez Zosię, starał się zachować pozory męskiej siły.

W końcu organizm powiedział dość. Wybiegł na zewnątrz, łapiąc powietrze łapczywie, jak tonący. Zaniepokojona Zosia pobiegła za nim i niemal siłą wepchnęła go do nadjeżdżającej taksówki. Władysław nie protestował. W skromnym mieszkaniu Zosi zasnął natychmiast, bez snów.

Nad ranem, w półśnie, poczuł pod palcami ciepło i miękkość kobiecego ciała. Obudziło się w nim pierwotne pożądanie. Pochłaniał Zosię z siłą, której się po sobie nie spodziewał, a ona odpowiadała z równą intensywnością. Ich ciała – przez lata spragnione bliskości – wreszcie znalazły ujście dla tłumionych pragnień.

Rankiem Władysław obudził się rześki i w doskonałym humorze. Obok leżała powabna, rozanielona Zosia. Patrzyła na niego tak, jakby był spełnieniem wszystkich marzeń. Dla niej ta noc była początkiem pierwszej, wielkiej miłości. Wkrótce stali się parą, która każdego wieczoru brylowała na parkietach.

Wiadomość o ciąży spadła na Władysława jak grom z jasnego nieba. Z przerażeniem uświadomił sobie, że nie kocha Zosi. Nigdy nie widział w niej towarzyszki życia. Była hałaśliwa, zaborcza, zachwycona tańcem i uwagą mężczyzn. On zaś miał już dość gwaru i nocy bez ciszy; pragnął spokoju, którego ona nie mogła mu dać.

Znalazł się w psychicznym potrzasku. Chcąc być uczciwym, powiedział to, co od dawna w nim dojrzewało – chłodno, niemal obco:

Zosiu, nigdy nie obiecywałem ci małżeństwa. Pomogę w wychowaniu dziecka, ale… niczego więcej nie potrafię dać.

Nie przewidział gwałtowności jej reakcji. Zosia rozpłakała się, krzycząc, że ją oszukał, że ją wykorzystał. W napadzie rozpaczy chwyciła wazon i cisnęła nim w jego stronę. Chwilę później osunęła się bezwładnie na podłogę.

Do szpitala trafiła nieprzytomna. Lekarze stwierdzili silny wstrząs psychiczny i poronienie.

Władysław siedział na korytarzu, wpatrując się w podłogę. Czuł coś, czego nie potrafił nazwać – ulgę, wstydliwą i okrutną, że decyzja została za niego domknięta, i jednocześnie stratę. Nie dziecka, które miało się narodzić, lecz wyobrażenia o sobie jako o człowieku przyzwoitym.



Rozdział IV

Od tamtych wydarzeń Władysław coraz częściej wymykał się na dziką plażę. Wiosenny wiatr niósł zapach rozgrzanego piasku i pierwszych kwiatów wyrastających w nadmorskich wydmach. Szukał tam ukojenia i zapomnienia, lecz poczucie samotności nie opuszczało go ani na chwilę. Tęsknił za ciszą i za miłością, która nie byłaby ucieczką, lecz domem.

Pewnego dnia dostrzegł, że nie jest sam. W oddali, w blasku słońca odbijającego się od drobnych fal, ujrzał sylwetkę dziewczyny. Stała nieruchomo, jakby była częścią pejzażu. Wiatr smagał jej długie, jasne włosy, a lekka sukienka wiła się wokół smukłych nóg. Było w niej coś nierealnego, niemal baśniowego. Nad plażą krążyły mewy, a w szumie morza słychać było trzepot skrzydeł ptaków wracających z dalekiej zimy. Władysław pomyślał o Wenus – i w myślach tak właśnie ją nazwał.

Na co dzień pracował w drukarni jako zecer. Mozolnie składał pojedyncze litery w całe zdania, z których powstawały kolejne tomy Chłopów Reymonta. Miał kilku bliskich przyjaciół poznanych w czasie powojennej tułaczki. Najbliższym z nich był Mietek – już żonaty, ojciec dwojga dzieci. Władysław zazdrościł mu tej codziennej, zwyczajnej pełni. Po wojnie stracił kontakt z własną rodziną i coraz dotkliwiej odczuwał brak domu.

Dlatego tak bardzo cenił niedzielne obiady u Mietka. Przez cały tydzień czekał na ten moment – nie tylko dla parującego rosołu, lecz przede wszystkim dla ciepła, które wypełniało dom. Po obiedzie bawił się z dziećmi w ogrodzie, pośród krzewów obsypanych białym kwieciem i młodych tulipanów wychylających się ku słońcu. Ich śmiech mieszał się ze świergotem wróbli kryjących się w gęstwinie bzu, a mali towarzysze nie chcieli wypuścić ukochanego „wujka Władka” aż do zmierzchu.

Od pewnego czasu zwierzał się Mietkowi z tajemnicy plaży.

Znalazłem dziewczynę nad morzem — mówił cicho. — Jest piękna jak Wenus. Ale kiedy próbuję do niej podejść, ucieka. Co mam zrobić?

Mietek roześmiał się serdecznie. — Ty, który masz powodzenie u tylu kobiet, nagle nie wiesz, co począć?

Władysław spoważniał. Tym razem chodziło o coś więcej niż urażone męskie ego. Dwie kolejne próby spotkania zakończyły się fiaskiem. Po ostatniej Wenus przestała pojawiać się na plaży.

Nadeszła kolejna niedziela – ciepła, jasna, pachnąca wiosną. Nad ogrodem unosiły się obłoki białego kwiecia, a młode liście mieniły się w słońcu świeżą zielenią. Świat zdawał się lekki, lecz w nim samym narastał ciężar niespełnienia.

Przy stole siedziała młoda dziewczyna, blada i sztywna, o oczach tak wystraszonych, że Władysław poczuł niepokój. Nie była urodziwa w sposób, do którego przywykł, lecz obudziła w nim coś zupełnie nowego – czułość i chęć ochrony.

Władku, poznaj moją siostrę Marysię. Przyjechała z rodzinnej wioski — powiedział Mietek.

Skinął głową, zaskoczony. Marysia spuściła wzrok, jakby chciała zniknąć. Nerwowo ściskała serwetkę w drobnych dłoniach. W jej ruchach było coś niepokojąco znajomego.

Zapach rosołu mieszał się z aromatem świeżych ziół, które wpadały przez uchylone okno. Dzieci biegały po kuchni, rozmowy toczyły się wartko, lecz myśli Władysława wciąż wracały do dziewczyny siedzącej naprzeciwko. W sposobie, w jaki odgarniała kosmyk włosów z twarzy, było coś, co poruszało go głębiej, niż się spodziewał.

Podszedł do niej, ujął jej dłoń i złożył na niej lekki pocałunek. Marysia uniosła się niepewnie z krzesła – i nagle pobladła. Osunęła się bezwładnie w jego ramiona.

Zadziałał instynktownie. Delikatnie przeniósł ją na tapczan, układając tak, by mogła swobodnie oddychać.

Marysia! — Stefania wbiegła z kuchni.

W pokoju zapanował chaos. Pytania, szepty, przestraszone głosy dzieci. Władysław cofnął się, czując się nagle obcy, niemal winny. Oddał Marysię w ręce bliskich.

Tego samego dnia Mietek odnalazł go na ganku.

Zrozum ją — powiedział cicho. — Całe życie spędziła na wsi. Jest pracowita, ale miasto ją przeraża. Jest u nas dopiero od tygodnia.

Władysław kiwnął głową. Prosta dziewczyna ze wsi i delikatna Marysia z przestraszonymi oczami zaczęły splatać się w jego myślach w jeden obraz. Słońce chyliło się ku zachodowi, zalewając ogród morelowym światłem.

Od tej pory każda niedziela była dla niego okazją, by zamienić z nią kilka słów, podać talerz, pomóc w kuchni. Czasem mijali się w ogrodzie, gdy trawa była jeszcze wilgotna od rosy, a powietrze pachniało kwitnącymi jabłoniami. Z drobnych gestów i powściągliwych uśmiechów powoli wyrastał między nimi most, łączący dwa tak odmienne światy.


Maria w ogrodzie z dziećmi brata


Rozdział V

W końcu nadszedł dzień, w którym Władysław zdobył się na odwagę. Zaprosił Marysię do centrum Sopotu, starając się, by zabrzmiało to lekko, niemal mimochodem, choć serce biło mu szybciej niż zwykle.

Może… kawiarnia w Grand Hotelu? — rzucił półżartem, przekonany, że usłyszy niepewne „może innym razem”.

Ku jego zaskoczeniu Marysia skinęła głową. W jej spojrzeniu pojawił się błysk — ciekawość, a może cicha determinacja.

Nie miała wielu okazji, by stroić się „na wielkie wyjście”. Los jednak, jakby sprzyjał temu spotkaniu. W powojennej Polsce zaczęły krążyć paczki z amerykańskiej organizacji UNRRA — pełne żywności, koców, ale także ubrań, o jakich wiejskie dziewczyny mogły jedynie marzyć.

Jedna z takich paczek, wypchana sukienkami, kapeluszami, halkami, rękawiczkami z delikatnej koronki i butami na obcasie, krążyła po mieście bez przeznaczenia. Dla jednych była za ciasna, dla innych zbyt obszerna — aż w końcu trafiła do Marysi.

Gdy przymierzała kolejne stroje, słońce przesączało się przez firankę, muskając tkaniny jasnymi plamami światła. Za oknem pachniało świeżo skoszoną trawą i kwitnącym bzem. Stefania i Mietek patrzyli na nią z niedowierzaniem — każda sukienka wyglądała tak, jakby została uszyta specjalnie dla niej.

Szczególnie jedna sprawiła, że Marysia długo stała przed lustrem, niemal nie rozpoznając własnego odbicia. Materiał delikatnie podkreślał wąską talię, a niewielki kapelusz z woalką dodawał jej elegancji, o jakiej dotąd nie śmiała marzyć. Te ubrania nie tylko ją zdobiły — pozwalały jej na chwilę uwierzyć, że może być kimś więcej niż nieśmiałą dziewczyną z wiejskiego podwórza.

W dniu spotkania wiosenny Sopot pachniał bzem i morzem. Nad promenadą krążyły mewy. Władysław czekał przed Grand Hotelem z bukietem polnych kwiatów zerwanych o świcie. Palce drżały mu lekko.

I wtedy ją zobaczył.

Szła powoli, z naturalną gracją. Suknia falowała na wietrze, kapelusz rzucał cień na jej twarz. Przechodnie zwalniali kroku, jakby i oni chcieli nasycić wzrok tym widokiem. Władysław pomyślał o Wenus z plaży — i nagle ogarnęło go zwątpienie. Przecież czekał na Marysię.

Gdy kobieta minęła go obojętnie i weszła do wnętrza hotelu, poczuł impuls, by odejść. Zatrzymała go jednak dana obietnica. Z bijącym sercem wszedł do kawiarni.

W środku pachniało kawą i świeżymi wypiekami. Zza okien dobiegał świergot wróbli. Rozglądał się nerwowo, ściskając bukiet — aż w końcu dostrzegł znajomą sylwetkę.

Wenus… Nie.

Serce uderzyło mu mocniej. Jego Wenus miała twarz Marysi.

Podszedł niepewnie. Zdumiony, jąkając się zapytał

Marysiu… to ty?

Uniósł wzrok i zobaczył w jej oczach coś, czego wcześniej w nich nie było: spokój. Jasność. Odbicie morza i plaży — i kobiety, którą od pierwszego spotkania nazywał Wenus.


Zdjęcie poglądowe - tak mogła wyglądać Maria na randce w Grand Hotelu  


Rozdział VI

Maj rozkwitł między Marysią a Władysławem cicho i pewnie. Spacerowali alejkami Sopotu, a przechodnie zatrzymywali na nich wzrok — szczególnie na niej, w lekkich sukienkach z paczki UNRRA, które układały się na jej smukłej sylwetce jak obietnica nowego życia. Marysia chowała się za jego ramieniem, wciąż nieprzywykła do zachwytu świata. Władysław cierpliwie uczył ją patrzeć na siebie łagodniej — w drobnych gestach, w milczeniu dłoni, w spojrzeniach, które nie wymagały słów.

Pod koniec października pojechał na Kielecczyznę. Ukląkł przed Stanisławą, matką Marii, i powiedział prosto, bez patosu:

Dziękuję za wychowanie tak wspaniałej dziewczyny. Chcę spędzić z nią życie. I cieszę się, że ona tego samego pragnie.

Stanisława uśmiechnęła się, objęła go i pobłogosławiła, jakby domykała coś, co dawno temu zostało rozpoczęte.

Pierwszy dzień stycznia był jasny i spokojny. Skromny ślub w Sopocie, wesele w domu Mietka. Wczesną wiosną Maria jakby odrodziła się — w jej ciele rosło nowe życie. Władysław nie potrafił ukryć radości. Wkrótce dostali mieszkanie w Gdyni, a szczęście rozlewało się wokół nich cicho, jak światło na wodzie.

Pewnego lipcowego poranka, spiesząc do pracy, Władysław pomógł ciężarnej kobiecie wsiąść do przepełnionego autobusu. Pasażerowie zwisali ze stopni, trzymając się siebie nawzajem. Nagle wszystko wymknęło się spod kontroli. Przyczepa wpadła w śliski po deszczu ubytek asfaltu. Kobieta została wyrzucona z pojazdu i uderzyła w przydrożne drzewo — zginęła na miejscu. Inni znaleźli się pod kołami. Władysław, z rozległym krwotokiem wewnętrznym, trafił do szpitala.

Był silny. Chirurg, znany z odwagi i uporu, podjął się ryzykownego, niemal cudownego zabiegu przeszczepu porwanych jelit. Szwy przyjęły się. Każdy dzień był walką, lecz wracał do życia.

Podczas rutynowego prześwietlenia, w drodze windą na piętro rentgenu, nagłe szarpnięcie zatrzymało kabinę. Władysław krzyknął z bólu — delikatne szwy puściły, wywołując kolejny krwotok. Cud obrócił się w katastrofę. Lekarze wiedzieli, że tym razem nie zdołają go uratować.

Granica między jawą a snem rozmywała się jak mgła nad potokiem. Władysław czuł obecność czegoś jasnego i cichego. Nie był pewien, czy nad nim krążyły ptaki, czy pochylali się aniołowie. Powietrze pachniało krochmalem i żywicą rodzinnych lasów. Wokół łóżka poruszały się siostry zakonne w białych habitach, z tą spokojną harmonią, którą ma tylko ktoś żyjący w rytmie modlitwy.

Zahartowane ciało wciąż się buntowało. Lekarze wymieniali spojrzenia — według ich wiedzy ten człowiek nie powinien już żyć. A jednak żył.

W snach wędrował po miejscach, których nie znał: po tropikalnych wyspach skąpanych w zieleni, po złocistych salach, gdzie echo wołało jego imię. Zawsze jednak wracał do jednego obrazu — ogromnej sali wypełnionej srebrzystym światłem. Pośrodku stała szklana kołyska. Leżała w niej dziewczynka, piękna i krucha. Wiedział bez pytania: to jego dziecko.

Opowiadał o niej siostrom — o drobnych dłoniach i ustach, które poruszały się, jakby szeptały tajemnicę. Słuchały z wiarą, której brakowało innym. Dla Marii były to tylko majaczenia człowieka bliskiego śmierci.

Na dwa dni przed odejściem zobaczył ją znów. Była starsza, a jej oczy miały blask życia.

Tato. Przyjdę na świat jako prezent od ciebie, pod choinkę — powiedziała, a jej głos brzmiał jak dzwoneczki w śniegu.

Moja Ewunia — wyszeptał.

Obraz rozsypał się jak kropla na rozgrzanym kamieniu.

Obudził się zlany potem. Jeszcze drżał, gdy do sali weszła Stanisława. Opowiedział jej sen — o córce i o imieniu. Słuchała w milczeniu, z wiarą w spojrzeniu.

Boże Narodzenie zbliżało się, lecz dla Marii jego światło było przygaszone. Nie zniosłaby tych dni na wybrzeżu, gdzie pół roku wcześniej pochowała męża. Wigilię postanowiła spędzić u siostry Emmy. Czuła się fizycznie dobrze, lecz lęk przed porodem narastał — wiedziała, że Władek nie będzie przy niej.

Nazajutrz obudziła się w dziwnej lekkości. Po śniadaniu przyszły skurcze.

Za wcześnie — wyszeptała.

Akuszerka spojrzała jej prosto w oczy. — Dziecko chce przyjść na świat teraz.

W domu zapanował chaos. A potem wszystko ucichło. Ciszę przeciął pierwszy, czysty płacz.

Córeczka — powiedziała akuszerka. — Jak będzie miała na imię?

Wigilia… Może Ewa? — zaproponowała.

Może być — szepnęła Maria.

Nikt nie połączył tego z opowieściami Władysława. Tylko Stanisława, stojąc w progu, wiedziała, że historia zatoczyła krąg.

Dziś Ewa często odwiedza grób ojca. Patrzy na dwie daty wyryte w kamieniu i myśli, jak niewiele miejsca jest między nimi — i jak wiele można w nim pomieścić. Czasem przymyka oczy i wraca do srebrzystej sali ze szklaną kołyską. I wtedy słyszy głos:

Obiecałaś, córeczko. I dotrzymałaś.


Część II



Rozdział I


Ponury, listopadowy poranek był zasnuty gęstą, ciężką mgłą, która zdawała się wciskać w okna i mury domu. Ewa obudziła się z krzykiem — spocona, roztrzęsiona, wciąż zanurzona pół krokiem w surrealistycznym śnie. Wędrowała w nim po ogromnych, ciemnych wnętrzach jakichś zamków, raz zimnych i kamiennych, raz oślepiająco białych, jakby wykutych ze światła. Przez ułamek sekundy miała wrażenie, że to już kiedyś było — to światło, ta cisza. We mgle przez moment mignęła twarz kogoś pięknego, niczym anioł, o gęstych, kręconych włosach okalającą twarz jak aureola.

Wśród splątanych prześcieradeł widziała mężczyznę, który szamotał się, jakby walcząc z niewidzialnym przeciwnikiem. Chciała mu pomóc — wyciągała ręce, wołała, próbowała podejść — ale nie mogła. Oddzielała ich jakaś niewidzialna bariera, przez którą nie przebijał się żaden jej ruch. On coś do niej mówił, zaciskał usta w słowach, które nie miały dźwięku.

Wreszcie z jej gardła wyrwał się krzyk:

Tata?!!!

A wtedy — w sposób niemożliwy do pomylenia z czymkolwiek innym — usłyszała odpowiedź:

Córeczko, pamiętaj…!

Czy to był głos? Echo? Resztka snu?

Przerażona i zmęczona, z sercem bijącym jak młot, rozejrzała się wokół. Zwyczajne ściany. Zwyczajny pokój. Wszystko na swoim miejscu — tylko ona nie. Nagle, bez powodu, jak przebłysk obcej świadomości, dopadło ją uczucie przygniatającej ciężkości lat. Jakby w jednej chwili zrzucił na nią cały przeżyty czas.

Siedemdziesiąt trzy lat. Ta nagła świadomość była dla niej zaskoczeniem, zdziwieniem i szokiem.

Pogrzeb Marii był skromny. Ksiądz, kilkanaście krewnych. Żadnych łez, żadnych dramatycznych pożegnań. Ewa stała nad grobem wyprostowana, niemal obojętna, jakby brała udział w czyimś cudzym rytuale.

I to właśnie ją niepokoiło najbardziej.

Nie czuła żalu.
Nie czuła ulgi.
Nie czuła nic, co pasowałoby do śmierci matki.

Czasem próbowała wymusić na sobie reakcję — przywoływała obrazy z dzieciństwa, chorobę Marii, jej ostatnie dni. Ale w środku była tylko cisza. Pusta, gładka przestrzeń, bez bólu, bez krzyku. Jak zawieszenie w próżni. Parzyła na zdjęcia Marii — młoda, jasnowłosa, stojąca nad morzem. Uśmiechnięta. Ewa długo patrzyła na tę twarz, próbując pogodzić ją z kobietą, którą znała.

Kim byłaś, zanim zostałaś moją matką?” — pomyślała.

Po raz pierwszy dopuściła do siebie myśl, że Maria też była kiedyś czyjąś córką. Że jej lęk mógł mieć początek w czymś, czego Ewa nigdy nie poznała — w wojnie, w stracie, w śmierci mężczyzny, którego sama pamiętała tylko z nagrobka.

Ta myśl nie przyniosła ulgi.
Nie usprawiedliwiała niczego.

Dopiero po czasie Ewa zrozumiała, że żałoba nie przyszła, bo przyszła znacznie wcześniej. Przez lata, w codziennych drobnych unieważnieniach, w kontroli listów, w wchodzeniu do jej mieszkania jak do swojej własności, w próbie odebrania Marii kluczy — geście, który był rodzinnym dramatem.

Przed oczami Ewy zaczęły napływać obrazy z przeszłości z ogromną precyzją – odczuwaniem wszystkiego łącznie z zapachami. Obrazy piękne, niechciane i te, które przyniosły cierpienie samotności ale i radość ze zwycięstwa.


Rozdział II


Przed oczami Ewy pojawiła się twarz Włodka — o szlachetnych rysach, z bujną czupryną jasnych, kręconych włosów okalających głowę niczym aureola. Przypomniała sobie dzień, gdy prowadziła niewielką grupę zwiedzających przez sale muzeum. Mówiła spokojnie, bez nadmiaru dat i patosu. Opowiadała raczej historie — o ludziach ukrytych za przedmiotami, o dłoniach, które je dotykały, o myślach, które mogły im towarzyszyć. Zauważyła go niemal od razu.

Stał nieco z boku, jak ktoś, kto nie chce przeszkadzać, ale potrafi słuchać. Wysoki, w ciemnym płaszczu, z uważnym spojrzeniem, które nie zatrzymywało się na niej, lecz podążało za jej słowami. Kiedy grupa się rozproszyła, on nie odszedł.

Ewa dostrzegła w jego oczach błyski ciekawości i coś jeszcze — nieoczekiwane zrozumienie. Poczuła nagle, że ten tajemniczy mężczyzna chce ją naprawdę poznać: nie tylko jako przewodniczkę, ale jako kobietę. Tak też się stało, bo po chwili usłyszała:

Zapraszam panią na kawę — powiedział bez żadnych wstępów, jakby było to najprostsze i najbardziej naturalne zdanie na świecie.

Przedstawił się:
— Włodzimierz. Włodek — dodał po chwili, jakby chciał skrócić dystans.

Ewa była przyzwyczajona do podobnych zachowań turystów — do przelotnych flirtów, grzecznych zaproszeń, spojrzeń, które niczego nie obiecywały. Tym razem jednak było inaczej. Ten mężczyzna budził w niej zaskakujące, niemal niepokojące zaciekawienie. Dała się porwać do niewielkiej kafejki na obrzeżach miasta, nie do końca rozumiejąc, dlaczego nie potrafi odmówić.

Była zdumiona całą sytuacją. Szybko zorientowała się, że oto spotkała kogoś nietuzinkowego — osobę, jakiej nie znała przez całe swoje dwudziestopięcioletnie życie.

Powróciło dobrze znane jej uczucie — głębokie przekonanie, że nie jest wystarczająca. Że nie sprosta relacji z tak niezwykłym mężczyzną. Że prędzej czy później zostanie zdemaskowana jako ktoś zbyt prosty, zbyt wrażliwy, zbyt kruchy. W jej myślach odezwały się dawne głosy: ostrzegające, oceniające, podcinające skrzydła.

Zebrała się jednak na odwagę i zapytała cicho:
— Czym tak bardzo cię zainteresowałam? Przecież oprowadzałam w sposób zupełnie standardowy.

Spojrzał na nią uważnie, jakby ważył słowa. Jego odpowiedź była zaskakująca i nieco tajemnicza:
— W trakcie oprowadzania powiedziałaś coś bardzo niezwykłego. Coś, co słyszy się rzadko. Myślę, że będziemy mieli sobie wiele do powiedzenia — dodał po chwili. — Choć widzę w tobie lęk.

Sposób bycia Włodka sprawił, że Ewa poczuła się tak, jakby znali się od zawsze. Lęk rozpuścił się w gęstniejącej nici porozumienia. Rozmawiali długo — o książkach, o obrazach, o tym, jak łatwo zgubić siebie w oczekiwaniach innych. Włodek nie zasypywał jej pytaniami; raczej zostawiał przestrzeń, w którą mogła wejść, jeśli chciała. Ku swojemu zdumieniu — chciała.

Chcieć a móc — to był dylemat Ewy. Po rozstaniu i obietnicy kolejnych spotkań ogarnęło ją przerażenie: wszystko działo się zbyt szybko. Przecież on należał do zupełnie innego świata — świata nauki. Ona była zaledwie prowincjonalną pracownicą muzeum, o której słyszała kiedyś: „Jeśli ona zda egzamin na przewodnika, to mi kaktus na dłoni urośnie”.

Ucieszyła się, gdy pojęła, że nie będzie to przelotna znajomość, bo Włodek dawał jej poczucie bycia sobą — bez lęku. Jak nigdy wcześniej potrafiła rozmawiać swobodnie, bez jąkania. Słowa płynęły same, jakby otworzyła się tama akceptacji. Była zdumiona, jak szybko wszystko się potoczyło. Może było to ogromne, długo tłumione pragnienie odblokowania własnego „ja”.

Po powrocie do domu przyszła refleksja i poczucie nierzeczywistości. Jeszcze nie tak dawno mimochodem usłyszała: „Tu mi kaktus wyrośnie, gdy Ewa zda egzamin na przewodnika”. Pamiętała, jak wtedy się skurczyła i przez długi czas nie była w stanie wyjść na teren muzeum, by oprowadzać.

Nie mogę powiedzieć Włodkowi, że mama może wejść do mojego mieszkania w każdej chwili, bez zapowiedzi — pomyślała.

Z każdą upływającą chwilą narastała lawina strachu, wątpliwości i poczucia naiwności. Tak bezmyślnie dała się porwać nieznanemu mężczyźnie, który mógł być jedynie projekcją jej pragnień. A jednak już w tej krótkiej rozmowie zorientowała się, że wie o wiele więcej, niż była tego świadoma. Otwierały się szufladki — z wiedzą zdobytą spontanicznie, z ciekawości świata. Wszystko to było w niej zatrzaśnięte, bo nikt od dzieciństwa jej nie słuchał, nikt nie był jej naprawdę ciekawy.


Rozdział III

Ewa przypomniała sobie dzień, w którym po raz pierwszy w życiu wysłała opowiadanie, które napisała na konkurs do Filipinki. Czytała wtedy wszystko: Lema niemal na pamięć, fantastykę, a zupełnie nie wiadomo dlaczego — również filozofię egzystencjalną, poezję i piosenkę francuską. Miała czternaście lat i świat w głowie znacznie większy niż ten, który ją otaczał.

Polonistka regularnie powtarzała, że jej wypracowania „na pewno nie są jej autorstwa”. Bolało. Bardziej niż zła ocena. Dlatego wysłanie opowiadania było aktem buntu — cichym, samotnym dowodem na to, że jednak potrafi.

Dwa tygodnie później przyszedł list. Niebieska koperta. Pieczątka redakcji w lewym górnym rogu. Pierwszy w życiu list zaadresowany na jej imię i nazwisko.

Problem polegał na tym, że odebrała go ciocia Emma.

No coś podobnego! — zawołała oburzona. — Ewa dostała list urzędowy? Przecież to musi być pomyłka!

Ciociu… to nie pomyłka — powiedziała Ewa cicho. — Proszę mi go oddać.

Głos jej drżał. Trzęsła się cała. Kiedy wyciągnęła rękę po kopertę, Emma cofnęła ją gwałtownie.

Jakie listy? Jakie konkursy? — prychnęła.

Ewa poczuła, jak coś w niej pęka. Bez słowa poszła do swojego pokoju. Zamknęła drzwi. Osunęła się na łóżko i zaczęła wyć w poduszkę — głośno, rozpaczliwie, bez kontroli. Łzy mieszały się z potem, serce waliło jak oszalałe.

Z oddali słyszała głos Emmy:

Ewa! Natychmiast przyjdź na obiad! Rosół stygnie!

Nie reagowała.

Dopiero gdy ciocia stanęła nad nią, z twarzą nieznoszącą sprzeciwu, podniosła się z łóżka. Ból głowy i ścisk w żołądku były tak silne, że zamiast do kuchni pobiegła do łazienki. Zwymiotowała.

Co za nieusłuchane dziewuszysko! — wrzeszczała Emma. — Rosół stygnie! Nie będę go odgrzewała! Gdzieś ty się włóczyła?!

Ewa, blada i obolała, usiadła w końcu przy stole. Patrzyła na talerz, ale nie była w stanie przełknąć ani łyżki.

No żesz kur…a mać! — ryknęła Emma. — Żryj ten rosół, bo ci napluję!

W tej samej chwili żołądek Ewy wywrócił się na drugą stronę. Zwymiotowała prosto do talerza.

Potem przyszła noc. Bezsenna. I kolejna. I następne. Zmęczenie narastało, ciało słabło, myśli się rozmywały. Ewa chodziła jak w półśnie — ospała, bezradna, jakby ktoś stopniowo wyciągał z niej życie.

A list z Filipinki już nigdy do niej nie wrócił.

Wieczorem Ewa wracała z babcią Stanisławą do maleńkiego mieszkania, w którym mieszkała z mamą, Marią. Na każdym półpiętrze babcia przystawała, mówiąc cicho, jakby do siebie:

Dziecko, jak mi ciebie szkoda… dziecko, jak mi ciebie żal.











11 komentarzy:

  1. Beautiful Story of two Beautiful People Thankyou

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Thank you very much, I just really would like to know who liked the story of my family so much.

      Usuń
  2. Widzę, że po połączeniu wątków stworzyłaś rozbudowaną, wielowątkową opowieść – ma w sobie coś z sagi rodzinnej, a jednocześnie z intymnego portretu psychologicznego. Tekst prowadzi czytelnika od dramatycznych scen wojennych na Kielecczyźnie, przez bolesne doświadczenie przetrwania, aż po subtelną, wręcz filmową historię spotkania nad Bałtykiem. Czekam na dalszy ciąg. Pozdrawiam T.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jednak widzę, że trochę trzeba poprawić. Za każdym razem gdy ponownie czytam myślę, że napisałabym inaczej.

      Usuń
  3. Wg mnie to, co już napisałaś, to niezwykle dojrzała, poruszająca i pięknie skomponowana proza – w duchu klasycznej polskiej literatury psychologiczno-historycznej. Tekst ma zarówno literacki rozmach, jak i emocjonalną głębię, a jego struktura — od scen wojennych po powojenny romans — tworzy pełny, symboliczny łuk przemiany bohaterki. Małe poprawki wskazane - dotyczą wewnętrznego dialogu Marii. Dalszy ciąg analizuję, też nie jest zły, wręcz przejmujący, lecz wymaga trochę poprawek. Pozdrawiam T.

    OdpowiedzUsuń
  4. To przepięknie napisana opowieść — liryczna, pełna emocji i obrazów, które długo zostają w pamięci. Widać w niej ogromną wrażliwość językową i talent do tworzenia nastroju. Czytałam z zapartym tchem i jestem ciekawa dalszych losów Marii i Władysława. Z wyrazami podziwu Katarzyna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi, że moja pisanina Pani się podoba. Właśnie dopisałam następne wątki historii. Pozdrawiam mając nadzieję, że nie zawiodłam Pani oczekiwań.

      Usuń
  5. Styl: poetycki realizm, momentami magiczny realizm w duchu Schulza lub Tokarczuk.
    Potencjał: z tej historii można stworzyć nowelę, słuchowisko radiowe albo film krótkometrażowy – ma świetne sceniczne napięcia i wizualne kadry. Pozdrawiam T.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie spodziewałam się tak dramatycznego dalszego ciągu. Jest mi smutno. Dramat pięknie opisany, że aż dostawałam gęsiej skórki. Czy będzie dalszy ciąg z życia Marii i Ewy? Czuje się niedosyt. Pozdrawia Katarzyna

    OdpowiedzUsuń
  7. To bardzo piękny i poruszający tekst. Niesie w sobie klimat rodzinnej sagi, powieści historycznej i lirycznej ballady o przetrwaniu, pamięci i miłości. Na kartach tego opowiadania wojna nie jest tylko tłem – jest raną, która przez lata pulsuje w ludziach i kształtuje ich cicho, od środka.
    W mojej opinii piszesz w sposób dojrzały, wzruszający z duszą.
    Pachnie prawdą przekazywaną przy kuchennym stole, szeptaną pokoleniami, zapamiętaną sercem, a nie z podręcznika. Tekst ma ogromny potencjał, by powstała z tego powieść, gdy zdecydujesz się pisać dalszy ciąg w podobny sposób. Małymi poprawkami byłoby dopisanie subtelnych połączeń pomiędzy wątkami. Pozdrawiam T.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ewuś
    Tekst ma wysoką wartość literacką, szczególnie w obrębie prozy epickiej o ambicjach powieściowych, i wyraźnie wykracza poza poziom zwykłego opowiadania wspomnieniowego. Kontynuuj, bo warto. Może powstać powieść, która odniesie sukces. Początek ma ku temu mocny potencjał. Wiedziałem, że dobrze piszesz. Jestem jednak zaskoczony, nie wiedziałem, że aż tak. Pozdrawia pamiętający W.

    OdpowiedzUsuń