![]() |
| Maria - 70 lat |
![]() |
| Maria - 80 lat |
![]() |
| Maria ze swoją przyjaciółką Zofią, która zmarła w wieku 95 lat. |
Fot. Ewa Bielańska
Po wojnie Władysław, wciąż ścigany echem frontowych koszmarów, odnalazł spokój nad Bałtykiem, gdzie w roztańczonym Trójmieście jego uroda szybko zdobyła serca wielu dziewcząt. Po okresie radosnych uniesień i nieustannej adoracji zapragnął jednak ciszy i wytchnienia. Coraz częściej wymykał się więc na dziką plażę, gdzie wiosenny wiatr niósł zapach rozgrzanego piasku i pierwszych kwiatów kwitnących w nadmorskich wydmach. W samotności marzył o tej jednej, która na zawsze zagości w jego sercu.
Pewnego dnia spostrzegł, że nie jest tam sam. W oddali, w promieniach słońca odbijających się od drobnych fal, ujrzał sylwetkę dziewczyny niczym z bajki — wiatr smagał jej długie, jasne włosy, a suknia, lekka jak u baletnicy, wiła się wokół smukłych nóg, podkreślając krągłe kształty i talię wąską jak osa. W tle majowe niebo przecinały mewy, a pośród szumu morza dało się słyszeć delikatny trzepot skrzydeł drobnych ptaków wracających z zimowych podróży. W myślach od razu przyrównał ją do Wenus — i tak właśnie ją nazwał.
Na co dzień Władysław pracował w drukarni jako zecer. Miał grono wiernych przyjaciół, poznanych w czasie powojennej tułaczki. Jednym z nich był Mietek, który zdążył już się ożenić i doczekać dwójki dzieci — syna i córki. Władysław nie ukrywał, że marzy o podobnym życiu, gdyż po wojnie stracił kontakt z bliską rodziną.
Tęsknił za bliskością drugiego człowieka i pragnął własnego ogniska domowego. Szczególnie cieszyły go niedzielne obiady u Mietka. Przez cały tydzień czekał na ten moment, nie tylko z powodu smakowitego rosołu, lecz przede wszystkim dla ciepła domowej atmosfery. Po obiedzie baraszkując z dziećmi w ogrodzie, pośród krzewów obsypanych białym kwieciem i młodych tulipanów wychylających się ku słońcu, śmiał się wraz z nimi do utraty tchu. Niedziela kończyła się wśród radosnych krzyków i świergotu wróbli chowających się w gęstwinie bzu, gdy mali towarzysze nie chcieli wypuścić ukochanego „wujka Władka” do domu.
Władek spoważniał i postanowił dopiąć swego, tym bardziej, że jego męskie ego zostało nadszarpnięte. Niestety, dwukrotne próby „złowienia” Wenus zakończyły się niepowodzeniem. Po ostatniej z nich dziewczyna przestała pojawiać się na plaży.
Nadeszła kolejna obiadowa niedziela, ciepła i pachnąca wiosną. Za oknem nad ogrodem unosiły się obłoczki białego kwiecia, a młode liście na drzewach mieniły się w słońcu świeżą zielenią. Ta pora roku niosła lekkość, lecz Władek czuł w sobie ciężar niedosytu.
Przy stole siedziała sztywno młoda dziewczyna o oczach tak wystraszonych, że i on sam poczuł dziwny niepokój. Było mu nieswojo, a jednocześnie żal tej nieznajomej. Nie była tak urodziwa jak te, które go adorowały, lecz obudziła w nim ciepłe, opiekuńcze uczucia. Gdy wszyscy zajęli miejsca, Mietek uśmiechnął się i powiedział:
— Władku, poznaj moją siostrę Marysię. Przyjechała z mojej rodzinnej wioski.
Władysław skinął głową, starając się ukryć zaskoczenie. Marysia spuściła wzrok, jakby chciała stopić się z krzesłem, na którym siedziała. Przez chwilę uważnie przyglądał się jej drobnym dłoniom nerwowo ściskającym serwetkę. W jej ruchach było coś znajomego, choć nie potrafił tego nazwać.
Zapach rosołu mieszał się z aromatem świeżych ziół z ogródka, które wiosenny wiatr przynosił przez uchylone okno. Dzieci biegały między stołem a kuchnią, a zza szyb dolatywał świergot wróbli przesiadujących w gałęziach młodej jabłoni. Rozmowa toczyła się wartko, jednak Władek czuł, jak jego myśli uparcie wracają do delikatnego profilu dziewczyny siedzącej naprzeciw. Coś w sposobie, w jaki odgarniała z twarzy kosmyk włosów, budziło w nim niepokój i… dziwną, nieoczekiwaną nadzieję.
Podszedł do dziewczyny i w szarmanckim geście ujął jej dłoń, muskając ją ustami. Marysia lekko uniosła się z krzesła, jakby chciała odwzajemnić powitanie, lecz nagle jej twarz pobladła, a ciało zwiotczało. Zasłabła, osuwając się w jego ramiona.
Nie stracił ani chwili. Wojenne doświadczenie podpowiedziało mu, co robić — uniósł ją delikatnie i przeniósł na pobliski tapczan, układając w pozycji, która ułatwi jej oddychanie. Za oknem wiatr poruszył gałęziami młodego bzu, rozsypując w powietrzu drobne, pachnące płatki.
Marysia! — krzyknęła Stefania, wbiegając z kuchni, jej głos drżał z niepokoju.
Krótka chwila zamieniła się w gwar pełen pytań i domysłów. Władek nagle poczuł się jak intruz — oszołomiony, niepewny, co wywołało omdlenie. Wycofał się z pokoju niemal odruchowo, zostawiając Marysię pod opieką jej rodziny. W głowie kotłowały mu się pytania, na które nie miał odpowiedzi.
Odpowiedź przyszła niespodziewanie szybko. Jeszcze tego samego dnia, kiedy gwar w domu ucichł, Mietek podszedł do Władka i położył mu dłoń na ramieniu.
— Władku… zrozum Marysię. Ona całe życie spędziła przy krowach, gęsiach, w pracy na roli. Jest bardzo pracowita, ale wielkomiejskie życie ją przeraża. Musi się przyzwyczaić. Jest u mnie dopiero od tygodnia.
Władek kiwnął głową, jakby próbował wchłonąć te słowa. W jego myślach obraz „wieśniaczki” z opowieści Mietka mieszał się z tym, kogo zobaczył przy stole — wystraszoną, delikatną twarz Marysi, której oczy zdawały się prosić o spokój i zrozumienie. Za oknem słońce chyliło się ku zachodowi, barwiąc niebo nad ogrodem ciepłym, morelowym światłem.
Od tej pory każdy niedzielny obiad u Mietka stał się dla niego okazją, by choć przez chwilę z nią porozmawiać, podać talerz czy pomóc w kuchni. Czasem mijali się w ogrodzie, gdzie młoda trawa była jeszcze wilgotna od porannej rosy, a w powietrzu unosił się zapach kwitnących jabłoni. Te drobne, codzienne sprawy z czasem miały zbudować most między dwojgiem ludzi z tak różnych światów.
Nic więc dziwnego, że po czasie padła wreszcie propozycja „randki” w centrum Sopotu. Władek wypowiedział te słowa niby mimochodem, z pozorną swobodą, lecz w środku czuł, jak serce mu przyspiesza. Jakież było jego zdziwienie, gdy Marysia bez dłuższego namysłu przyjęła zaproszenie.
— To może… kawiarnia w Grand Hotelu? — dodał pół żartem, przekonany, że zaraz usłyszy protest lub niepewne „a może gdzie indziej”. Tym większe było jego zdumienie, gdy Marysia skinęła głową. W jej spojrzeniu błysnęło coś nowego — może odrobina ciekawości, może wyzwanie.
Gdy nadeszła randka, miasto tętniło wiosną. Ulice Sopotu pachniały świeżo skoszoną trawą i rozgrzaną cegłą, w ogródkach willowych kwitły bzy, a nadmorska promenada była pełna ludzi spacerujących w popołudniowym słońcu. Władek stał przed wejściem do Grand Hotelu z bukietem polnych kwiatów — kaczeńców, stokrotek i rumianków, które nazrywał o poranku na skraju łąki pełnej pszczół. Palce drżały mu lekko, nie tyle od chłodnego, pachnącego solą wiatru, ile z obawy, że Marysia w ostatniej chwili stchórzy.
I wtedy ją zobaczył – swoją Wenus. Szła powoli, z gracją, jak dama z wyższych sfer. Suknia falowała na wietrze, kapelusz rzucał cień na twarz. Przechodnie przystawali, by nasycić wzrok tym widokiem.
Władek wstrzymał oddech. W jego głowie kołatała się myśl o Wenus z plaży, a przecież czekał na Marysię. Gdy kobieta minęła go obojętnie i weszła pewnym krokiem do Grand Hotelu, poczuł chęć ucieczki. Lecz obietnica spotkania z Marysią powstrzymała go. Z drżeniem serca wszedł do kawiarni.
Wnętrze pachniało kawą i świeżymi wypiekami, zza okien dochodził świergot wróbli. Rozglądał się z pogniecionym bukietem w dłoni – aż w końcu dostrzegł smukłą sylwetkę dziewczyny.
Wenus?!
Nie… Władkowi zawirowało w oczach. Nie mógł uwierzyć. Jego
Wenus miała twarz Marysi. Podszedł do niej niepewnym krokiem,
oszołomiony. Jąkając się z trudem wydobył głos:
— Marysiu… to ty?
Nie był pewien, czy usłyszała. Ale w jej oczach – spokojnych, jasnych, już nie przestraszonych – zobaczył coś, co rozwiało wszystkie wątpliwości: odbicie morza, plaży i kobiety, którą nazywał Wenus.





Twój tekst jest już świetnie napisany i ma w sobie filmowy potencjał — to gotowy materiał na scenariusz w klimacie powojennego romansu obyczajowego z nutą tajemnicy.
OdpowiedzUsuńDziękuję, tylko nie wiem komu.
UsuńPiszę recenzję tutaj! Napisałaś piękny tekst — ma w sobie klimat powojennej Polski, nostalgii i wiosennego odrodzenia, a jednocześnie opowieść o pragnieniu bliskości, tęsknocie za zwyczajnym życiem i rodzącej się miłości. Zbudowałaś tu subtelny kontrast między wyobrażeniem o „Wenus” z dzikiej plaży a realną, kruchą Marysią, która dopiero w nowych warunkach odkrywa swoją kobiecość.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam i czekam na jeszcze. T.
Serio? Dziękuję. Jaki to trzeba mieć imeratyw aby wziąć się do pisania. Jak na razie jest to zasługa (jak wiesz) rodzinki z Australii.
Usuń