Pewnego lipcowego dnia, spiesząc do pracy, Władek pomógł kobiecie w ciąży wsiąść do zatłoczonego autobusu. Reszta pasażerów, niczym grono, zwisała ze schodów, trzymając się nawzajem. W jednej chwili wszystko wymknęło się spod kontroli. Przyczepa wpadła w śliski, po deszczu, asfaltowy dół. Kobieta została wyrzucona z wnętrza pojazdu i uderzyła w przydrożne drzewo – zginęła na miejscu. Pozostali znaleźli się pod kołami, doznając licznych obrażeń. Władysław z wewnętrznym krwotokiem trafił do szpitala.
Był silny. Chirurg, znany z odwagi i uporu, podjął się eksperymentalnego przeszczepu pozrywanych jelit – zabiegu, który w tamtych czasach graniczył z cudem. Szwy przyjęły się. Władek wracał do życia, choć każdy dzień był walką.
Podczas rutynowego prześwietlenia, jadąc windą na piętro, gdzie znajdował się rentgen, nagle wszystkich szarpnęło. Winda zatrzymała się gwałtownie. Władysław krzyknął z bólu – delikatne szwy pozrywały się, powodując ponowny krwotok. Tak dobrze zapowiadający się cud zamienił się w katastrofę. Lekarze wiedzieli, że tym razem nie da się go uratować.
Jego zahartowane ciało Górala wciąż walczyło, buntowało się przeciw rozległym wewnętrznym obrażeniom. Lekarze wymieniali spojrzenia, potrząsali głowami z niedowierzaniem – według ich wiedzy i logiki ten człowiek nie powinien już żyć. A jednak… żył. I w tym kruchym, przeciąganym o kolejne dni istnieniu wędrował w snach po miejscach, których nigdy wcześniej nie widział: po tropikalnych wyspach skąpanych w zieleni, gdzie powietrze pachniało solą i słońcem, po złocistych zamkach, w których echo wołało jego imię.
Od pewnego czasu te wędrówki kończyły się w jednym miejscu – w ogromnej sali wypełnionej srebrzystym światłem. Panowała w niej cisza przypominająca kościelne wnętrze w zimowy poranek. Pośrodku stała szklana kołyska. W niej leżała maleńka dziewczynka, piękna jak anioł malowany ręką mistrza. Władysław nie musiał pytać, kim jest – serce podpowiadało mu bezbłędnie: to jego dziecko.
Gdy się budził, opowiadał o niej siostrom zakonnym – o delikatnych dłoniach, które zaciskały się w pięści, o ustach, które poruszały się, jakby szeptały tajemnicę tylko dla niego. Siostry słuchały z łagodnym uśmiechem i wiarą, której brakowało innym – nawet Marii. Dla żony były to tylko majaczenia umierającego człowieka.
Tato! Przyjdę na świat jako prezent od Ciebie pod choinkę – powiedziała, a jej głos był czysty i radosny jak dźwięk dzwoneczków w śniegu.
– Moja Ewunia! – zawołał, wyciągając do niej ręce. Ale zanim zdołał ją objąć, obraz rozpłynął się we mgle.
Obudził się zlany potem. Serce biło mu jak młot w kuźni. Jeszcze drżał, gdy do sali weszła Stanisława, jego teściowa. Zobaczyła w jego oczach ten blask – mieszankę zachwytu i ulgi, jakiej nie widziała w nim od tygodni. Opowiedział jej o śnie, o córce, o imieniu, które nosiła zanim przyszła na świat. Stanisława słuchała w milczeniu. Jej spojrzenie było uważne, a w nim coś, co mówiło Władysławowi, że mu wierzy.
Święta Bożego Narodzenia zbliżały się, lecz dla Marii ich blask był przygaszony jak świeca, której knot gaśnie od przeciągu. Siedziała w kuchni, zmęczona po długiej podróży, dłonie miała splecione na kolanach. Wzrok błądził po znajomych detalach – ceramicznym dzbanku, słoiku z miodem, nadpękniętym talerzu, na którym kiedyś Władek kładł jej kromki chleba z masłem. Wiedziała, że na wybrzeżu, gdzie pół roku wcześniej pochowała męża, nie zniosłaby tych dni. Dlatego postanowiła spędzić Wigilię u siostry Emmy.
Czuła się fizycznie dobrze, ale lęk przed porodem rósł w niej jak dziki krzak, oplatający myśli i serce. Bała się bólu, bała się tego, co może się wydarzyć, bała się, że zabraknie przy niej Władka.
– Za wcześnie – krzyknęła, chwytając się za brzuch.
Akuszerka, wezwana w pośpiechu, spojrzała jej prosto w oczy i powiedziała stanowczo:
- Dziecko chce przyjść na świat teraz. I nic tego nie zatrzyma.
W domu rozległ się harmider. W korytarzu kłębiło się kilku mężczyzn, którzy nie wiedzieli, co zrobić z rękami, wzrokiem i strachem. Przez ściany przebijały się krzyki Marii i donośny, pewny głos akuszerki. A potem – nagle – wszystko ucichło, by ustąpić miejsca innemu dźwiękowi: cienkiemu, czystemu, pierwszemu płaczowi dziecka.
Nikt wtedy nie skojarzył tego z opowieściami Władysława. Nikt nie pomyślał, że dziewczynka w snach zapowiedziała swoje narodziny właśnie tego dnia, że on sam wybrał jej imię. Tylko Stanisława, stojąc w progu, czuła, że historia zatoczyła krąg.
Piękne :)
OdpowiedzUsuńDziękuję Przyjacielu...
OdpowiedzUsuń